Reklama

Reklama

Demokracji mówimy: pa, pa!

Trudno mi pojąć, po kiego diabła rząd skompromitował się w sprawie podwyżek cen prądu i zamiast powiedzieć, jak jest, odtańcował groteskowego kadryla z przytupami. Nie zdrożeje, no dobrze, zdrożeje, ale tylko trochę, no dobrze, sporo zdrożeje, ale podwyżkę wezmą w koszta państwowe firmy energetyczne, albo nie, zdrożeje tylko dla przemysłu i nie wpłynie to na poziom cen (akurat!) a odbiorcy indywidualni dostaną rekompensaty (chociaż w projekcie budżetu na 2019, procedowanym w Sejmie, żadnych rekompensat nie przewidziany, a potrzeba by paru miliardów) – a w końcu, apiać, nie, nic w ogóle nie podrożeje, bo zabronimy elektrowniom podnosić ceny… Codziennie coś innego.

Tymczasem sprawa jest prosta: podstawowym składnikiem zbliżających się nieuchronnie drastycznych podwyżek cen energii jest wyczerpanie się przyznanych Polsce zezwoleń na emisję CO2 i konieczność dokupywania ich na wolnym rynku, po cenach wyśrubowanych przez spekulantów - bo "zezwolenia na emisję" zyskały status papierów wartościowych, i handel nimi kwitnie, w mającym poważne podstawy przekonaniu bankowców, że przyciśnięte państwa, takie jak Polska, wykupią je w końcu za każdą cenę.

Reklama

Głębiej, u źródła całego nieszczęścia, leży umowa podpisana przez rząd Polski w 2014 roku. Od razu było wiadomo, że jest dla Polski niekorzystna, że pod koniec 2018 roku przyznane limity wyczerpiemy i będziemy je musieli dokupywać, i to nie my jedni, więc nie będą tanie. Kto z jakiegoś powodu przegapił tę wiedzę - bo oczywiście rząd PO nie chwalił się, co podpisał - to sygnały poważnych kłopotów nadchodziły już od połowy ubiegłego roku, bo prądu nie sprzedaje się "z ręki do ręki", tylko na aukcjach odbywających się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Czy rząd PiS mógł mimo wszystko niczego nie dostrzec, a teraz, zaskoczony niczym drogowcy zimą w grudniu, rżnie głupa, by to, jak bardzo przegapił sprawę i zaspał, jakoś ukryć? Jest taka możliwość, ale wydaje mi się mniej prawdopodobna.

A jaka jest bardziej prawdopodobna? Dlaczego PiS nie wykorzystał tak świetnej okazji, by zwalić winę za zbliżające się nieuchronnie podwyżki na poprzedników i wyjaśnić Polakom, jakiego przekrętu padli ofiarami? Wydaje mi się, że ze strachu przed naruszeniem jednego z najściślejszych tabu europejskiej i światowej poprawności, jakim jest "polityka klimatyczna".

PiS, wbrew całemu jego odgrażaniu się i buńczucznej retoryce, jest dość łatwy do nastraszenia. Na przykład, na śmierć przestraszyły go feministki, wyprowadzając kiedyś na ulice tłumy przebranych na czarno kobiet. Mimo iż dość szybko wyszło na jaw, że okropności, którymi straszyły, były wyssane z palca, i poparcie dla ich protestów spadło do normalnego, śladowego poziomu, od tego czasu PiS woli grać sobie w kulki z własnym najwierniejszym elektoratem i hierarchami Kościoła, niż narazić się na oskarżenie, że zaostrza ustawę antyaborcyjną.

Z cenami prądu jest chyba podobnie. PiS woli zjeść tę żabę i skompromitować się nawet w oczach ludzi sobie życzliwych, niż przyznać głośno oczywistą prawdę: że dla dogodzenia europejskim aspiracjom pana Tuska Polska podpisała zobowiązania, pozwalające okradać nas na grube miliardy światowej mafii oszustów od "globalnego ocieplenia" i rzekomej walki z nim poprzez obkładanie haraczem produkcji energii, tudzież wmuszanie państwom biednym przez bogate swoich "proekologicznych technologii". Nihil novi sub sole, jak to mawiali starożytni, dokładnie w ten sam sposób budowały zachodnie imperia swe bogactwo i potęgę, przy okazji wtrącając w nędzę kolonie, w wieku XIX: opodatkowywały dławiąco tamtejszą wytwórczość i wmuszały Hindusom, Afrykańczykom oraz Azjatom własną produkcję. Może mniej perfidnie, bo bez propagandy o "ratowaniu planety", ale to tylko dlatego, że wówczas wystarczały kanonierki i ideologiczna ściema nie była potrzebna.

Oczywiście, władzy nie chodzi tu o ochronę Tuska. Gdyby można było złożyć winę za ten rabunek, jakim są haracze za emisję CO2, tylko na niego, PiS zapewne skorzystałby z okazji skwapliwie. Ale przy okazji trzeba by otwarcie powiedzieć prawdę o całym tym megaszwindlu i zuchwałym rozboju, jakim jest "polityka klimatyczna", na celebrowanie której właśnie wywaliliśmy ćwierć miliarda złotych, w zamian zbierając rugi za nie dość skwapliwe podporządkowywanie się.

Co do Donalda Tuska, pochlebiam sobie, mówiąc nawiasem, że trafnie odczytałem jego zamiary już w 2012 roku, podczas gdy inni do ostatniej chwili wierzyli zapewnieniom, że absolutnie się o żadne unijne stołki nie stara i nie przyjmie, nawet gdyby go prosili, bo ma misję tutaj, jako polski premier. A przecież było to łatwo zauważyć. Zaraz po drugich zwycięskich wyborach w 2011 roku Tusk porzucił tak świetnie mu dotąd służącą pozę centrysty i zdroworozsądkowca, poszedł zdecydowanie na lewo i zaczął bez żenady wyprzedawać polskie interesy w stosunkach międzynarodowych - było oczywiste, że polski elektorat, który uwiódł i wykorzystał ze sprawnością Kalibabki, już mu nie jest potrzebny, że teraz "punktuje" u rozdających unijne stanowiska eurokratów i że Polskę traktuje już tylko jako wyrzutnię, mającą wystrzelić go na stanowisko szefa Komisji Europejskiej. Część tej operacji (nie do końca udanej, bo szef Komisji Europejskiej może być pijaczyną i dementem, ale Polakiem jednak nie - na szczęście było do rozdania jeszcze szefostwo Rady Europejskiej, z identyczną pensją) stanowiło właśnie wydanie nas, z czteroletnią odroczką, na łup szwindlarzy od CO2.

Dlaczego PiS boi się to na głos powiedzieć? Prawdopodobnie dlatego, że boi się uprawdopodobnienia rzucanych przez PO oskarżeń, jakoby PiS chciał "wyprowadzić Polskę z Unii". Oczywiście, w istocie "polexit" Kaczyńskiemu i jego ludziom nie mieści się w głowach, więc, podobnie, jak w przywoływanej sprawie aborcji, będą teraz stawać na głowie, żeby jakoś ugłaskać Unię i za wszelką cenę, nawet za cenę wzięcia na siebie winy za drastyczne podwyżki cen, stworzyć pozory prounijności. Chociaż, kto mądrzejszy, z góry wie, że nic to pisowcom nie da.

Marek Cichocki przypomniał ostatnio na łamach "Rzeczypospolitej" mało znany a wstydliwy fakt, że, jak okazało się po czasie, w roku 2011 Europejski Bank Centralny podjął skup włoskich obligacji po to, by zaszkodzić rządowi Berlusconiego i doprowadzić do jego obalenia. Potem jawnie już używano broni finansowej, by wymusić na Włochach i Grekach powierzenie rządów wskazanym przez Europę politykom. Trudno nie skojarzyć tego z podobną "bezstronnością" TSUE, który "przypadkiem" wydaje mające oczywisty wpływ na nastroje orzeczenia, a to w przeddzień polskich wyborów samorządowych, a to w przeddzień brytyjskiej debaty o wyjściu z UE.

Eurokracja walczy o poszerzenie swej władzy, czuje się w prawie wymieniać po swojej woli rządy w krajach członkowskich i ma do tego więcej narzędzi, niż tylko grillowanie artykułem 7. à la Timmermans. PiS, jak celnie zauważa Cichocki (polecam jego króciutki felieton, proszę wyguglać - tytuł "W nierównowadze") kompletnie tego nie rozumie, bo tkwi w logice czasów, w których państwa narodowe były na swym obszarze suwerenne. Tymczasem dziś pojawił się nowy, nie do końca widoczny podmiot światowego ładu. Jacek Dukaj w jednej z powieści nazwał to "metaksokracją" - władzą tych, którzy znajdują się pomiędzy, przywoływana przez Cichockiego Anne-Marie Slaughter pisała o "transnarodowych sieciach" - mniejsza o nazwę, chodzi o skutek. Skutkiem nacisku owych sieci na państwa narodowe jest faktyczny zanik na Zachodzie w ostatnich latach demokracji.

Bo, wbrew histerii lewicowo-liberalnych salonów, ta fala, która je dziś zmywa, to nie żaden "populizm", ale rozpaczliwa próba odzyskania głosu i wpływu na swój los przez społeczeństwa, które nie zauważyły nawet, kiedy go zostały pozbawione. Czyli próba restytuowania demokracji, którą obecny system zachodni już nie jest. Nie wiem, czy próbą mającą szansę na sukces.

Dużo by o tym mówić, ale na nadchodzący świąteczny czas podrzucam taki problem do przemyślenia. Jakie zasadnicze decyzje ukształtowały dzisiejszą rzeczywistość Zachodu i sprawiły, że trzęsie się on w posadach?

Wielkie, globalne łupienie obywateli "ekologiczną" fanaberią, a w istocie bezprecedensowym skokiem na niewyobrażalne pieniądze i wpływy - to on przecież spowodował te podwyżki, które wyprowadziły na ulice "żółte kamizelki". Fala migracyjna, wpuszczona do Europy bez żadnej kontroli, wbrew unijnemu prawu i elementarnemu zdrowemu rozsądkowi. Wspólna europejska waluta. Nowy globalny ład finansowy, odbierający władzę nas pieniądzem demokratycznie wybranym rządom i oddający ją "fachowcom" z instytucji międzynarodowych.

Pytanie retoryczne - która z tych decyzji była przedmiotem obywatelskiej debaty? W której publicznie poddano wyborcom pod rozwagę racje przemawiające "za" i "przeciw"?

"Demokracja liberalna" chlubi się wolnością mediów, ale jak to się stało, że - na przykład - choć za wspólną walutą w ostatnich latach była mniejszość, albo nieznaczna tylko większość Europejczyków, żaden argument przeciwko niej nigdy nie został przedstawiony w tamtejszych mediach? Że te miliony wyborców nigdy nie miały głosu, podobnie jak miliony przeciwników zrównywania z małżeństwami konkubinatów, które mogły tylko od czasu do czasu wyjść na ulicę, ale prawa przedstawienia swych poglądów nie dała im nigdy żadna telewizja, żadna gazeta?

Ileż to już razy przypominałem starożytny Rzym, który przez z górą sto lat panowania pierwszych cesarzy łudził się, że wciąż jest republiką...

Bo żeby stwierdzić, że pozory są pozorami, powiedzieć to osiemdziesięciu procentom wyborców zakreślających w sondażu opcję "za członkostwem w UE" trzeba pewnej odwagi, której trudno oczekiwać po politykach. Zwłaszcza, jeśli ich horyzontem jest powrót do władzy i kręcenia lodów, albo uznanie starszego pana, który tkwi mentalnie w czasach de Gaulle'a, jeśli nie Piłsudskiego, i słowo "metaksokracja" skojarzy najwyżej z grecką brandy.

Na koniec, wracając do Tuska: pisałem wiele razy, że już do polskiej polityki nie wróci. I podtrzymuję, ale muszę dodać: jeśli miałaby to być jego suwerenna decyzja. Rzecz w tym, że patrząc, jak rozpaczliwie stara się eurokracja utrzymać nas pod kontrolą, coraz bardziej uważam za prawdopodobne, że powrót do Polski i sprawienie, by w Warszawie znowu zapanował porządek, może mu zostać zlecone jako swoista misja. Wsparta orzeczeniami TSUE, interwencjami Europejskiego Banku Centralnego i wszystkimi innymi sposobami wpływu, które "transnarodowa sieć" ma w dyspozycji.

Oczywiście, pod hasłem ratowania Polski przed faszyzmem i wyprowadzeniem z Europy.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy