​"Gejowska" bezczelność

W ostatnią sobotę mieliśmy w Warszawie najazd kosmitów. Nie żeby bardzo uciążliwy - według samych organizatorów jakieś czterdzieści tysięcy, co spokojnie wziąć można przez pół, a zjechali się przecież z całego kraju i zagranicy. Bardziej niż sama homoparada, bo o niej oczywiście myślę, irytowało zablokowanie przez policję i służby miejskie "na wszelki wypadek" wszystkich możliwych skrzyżowań, także tam, gdzie kręcący się w tę i we w tę kosmici pojawić się mieli za parę godzin, względnie, skąd już sobie poszli. No, ale to w Warszawie norma przy każdej manifestacji czy biegu - i jest to i tak najmniejszy z grzechów Hanny Gronkiewicz Waltz.

Ale ten najazd dziwadeł pobudza do refleksji. A przynajmniej powinien.

Tak sobie próbuję wyobrazić, co bym chciał powiedzieć innym, gdyby to mnie naznaczył Pan seksualną odmiennością. Na pewno nie to, co stanowi przekaz tak zwanych "parad równości". Wręcz przeciwnie. Starałbym się raczej przekonać, że swej odmienności, poza tym jestem człowiekiem takim samym jak inni, równie wartościowym, równie godnym zaufania. Mogę być tak samo jak heteroseksualista pracownikiem, przedsiębiorcą, szefem czy kim tam, można mi tak samo jak innym ufać. I myślę, że to jest właśnie to, co większość homoseksualistów chciałaby przekazać ogółowi.

Reklama

Tymczasem cały ruch "LGTB" i "walki z homofobią", którego ucieleśnieniem stały się doroczne parady, idzie w dokładnie przeciwnym kierunku: epatowania przez przegięte cioty swą odmiennością i prowokowania. Estetyka z burdelu czy "marszów szmat", wszechobecne obscena, parodiowanie strojów liturgicznych i ceremonii religijnych czy przekręcenia na transparencie sławnego patriotycznego cytatu Romana Dmowskiego na "jestem pedałem i mam pedalskie obowiązki"... Trudno wprawdzie przebić standard narzucony przez feministki, które w tzw. dniu kobiet paradowały w Warszawie pod wielkim transparentem "Wściekłe k***wy" - ale aktywiści "gejowscy" bardzo się o to starają. Akurat obok wspominanego transparentu potrząsała gołym biustem (bardzo marnym zresztą) jakaś pani z zalepionymi taśmą sutkami i wypisanym na gołym ciele napisem "miałam aborcję" (nie wiem, czy chciała dyskretnie się tą informację odciąć, że ona nie jest homo, czy pochwalić, że "taaaaka impreza była"?). Co tu zresztą opisywać - zdjęcia kosmitów, kto ciekaw, są dostępne.

Jednym słowem, nie jest to żadna "parada równości", tylko "parada wyższości". Jesteśmy dziwadłami, ale dumnymi z siebie i rozzuchwalonymi, i czujemy się od was, heteryków, lepsi. Czniamy wasze wartości i kpimy z nich, rozpieprzymy wasz świat, a wy macie nas podziwiać, macie się poddać i zachwycać nami - bo jak nie, to postępowa Europa zrobi z wami porządek.

Ten element pogróżki podkreśliło zupełnie bezczelne i niedopuszczalne w żadnej kwestii zachowanie akredytowanego w Warszawie korpusu dyplomatycznego. Jeśli kilkadziesiąt ambasad wydaje wspólne oświadczenie, pouczając polski rząd, że ma spełniać żądania homoaktywistów, a potem większość z nich chwali się zdjęciami, że całym stafem paradowali razem z panią z zalepionymi sutkami i aborcją, panem od "pedalskich obowiązków" i politykami "totalnej opozycji", to takie zachowania po prostu nie mieszczą się w normalności. A gdy w kwestii podniesienia rangi homoseksualnych konkubinatów do rangi małżeństw poucza nas, na przykład, ambasador erdoganowskiej Turcji - to już nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.

Jak zwykle, ani jedno, ani drugie - raczej, jak mówiło się na moim podwórku, nóż mi się w kieszeni otwiera. Bo medialny terror swoje robi i mało kto ma odwagę powiedzieć publicznie, że to, co propagują tęczowe ruchy, jest zwyczajnie obrzydliwe, a przede wszystkim szkodliwe i groźne. I nie ma nic wspólnego z obroną czyichś rzekomo zagrożonych praw, tylko jest próbą zniszczenia porządku, który zapewnia jako taką ochronę podstawowych dla społeczeństwa więzi. Założyłbym się, gdyby było jak sprawdzić, że większość, i to zdecydowana, paradujących nie była wcale homoseksualistami, za to utożsamia się z hasłami lewicy: zniszczmy wszystko, co było, żeby na gruzach zbudować "nowy wspaniały świat". Historia uczy, że niszczenie czasem się lewicy udaje - zbudowanie czegokolwiek nie. Dlatego autentycznie współczuję homoseksualistom, którzy w tych krajach, gdzie tęczowa rewolucja osiągnęła swe cele, zapłacą niebawem wysoką cenę, i będą za swą odmienność zrzucani z dachów, bo tak nakazuje prawo szariatu, któremu nie będzie już miał kto, ani, przede wszystkim, w imię czego się przeciwstawiać.

W istocie, ruch LGTB byłby równie obrzydliwy, gdyby nie odwoływał się w ogóle do homo i biseksualizmu, a, dajmy na to, przybrał wymiar czysto heteroseksualny. Można sobie przecież wyobrazić paradujących równie orgiastycznie środkiem miasta i kręcących zadkami na ruchomych platformach "swingersów", domagających się, i, dzięki posiadanym lobbystycznym i medialnym wpływom, narzucających szacunek dla ich seksualnego rozwydrzenia. Tu wcale nie chodzi o homoseksualistów ani o ich "równouprawnienie". Tu chodzi o "wesoły" tryb życia (stąd przecież nazwa "gej") - bez odpowiedzialności, bez zobowiązań wobec siebie, z kwiatka na kwiatek i z partnera na partnera, z pogardą dla wszystkich "nudnych" wartości i na złość tym nudnym biskupom i innym moralistom.

Podobnie jak z aborcją, wielką szkodę sprawie wyrządza wmieszanie w nią emocji religijnych i antyreligijnych. Tymczasem, tak, jak aborcja zasługuje na potępienie z tych powodów, dla których walczyła z nią np. sławna autorka "Sztuki kochania" Michalina Wisłocka, będąc przecież ateistką, tak i ruch "gejowski" należy zwalczać przede wszystkim z pozycji zdroworozsądkowych. Rozumiem praktyczne problemy homoseksualistów i sądzę, że państwo powinno im pomóc, regulując prawnie "status osoby bliskiej", jak o tym mówił zresztą w swej kampanii Andrzej Duda. Ale co do małżeństwa - trzeba twardo powiedzieć: "non possumus".

Małżeństwo nie jest "prawem człowieka", nie służy też zaspokojeniu emocjonalnej potrzeby, żeby mieć wzruszającą ceremonię, welon i druhny. Małżeństwo jest instytucją prawa cywilnego, chroniącą wartość dla przetrwania społeczeństwa nadrzędną - następstwo pokoleń i zachowanie tożsamości. Właśnie dlatego markistowska lewica postanowiła je zniszczyć, tak jak kiedyś własność i państwa narodowe oparte na jednorodnej tożsamości. Zrównanie z nim w prawach konkubinatu oznacza po prostu rozsadzenie całego społecznego porządku, wywiedzionego z rzymskiego prawa cywilnego.

Najbardziej podoba mi się zaś w tym ataku na zdrowy rozum argument "tak jest na całym świecie i tak musi być i u nas". Pamiętam to z dzieciństwa i młodości: cały świat idzie w stronę socjalizmu! Socjalizm zwycięża w Europie i w Trzecim Świecie, socjalizm staje się wyborem wykształconych Amerykanów, Polska też musi pozostać socjalistyczna! "Musi to na Rusi" - odpowiedzieliśmy na to, i to my mieliśmy racje, a nie wszystkie uniwersytety i campusy świata, bo nagle z dnia na dzień wszystko się skichało i te same chóry zaczęły śpiewać peany na cześć wolnego rynku, monetaryzmu i Międzynarodowego Fundusz Walutowego.

Na szczęście, w przeciwieństwie do Zachodu odreagowującego od ściany do ściany nieudane szaleństwa wiktorianizmu i purytanizmu oraz wojen religijnych, my, Polacy, zawsze mieliśmy do spraw obyczajowych zdrowy stosunek. I teraz też nie damy się homo-kosmitom zwariować, choćby stali za nimi nie tylko ambasadorzy, ale cała postępowa Europa in corpore.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje