Gospodarski powrót do korzeni

Donald Tusk stylizuje się na Edwarda Gierka i robi to celowo. Tego faktu zupełnie nie rozumieją politycy i dziennikarze opozycyjni, którzy po każdym propagandowym występie przewodniczącego partii i rządu odkrywają z demaskatorskim zacięciem: zupełnie jak Gierek!

Oczywiście, czynią to w przekonaniu, że przywołanie podobieństwa do byłego pierwszego sekretarza Tuska skompromituje i obnaży nicość jego opartej na picu polityki. A pijarowcy Tuska i on sam śmieją się pewnie wtedy w mankiet, bo tymi demaskacjami wzmacnia opozycja przekaz, o który właśnie władzy chodzi.

Reklama

Dla Polaków "niepolitycznych", słabo zorientowanych, niewykształconych, nie czytających żadnych gazet ani internetów, Gierek nie jest wcale symbolem picu, propagandy sukcesu, nieodpowiedzialnego zaciągania kredytów i obietnic bez pokrycia.

Przeciętny Polak nie pamięta Gierkowi sklepów komercyjnych, kolejek, kartek na cukier, szastania pieniędzmi na licencje czy inwestycje, z których nie było żadnego pożytku. Przeciętny Polak kojarzy go ze względnym dobrobytem i swobodą kombinowania, wspominaną z nostalgią: "On kradł, myśmy kradli i jakoś się żyło".

Przyznajmy, na tle ascetycznego Gnoma i reformującego kraj trepowskim malowaniem trawy na zielono Jaruzela Gierek jawił się jako fajny gościu. Zwłaszcza że co pożyczył, to pozwalał przepuścić, a spłacać nie było wtedy trzeba.

Pisałem już w "Polactwie", że mentalność socjalistycznego Polaka ukształtowana została na wzór mentalności chłopa pańszczyźnianego - nie mogło być inaczej, bo socjalistyczny PRL był właśnie niczym innym, tylko wielkim pańszczyźnianym folwarkiem, który zabierał wolność, ale budował czworaki z wielkiej płyty i zapewniał liczne "serwituty". A w mentalności folwarcznej dobry dziedzic to nie taki, który na folwarku utrzymuje wzorowy porządek i sprawia, że majątek prosperuje - bo co to fornala obchodzi.

Dobry dziedzic to taki, który fornali nie za bardzo goni do roboty i nie karze, kiedy kombinują na boku. Jak Janusz Gombrowicz, brat pisarza, opisany w książce Joanny Siedleckiej, który majątek zadłużył, przepuścił i zmarnował, ale był "ludzki", nie wymagał, patrzył przez palce na kradzieże, i dlatego do dziś jest w okolicy wspominany z czcią i szacunkiem.

Taka jest głębinowa przyczyna popularności Gierka, którego Tusk nie tylko przypomina w swojej polityce, ale świadomie nawiązuje do jego "gospodarskich wizyt".

Powie ktoś, że można pęknąć ze śmiechu, patrząc, jak premier przychodząc przypadkiem z tragarzami i kamerzystami zajrzał do przypadkowej pani Teresy na przypadkowy, przeciętny obiad - taki normalny, na stole najlepsza zastawa, wszyscy są w garniturach, jak co dnia. Można, ale nawiedzeni gospodarską wizytą, i cała ich wioska, i cały powiat, jeśli pękają, to z dumy.

Premier na wałach, premier ociera łzy, premier przyjacielsko zagaduje ("A jak tam w waszym życiu prywatnym?"). I cóż, jeśli nawet wały pękną i woda zabierze dorobek życia, a obiecanych odszkodowań czy "klęskowych" kredytów nie będzie się można latami doprosić, to premier zrobił, co mógł...

Taki wzorzec ma polactwo wdrukowany i nie ma się co zżymać - Kaczyńskiemu i jego ludziom mogę powtórzyć: "To wszystko mogło być wasze". Gdyby PiS nie przestraszył Polaków "moralnym oczyszczeniem" i tropieniem  korupcji, zamiast wśród nielubianych oligarchów, na szczeblu codziennego życia - łapówek dla lekarzy, drogówki i drobnych urzędników, bez których nie idzie przecież przeżyć - to Kaczyńskiemu wystarczałoby dziś wpaść na prowincję co i raz z niezapowiedzianą gospodarską wizytą, a jego ludziom pokazywać w telewizji, że jesteśmy dziesiątą potęgą gospodarczą świata, zbudowaliśmy stadion i dwie prawie całe autostrady, możemy wyjeżdżać na bandos do zagranicznych kapitalistów i wszyscy nam pożyczają pieniądze.

Powtarzam i przyklepuję: gdyby PiS nie przerżnął na własną prośbę w 2007 roku, to przy całej nienawiści tzw. elit i wrogości mediów mógłby rządzić do dziś. Zamiast przebierać prezesa w sweterki i ustawiać na tle lasek, pomyślcie trochę o popełnionych wtedy błędach, bo inaczej pomrzecie ze starości czekając na wymarzone "odbicie wahadła", które już było tuż, tuż, tylko akurat ta Ukraina albo inny wypadek losowy...

No, tak źle może nie będzie, bo gierkowskie rezerwy stopniowo się wyczerpują. Ale sprzyja Tuskowi, tak jak sprzyjało Gierkowi, że kto niezadowolony, ten może wyjechać. W końcu dobra pamięć o Gierku jako o najlepszym dziedzicu peerelowskiego folwarku nie zmienia faktu, że to sami pańszczyźniani go z tego folwarku pogonili, bo się nie wywiązywał z serwitutów.

Ale może tak było dlatego, że pierwszy sekretarz miał ograniczone możliwości handlu ludźmi? Wtedy się tym nie chwalono, ale historycy sprawę znają: Gierek znacznie przedłużył swe rządy dzięki cichemu układowi z rządem RFN, który nie był niczym innym niż sprzedażą poddanych PRL. Za konkretną kwotę z RFN pozwalano wyjechać konkretnej liczbie rzekomych polskich Niemców - choć każdy wiedział, że te "niemieckie korzenie", na których się powoływali w papierach, były przeważnie zwykłym picem.

To było chałupnictwo w porównaniu z tym, co odbywa się dziś. Za miliony euro unijnych dotacji - wykorzystywanych zresztą równie udolnie, jak gierkowskie kredyty - zapłaciliśmy już dwoma milionami obywateli, którzy zamiast przyszłość Polski, budują przyszłość krajów zachodniej Europy. Każdy kawałek drogi, każdy aquapark czy stadion to konkretni Polacy, którzy Polskę opuszczają na zawsze wraz ze swymi dziećmi.

Historycy wiedzą - przypomniał o tym ostatnio w "Do Rzeczy" profesor Andrzej Nowak - że u początków państwa Polan stał handel niewolnikami. Piastowie też wzbogacili się sprzedając na południe setki tysięcy współplemieńców. Więc można powiedzieć, że dzięki Unii Europejskiej wróciliśmy do korzeni. Tyle że tym razem trudno sądzić, by ta droga wiodła nas do potęgi.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje