Kaczyzacja Platformy, stuszczenie PiS-u

Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego, co zrobiła w Warszawie PO. I to, akurat, jak raz, 13 grudnia. Wybrać taki właśnie dzień na to, by odebrać warszawskie ulice ludziom takim, jak Jacek Kaczmarski, Zbigniew Herbert, "Inka" Siedzikówna i Lech Kaczyński, i oddać je ponownie Teodorowi Duraczowi, Leonowi Kruczkowskiemu, "Małemu Frankowi" i Armii Ludowej – to wyjątkowa perwersja. A jeszcze przy tym bredzić, że "dziś znowu mamy stan wojenny", wpinać sobie w klapy oporniki i podłączać się z różnymi swoimi KOD-ami pod tradycję "Solidarności" i opozycji antykomunistycznej, a "kurduplowi" krzyczeć z nienawiścią, że "trzynastego grudnia spał do południa" – to świństwo i hipokryzja wprost niewiarygodne.

Ponieważ "tefałeny" zakłamują sprawę do imentu, wypada przypomnieć. Ustawa dekomunizacyjna nie narzucała samorządom, jakich mają przyjmować patronów ulic. Zobowiązywała je jedynie do zmiany nazw gloryfikujących sowiecką okupację i jej kolaborantów. Rządząca Warszawą PO mogła wspomniane wyżej ulice, i kilkanaście innych, nazwać po swojemu. Nie mówię już, żeby, na przykład, sporne aleje nazwać, jak przewidziano to w przedwojennych jeszcze planach "aleją Marszałka Piłsudskiego", przeciwko czemu nie protestował by nikt, nawet tak krytyczny wobec tej postaci endek jak ja. Ale mogło sobie swobodnie PO wykonać ustawę, upamiętniając, dajmy na to, Władysława Bartoszewskiego, Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka.

Reklama

Nie chcieli - chcieli demonstracyjnie wystąpić w obronie komunistycznych kolaborantów. Dopiero wtedy wkroczył wojewoda i wobec zignorowania przez władzę stolicy ustawy zmienił nazwy ulic w trybie administracyjnym, korzystając z okazji, by miastu, którego większość mieszkańców chorobliwie nienawidzi śp. Lecha Kaczyńskiego narzucić go jako patrona głównej alei. Sąd Administracyjny orzekł w dwóch instancjach, że tryb działania wojewody był niewłaściwy - bo wbrew komentarzom większości stronników PiS sąd nie orzekał, kto na ulicę zasługuje, a kto nie, tylko wyłącznie o formalnych aspektach sprawy. I znowu: ten wyrok wcale nie zobowiązywał Rady M. St. Warszawy do przywrócenia komunistycznych nazw, mogli i teraz skorzystać z niego do upamiętnienia swoich, antypisowskich bohaterów, albo nazwać te ulice, powiedzmy, Kwadratową, Owalną czy Podłużną.

Dlaczego ta strona sceny politycznej, która namolnie podszywa się pod tradycje antykomunistyczne i z lubością posługuje się różnymi "legendarnymi opozycjonistami" (chyba już wyjaśniałem, że to określenie pochodzi od słowa "legendować" czy też "zalegendować" z ubeckiego żargonu) - jednocześnie z takim uporem broni "małego Franka" i Armii Ludowej"?

Są dwie możliwości. Jedna - że to polityczne wyrachowanie. PO, idąc w apoteozie komunizmu dalej od jedynej radnej SLD, Moniki Jaruzelskiej (która wstrzymała się od głosu) chce w ten sposób zasilić się niewielkim i z wolna wymierającym, ale zdyscyplinowanym elektoratem "partyjno-mundurowym". Tych kilka procent, których wiarą i wyznaniem pozostaje PRL, dogmat, że Jaruzelski był wielkim patriotą, a Gierek wspaniałym gospodarzem, doklejone do żelaznego, hejterskiego elektoratu anty-pis, w systemie d’Hondta może odegrać wielkie znaczenie. 

To ma sens, jakkolwiek oczywiście jest obrzydliwie cyniczne. Ale gdyby PO potrafiła tak kombinować, byłaby dziś zupełnie gdzie indziej, niż jest. Nie wykluczam wcale, że gorliwa obrona kadrowego funkcjonariusza NKWD Duracza czy stalinowskiego nadzorcy literatury Kruczkowskiego ma charakter instynktu. PO jest partią obsługującą politycznie mentalność postkolonialnej, kolaboracyjnej ("kompradorskiej", jak mądrze nazywa to teoria państwa postkolonialnego) elity wywodzącej się z PRL, z lekka tylko polukrowanej "zalegendowanymi" swego czasu, względnie przewerbowanymi u Okrągłego Stołu peerelowskimi dysydentami. Ta formacja może głosić i pisać sobie na sztandarach wszelkie możliwe ideolo, jakie akurat uzna za wygodne - demokrację (kto zna historię, wie, że od stalinowskiego zarania ogłaszała się "obozem demokratycznym" właśnie), Europę, tolerancję, cokolwiek, bo tak naprawdę jedynym jej programem jest słowo "my", głębokie przekonanie, że jest formacją ludzi lepszych, oświeconych i predestynowanych do rządzenia, imponowania i brylowania. Ale jej serca są nadal tam, gdzie byli dziadkowi i autorytety dzieciństwa. A nie była to Armia Krajowa, a tym bardziej oddziały "Żołnierzy Wyklętych".

Last but not least, naturalny i najliczniejszy elektorat PO to także ludzie wykorzenieni z polskości, tacy "miejscowi", "tutejsi", mający gdzieś wszystko poza "ciepłą wodą w kranie" - a dla takich mało ważne, czy ich ulica się nazywa admirała Doenitza, czy generała Sierowa (i tak nic im to nie mówi), obchodzi ich tylko, żeby nie narażano ich na niewygody związane ze zmianą nazwy w dokumentach. Dla nich zmiana ulicy jakiegoś tam "utrwalacza" władzy ludowej na Tadeusza Mazowieckiego byłaby równie irytująca, jak na Lecha Kaczyńskiego.

Czymkolwiek powodowana, mieści się obrona przez PO peerelowskiej symboliki w ogólnej strategii ścisłego naśladowania PiS z czasów, kiedy był on odepchnięty od władzy. Nic nowego, pisałem już o tym, nie będę się powtarzał: Schetyna jest wyraźnie zafascynowany tym, jak Kaczyński zdołał przetrwać długotrwałą dekoniunkturę, utrzymać jedynowładztwo w partii i nie dopuścić ani do jej rozpadu, ani do wyrośnięcia konkurencji. Kopiuje więc niemal jeden do jeden metodę delegitymizowania zwycięzcy wyborów, utrzymywania żelaznego elektoratu w histerii i stanie apokaliptycznego zagrożenia, szantażu emocjonalnego, stosując jedynie inną, wynikającą z odmienności elektoratu argumentację - zamiast zamachu w Smoleńsku zamach na demokrację, czy rzekome łamanie konstytucji, zamiast utraty niepodległości i "kondominium niemiecko-rosyjskiego" - "wyprowadzanie nas z Europy". To wszystko stara sprawa, od trzech lat, nic nowego Państwu nie powiem.

Nowością jest natomiast, że analogiczny, tylko odwrotny proces możemy obserwować w PiS. Pod rządami Morawieckiego, wszystko wskazuje, że wyznaczonego na następcę "komendanta", ulega on oczywistemu "stuszczeniu". Na mnożące się problemy coraz częściej reaguje Morawiecki metodą Tuska - przez wymyślanie "wrzutek" i "przykrywek", odrzucanie problemów i działania "wizerunkowe". Jak w moim ulubionym kawale o facecie, któremu na pogotowiu wręczają zdjęcie rentgenowskie z informacją, że miał złamaną nogę i dwa żebra, ale poprawili fotoszopem.

Przecież numer ze zgłoszeniem przez premiera nagłego wniosku o przegłosowanie wotum zaufania to powtórka jeden do jeden numeru wykonanego przez Tuska po "aferze hazardowej". Ta sama była nawet argumentacja - że premier jedzie na szczyt unijny, więc potrzebuje "potwierdzenia mandatu", te same zachwyty mediów, tylko wtedy tamtych, platformerskich, że "przejął narrację", "zaskoczył szach mat" i tak dalej. Wobec wyraźnej bezradności wobec kryzysu ze strony Kaczyńskiego, której świadectwem było przemówienie w Jachrance, Morawiecki poczuł się zobowiązany ratować sytuację - i nie znalazł lepszego pomysłu niż skopiowanie Tuska. Pod względem "spinu" to zresztą dobry wzorzec, choć, jak sądzę, ostatni, z którego chcieliby aby czerpał ich przywódca, wyborcy PiS. A czyż opowieści rządu o jakichś rekompensatach, które zrekompensują wzrost cen energii, nie wiadomo właściwie jakich, skąd, gdzie, codziennie innych, i nie uwzględnionych w procedowanym przez Sejm projekcie budżetu, nie są oczywistą powtórką Tuskowych ściem z "katarskim inwestorem", który miał uratować stocznie, czy zapomnianymi już dziś na śmierć fikcyjnymi "działaniami ratunkowymi" pomocy dla firm czy zadłużonych podczas kryzysu finansowego?

Po raz nie wiem który wypada powtórzyć, że byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie o nasze skóry i nasz kraj tutaj szło.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje