Kilometrówki, czyli gambit Nowaka

Być może Sławomir Nowak, przez tabloidy zwany „Panem Tik-takiem”, a w środowisku dziennikarskim określany mianem „Lolo Pendolo”, jest sprytniejszy niż się nam wszystkim wydaje. Może ktoś powiedzieć: okrutny spotkał faceta los, poniewierają go i ciągają, wyleciał z PO, musi złożyć mandat poselski… Co prawda, z partii płyną ku niemu wyrazy serdeczności i solidarności, a mandatu, mimo licznych zapowiedzi, nie złożył i nie zamierza, więc to klasyczny „pluszowy krzyż”. Ale, jak się tak zastanowić, to co właściwie na Nowaku ciąży?

Fakt, że nie wpisał do deklaracji majątkowej zegarka za 15 tysięcy złotych. No tak, formalnie to przestępstwo. Chociaż nie zawsze - Palikot nie wpisał kiedyś samolotu i sąd go rozgrzeszył, orzekając, że pan Palikot, jako filozof, ma prawo być trochę nie ten tego i po prostu zapominać o drobiazgach. Ale Nowakowi inny sąd nie odpuścił. Może to oznaka zdrowienia naszego wymiaru sprawiedliwości, a może po prostu Nowak się nie postarał...

Reklama

Ale czy powinien się starać?

Za kilka dni dokona się przecież największy cywilizacyjny awans od tysiąca lat - na tory wyjadą wreszcie, po latach męczarni rodzenia tego projektu, składy "pendolino". Dziewięć, docelowo dwadzieścia pociągów, które rząd nam zafundował za mniej więcej 2 miliardy złotych. Za te dwa miliardy, za które można by kupić kilkadziesiąt pełnych składów normalnych, i to w polskiej fabryce, gdzie by dało to pracę i zarobek Polakom, dostaniemy coś, co wbrew zapowiedziom nie skróci czasu przejazdu między głównymi miastami. W niektórych wypadkach "pendolino" jeździć będą nawet wolniej od zwykłych Inter City. Ale za to znacznie drożej.

Żeby ludziska przypadkiem nie jeździli taniej, tanie ekspresy zostaną polikwidowane - jak taki na przykład "Matejko", którym między Warszawą a Krakowem jeździło się pół godziny dłużej niż "Premium", ale o 120 złotych taniej. No trudno, jak już zabawkę kupiliśmy, to nie może jeździć pusta!

A jeszcze spustoszenia, jakich uprzywilejowanie "pendolino" narobi w rozkładach kolei regionalnych - co tam w końcu, że jacyś robole będą do roboty w Warszawie dojeżdżać z jeszcze większymi opóźnieniami niż dotąd, kiedy tu CYWILIZACJA, panie, homologacja na prędkość do 200 kilometrów na godzinę! Do dwustu, słownie! Co prawda, tylko na jednym, osiemdziesięciokilometrowym odcinku, no, ale od czegoś trzeba zacząć.

Z biegiem lat, jak nas zapewniła pani rzecznik PKP, prędkość "pendolino" będzie wzrastać, w miarę remontowania torów. O tym, żeby najpierw zrobić tory, a potem bulić miliardy za superszybkie pociągi, nikt nie pomyślał.

Pamiętam z czasów Gierka historię, bodaj z Ursusa, gdy za ciężkie pieniądze kupiono amerykańskie obrabiarki, ale hala dla nich była niegotowa, więc je tymczasowo przykryto plandekami i zanim halę zbudowano, i z pompą oddano na jakąś sławną rocznicę, kosztowne maszyny pod tymi plandekami zeżarła rdza. Nie wykluczam, że i "pendolino" się rozleci ze starości, zanim ułożą dla niego więcej torów. Ale w końcu: chciało Polactwo, żeby znowu było jak za Gierka, to ma.

Słowem, prędzej czy później pojawią się pytania: a kto te pendoloną zabawkę kupił, i to akurat od firmy, której na Zachodzie nie tak dawno udowodniono, że wręczała w różnych krajach łapówki, by upchnąć tam swe wyroby? (W jakich krajach? Mówiąc językiem amerykańskiego kongresu: "w kraju X" ewentualnie "w państwie Blue", jakoś nasze władze nie były tak ciekawskie, by się o szczegóły dowiadywać). Pojawią się też pewnie odpowiedzi.

I czy ktoś będzie wtedy ciągał i szargał byłego ministra infrastruktury? Bynajmniej. On już przecież został rozliczony. Za zegarek.

Od tygodni, czego byśmy nie włączyli, wszędzie tylko kilometrówki, kilometrówki... Oczywiście, najchętniej posłów (byłych już, choć ich frakcja broni nie składa) Prawa i Sprawiedliwości. Ale mleko się wylało i zaczęto się przy tej okazji dobierać i do podróży innych wybrańców narodu. Na czele z czołowym "rozliczaczem" poselskich nieprawidłowości, marszałkiem Sikorskim.

Jedni mówią, że sensacje o poselskim czy też marszałkowskim cwaniactwie wynoszone są do mediów przez politycznych przeciwników inkryminowanych. Inni, że bynajmniej, właśnie przez przyjaciół, to znaczy współtowarzyszy partyjnych, w ramach wzajemnego kopania pod sobą dołów przez frakcje. Są i inne teorie - służby rodzime, służby obce. Albo: po prostu seria przypadkowych zdarzeń, uruchomiona skąpstwem jednej poselskiej żony, która pożałowała paru euro na alkohol pokładowy, a potem się awanturowała.

Ta ostatnia hipoteza jest mi najbliższa.

Ale chwilami się zastanawiam, czy skierowanie uwagi społeczeństwa na tak drobne przekręty, jak "kilometrówki", nie jest jakimś twórczym wykorzystaniem gambitu Nowaka, którego może i poniewierają tabloidy, ale już nikt go nie pyta o CAM-media czy pendolino. W końcu, jak widać gołym okiem, rozchybotany coraz bardziej system III RP chyli się ku jakiejś rozpierdusze, i nawet przy najzręczniejszej socjotechnice nie wszyscy członkowie obecnych elit zdołają przejść ten kryzys bez szwanku.

Czyż nie jest kuszącą perspektywą móc wtedy powiedzieć: słuchajcie, kradłem, ale tak jak wszyscy - drobne. Wiecie, delegacje, kilometrówki, no, kto by nie brał, jak można. Ale tylko to. Ja nie żaden aferzysta, ja zwykły, normalny cwaniaczek, nie czepiajcie się mnie, czepcie się innych.

Ten się będzie wstydzić - można sparafrazować stare porzekadło - kto się będzie wstydzić ostatni.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy