Klucz do Schetyny

To, że częściej piszę tu o opozycji niż o władzy, ma bardzo prostą przyczynę: z punktu widzenia publicysty, felietonisty, opozycja jest ciekawsza.

O co chodzi PiS - wiadomo, nie trzeba nawet sięgać po książki Stanisława Ehrlicha, wystarczy przeczytać parę wywiadów z Jarosławem Kaczyńskim (komu się tego nie chce robić, może sięgnąć po moje podsumowanie pierwszej, przerwanej kadencji PiS 2005-2007, "Czas wrzeszczących staruszków" gdzie wszystko podałem jasno i przystępnie - i wszystko się sprawdziło albo właśnie się sprawdza).

Natomiast o co chodzi opozycji - wydaje się zagadką. Samą PO jeszcze rozumiem. Stara się być jak PiS z czasów pomiędzy Smoleńskiem i rozjechaniem zakonnicy. Kluby "obywatelskie", rodziny radia Tok FM, rytuały uliczne, delegitymizowanie "państwa PiS" (dawniej "kondominium) i rządzących jako wybranych "przez przypadek" - wszystko to jest naśladownictwem. Zmorą PO i jej przewodniczącego nie jest bowiem "wielokrotne łamanie konstytucji przez PiS" i inne takie bzdety, tylko perspektywa wyrośnięcia innej, lepszej opozycji. Stąd wzorzec Komendanta, który utrzymał partię w spójności i do powstania prawicowej konkurencji nie dopuścił mimo ośmioletniego postu i odstawienia od władzy, narzuca się jako najlepszy z możliwych.

Reklama

O ile jednak PiS miał strukturę hierarchiczną i przywódcę niekwestionowanego, któremu na dodatek po Smoleńsku męczeńska śmierć brata nadała szczególną charyzmę i sakrę - to Schetyna, delikatnie mówiąc, entuzjazmu "swoich" nie budzi. Aktywa opozycji to rozległa sfera "autorytetów", salony, różni dziadocelebryci - raczej pospolite ruszenie niż karna armia. Żeby nad nimi zapanować, trzeba uruchamiać bardzo silne emocje, a przecież nie ma opozycja na podorędziu niczego tak mocnego jak "zamach w Smoleńsku", gdzie naprawdę zginęli ludzi i naprawdę Polska została przeczołgana - ma tylko fantazmaty, "odbieranie wolności", "wyprowadzanie nas z Unii" i takie tam.

Klucz do zrozumienia sposobu, w jaki "totalna opozycja" zarządza tymi swoimi aktywami, znalazłem nieoczekiwanie w polonistyce. W klasycznym podręczniku do Romantyzmu pań Janion i Żmigrodzkiej.

Klucz ów to: antynomia. Mądre słowo, przepraszam, ale można powiedzieć prościej: nierozwiązywalna sprzeczność.

Badaczowi, który tego nie rozumie, świat opozycji wydaje się po prostu niespójny, nieracjonalny i w związku z tym - nie poddający się rozumieniu. Trzeba zrezygnować ze "szkiełka i oka" i zrozumieć, iż wszystko opiera się wyłącznie na "czuciu i wierze". A "czucie i wiara" czerpie siłę właśnie z nielogiczności, pozornego nonsensu - bo nic nie generuje tak silnych emocji, jak wpisanie się w nierozwiązywalną sprzeczność między Duchem a Materią.

Antynomią podstawową jest na przykład sam status ontologiczny Wiernych (tak nazwijmy ten najciaśniejszy krąg wyznawców "konstytucji"). Czują się oni jednocześnie podziwianą przez wszystkich elitą - i odrzuconymi przez ciemny motłoch outsiderami. Brylującymi, naśladowanymi powszechnie kreatorami opinii i wzorców, "trendsetterami" - oraz "jedynymi sprawiedliwymi" wołającymi na puszczy, niezrozumianymi przez motłoch.

Rządy PiS w tej wizji z jednej strony opierają się na woli głupiej większości, lekceważącej Oświeconych: "większość Polaków to głupcy; jesteśmy rozumną mniejszością", konstatuje współzałożyciel KOD Walter Chełstowski, a scenarzysta Andrzej Saramonowicz, autor wydanego niedawno pamfletu na prawicowo-katolicką Polskę pt. "Pokraj" dodaje: "Ludzie są kretynami, którym można sprzedać każde gówno, wystarczy głośno drzeć mordę, a PiS drze mordę najgłośniej".

Szczególnie boleśnie celebrują Oświeceni zdradę młodzieży. W poprzedniej epoce "młodzi, wykształceni, z wielkich ośrodków" stanowili nie tylko główną uderzeniową siłę "Polski Liberalnej", przez Tomasza Lisa nazwanej "Fajną Polską" - ale też dialektyczny dowód słuszności "małej modernizacji" à la Tusk, na zasadzie "skoro młodzież (znaczy: przyszłość) z nami - któż przeciwko nam?". Dziś ci sami "młodzi, wykształceni" to roszczeniowe "pokolenie ja" (tytuł okładkowego materiału tygodnika "Polityka"). Zyskawszy dzięki "ćwierćwieczu wolności" niezwykle wysoki status materialny - w głośnym tekście działacza KOD Theo Nawrockiego życie młodzieży opisują "»furka«, »klamoty« z butiku, własna »kawalerka«, a w niej sprzęt audio-wizualny ful, zimą snowboard w Sölden, latem adventure-club w Nowej Zelandii" - wykazuje się młode pokolenie krańcową niewdzięcznością: popija tylko sojową latte i ignoruje wezwania do walki o demokrację. "Co musi się stać? Obudzicie się, kiedy wyłączą wam internet, zabiorą paszporty?!" - wściekała się niedawno na tę niewdzięczność na łamach "Wysokich Obcasów" Dorota Wellman.

Z drugiej strony jednak - rządy PiS nie mają w tej samej wizji, nierzadko w wypowiedziach tych samych działaczy, w zasadzie żadnego społecznego oparcia. Na PiS, jak nazajutrz po wyborach wyliczył prof. Radosław Markowski, głosowało zaledwie 18 proc. wyborców. Na dodatek tych najgorszych - jego rządy, wedle słów tego samego profesora, "narzuciła nam wieś". Ale to było dawno i obecnie "PiS się kończy", powtarzają przy niezliczonych okazjach opozycjoniści i ich media, nasładzając się przypominanymi w nieskończoność (ostatnio nawet wystawili je w Parlamencie Europejskim) zdjęciami pierwszego "czarnego protestu" i malowniczej gęstwy świeczek pod zasnutym nocą Sądem Najwyższym.  

Wierni jednocześnie z utyskiwaniami na "nieoświecony plebs" (określenie prof. Sadurskiego) bombardowani są informacjami dowodzącymi masowości antypisowskiego oporu: w całej Polsce nawlekane są na pomniki i na krzyże koszulki z napisem "Konstytucja"; na każdym spotkaniu z działaczami i kandydatami PiS społeczeństwo (liczba i tożsamość stale tych samych działaczy, którzy to robią, jest tu dyskretnie pomijana) wznosi spontanicznie okrzyki i przynosi transparenty. A szczególnie eksponowane jest angażowanie się w te protesty młodzieży. I nieważne, że nie całej, a tylko tej "LGTBQ". Grunt, że "młodzież też przyszła, bo też należy" .    

Przy czym media "wąskiego kręgu" i ich odbiorcy nie mają zupełnie poczucia groteski, gdy na przykład z wielką emfazą zachwycają się "panią Beatą" z Gryfic, która od wielu dni samotnie (!) protestuje pod miejscowym sądem, ale z odsieczą zmierza ku niej, by stanąć obok, płk Mazguła. Albo gdy "Gazeta Wyborcza" ze śmiertelną powagą informuje, że w ubikacji jednego z wrocławskich teatrów pojawił się napis: "Andrzej D..." (w oryginale bez wykropkowania).  

Los tej enuncjacji był zresztą charakterystyczny, gdyż posłużyła ona za pretekst do ośmieszania prezydenta w następnym numerze starym wierszem Wojciecha Młynarskiego o pretensjach kasjera, któremu przesłyszało się, że ktoś powiedział "kasjer d...". Mimo iż na rzeczoną publikację ani inne podobne prowokacje żadnej reakcji opozycja się nie doczekała (trudno nie zauważyć tu podobieństwa prowadzonej przez nią walki do niejakiego Lucusia ze starego opowiadania Sławomira Mrożka).

Prowokacja jest, mówiąc nawiasem, podstawowym sposobem "nakręcania" wiernych. Ważnym dowodem na to, że "PiS się kończy" jest narracja "władza boi się społeczeństwa". Tego, że "PiS się boi" dowodzą barierki wokół Sejmu, obecność w miejscu zapowiedzianych manifestacji policji i tak dalej - słowem, reakcje władzy na usilne atakowanie gmachów publicznych, polityków i zakłócanie praktycznie każdej uroczystości, nawet pogrzebów i rocznic patriotycznych.

Wzmocnieniem narracji "władza boi się społeczeństwa" jest z kolei opowieść o tym, że "uniemożliwiła" ona manifestowanie rzeczywistych odczuć społeczeństwa, niszcząc "konstytucyjną wolność zgromadzeń". Tu nieocenioną usługę oddała Wiernym Amnesty International i jej przewodnicząca Draginja Nadażdin, rozpowszechniając opowieść o "odebraniu Polakom wolności demonstrowania" w zachodnich mediach, których cytowanie samo w sobie stało się dowodem i rozjusza Wiernych, że nie mogą już w Polsce swobodnie manifestować - podczas gdy codziennie chwalą się swymi manifestacjami.  

Odebranie wolności zgromadzeń ma związek z surowymi prześladowaniami, które w opozycyjnym matriksie spadną, grożą, a nawet już spadają na Wiernych. "Zrobią z nami to, co z Blidą" - ostrzegła w jednym z wywiadów Hanna Gronkiewicz-Waltz. "Będą zabierać paszporty" - to jedna z najczęściej powtarzanych przestróg związanych z KOD i "Obywatelami RP" portali i profili. O tym "do czego oni są zdolni" pokazują codziennie eksponowane tam przypadki policyjnej przemocy i przykłady męczeństwa: "dzielna kobieta", która obnosiła kołnierz ortopedyczny po tym, jak została brutalnie wyniesiona z trasy Marszu Niepodległości czy inna bohaterka, nazwana przez policję słowem na "k" (konkretnie: "chodź, Kulson"). Te akty męczeństwa i prześladowań rzadko przebijają się do szerszego kręgu odbiorców, może w wypadkach tak spektakularnych, jak zamach na posła Brejzę poprzez podpalenie (pozostawionym przez sąsiada niedopałkiem, jak się okazało) plastikowej ubikacji typu toi-toi sąsiadującej z jego domem. Albo jak przypadek działacza LGTB Dawida Winiarskiego, "porwanego" z protestów i sfotografowanego w bandażach. Wierni jednak żyją emocjami, że dziś znowu kogoś ("odważną dziewczynę" najczęściej) policja rzuciła brutalnie na ziemię, wyprowadziła ze spotkania z pisowcem "wykręcając boleśnie rękę" etc.

Czyli - jest nas garstka najlepszych, ale "nazywamy się milijon". Jak ujął to, jeszcze gdy był przewodniczącym KOD, Mateusz Kijowski, z tymi, którzy protestują na ulicy, są setki tysięcy, miliony tych, którzy, choć zastraszeni, protestują "w sercu", w zaciszu własnych domów. Można się domyślać, że pewnego dnia "hołota kupiona za pińset" w sposób równie magiczny, jak Słowacki "zjadaczy chleba w aniołów przemienił", przemieni się w milijony", które "przyjdą" i sprawią, że "pisowcy będą z okien skakać" - zaś niewdzięczna młodzież chlejąca sojowe latte znowu stanie się "wspaniałym, nowoczesnym młodym pokoleniem" jakie przyprowadzał Dominik Taras pod krzyż na Krakowskim Przedmieściu.

A wszystkie sprzeczności, fundujące świat Wiernych, na opisanie czy nawet tylko wyliczenie których nie ma tu miejsca, zbiegają się w wizji przyszłości zasadniczo antynomicznej wobec haseł, pod którymi opozycja o nią walczy. W narracji opozycji miejsce centralne zajmuje "praworządność", obrona demokracji i "konstytucji" - a przyszłość, jaką projektuje, sprowadzać się ma do radosnego tejże praworządności i konstytucji łamania. "Wytniemy ich, wyrwiemy z korzeniami od sołtysa do ministra", zapowiada Lech Wałęsa - a Grzegorz Schetyna dodaje do tego, że nie tylko nowych sędziów, dziennikarzy i urzędników, ale nawet posłów PiS powsadza do więzień - za to, że głosowali za reformą (nawet Hitler i Lenin, którzy parlamenty rozganiali, nie wpadli na to, żeby karać posłów za to, jak głosowali). I jeszcze wyrzuci z urzędu prezydenta w referendum (!). Słowem: nie będzie praworządności (konstytucji) dla wrogów praworządności (konstytucji)!

Może nie ma w tym sensu - ale jaki ogień! Jakie emocje! I o to właśnie chodzi. O to, by tymi emocjami podtrzymać Wiernych w przekonaniu, że - jak ujmował to oszalały ojciec bohatera powieści "Noce i Dni" - "powstanie wciąż trwa i jest na najlepszej drodze do pełnego zwycięstwa!". I tym samym odwieść ich od realistycznego myślenia, dokąd tak naprawdę dają się Platformie i jej przewodniczącemu prowadzić.

PS. Przepraszam za nieznośną polonistyczność powyższej analizy. Od tylu lat staram się zapomnieć, czego się nauczyłem na studiach, i wciąż czasem się zdarza, że to wraca.

Rafał Ziemkiewicz


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje