Koniec miłości

Proszę państwa, ktoś to musi wreszcie powiedzieć: miłość się skończyła. Po prostu - szlus. Tusk, który przy okazji ustawy medialnej upokorzył opozycyjne SLD, koalicyjne PSL i sporą część własnych podwładnych, to już nie ten sam Tusk, który gotów był dogadywać się z każdym i każdemu w zamian za uznanie jego dominacji coś tam z wielkiego tortu Rzeczpospolitej odpalić.

To już inny Tusk, nowy Tusk na nowe czasy, znowu przypominający raczej Jarosława Kaczyńskiego niż własną medialną kreację z ostatnich dwóch lat. Znowu, bo przecież, o czym mało kto chce pamiętać, Tusk miał już taki okres - proszę przeczytać jego wywiady sprzed wyborów w 2005 roku, w których obecny premier zapowiadał walkę z Układem i tropienie oplatającej państwo pajęczyny komunistycznych służb.

Reklama

Tym razem podobieństwo dotyczy nie, jak w czasach wspólnego z PiS obiecywania "IV Rzeczpospolitej", programu - ale stylu. Tak jest, właśnie owego "stylu sprawowania władzy", nad którym tak rozpływali się gwiazdorzy salonowego dziennikarstwa, nie mogąc znaleźć żadnego innego pretekstu do chwalenia polityka, który wyzwolił ich z panicznego strachu przed "lustratorami".

Dlaczego Tusk nagle tak się zmienił? Dlaczego uzgodnił z PSL i SLD tekst ustawy o państwowych mediach, dał im poczuć się już-już prawie ich współwłaścicielami, i w chwili, kiedy wyznaczali swoich delegatów do zarządów i rad, nagle pokazał im - par excellence - kaczora? A swoim ludziom, tym właśnie, którzy ten dil uzgadniali, nakazał surowo, by złamali własne słowo i zademonstrowali swe bezwarunkowe oddanie wodzowi (tak jak szympansy w stadzie demonstrują wobec samca alfa tzw. postawę uległości)?

Hipotezę, by ruszyło go sumienie, że niszczy dobro publiczne, pozwolę sobie odrzucić bez głębszego jej rozpatrywania. Odrzucam też wyjaśnienie podane przez samego premiera, jakoby o nagłej zmianie frontu zadecydowało jego moralne oburzenie, że TVP miała by być jedyną oprócz wojska instytucją o gwarantowanym budżecie. Oprócz wojska istnieje kilkadziesiąt (!) instytucji finansowanych z publicznych pieniędzy, wdzięcznie zwanych "świętymi krowami", które same określają swoje budżety, i nigdy, poza jednym wyjątkiem kancelarii prezydenta, nie budziło to sprzeciwu PO.

Zresztą pan premier doskonale wie, o co naprawdę chodziło z tymi gwarancjami stałego budżetu TVP. Odkładając na bok bajki dla naiwnych, w rodzaju troski o realizację "misji" - pomniejsi uczestnicy dilu chcieli się zabezpieczyć przed sytuacją, gdy PO niby im coś tam odpali, ale potem i tak weźmie TVP krótko za pysk, blokując kasę na wszystko, co się jej nie spodoba. Rzecz oczywista, że gwarancja taka była podstawą układu i jej wymówienie rozwala wszystko.

Jest też teoria, że Tusk dopiero po przegłosowaniu ustawy przez Sejm dowiedział się, jakie pociąga ona za sobą koszty, i uznał, że w dobie kryzysu jest to nie do przyjęcia. No, ja przepraszam bardzo, nie czuję się specjalnie związany z liderem PO, choć swego czasu zdarzało mi się na tę partię głosować - ale proszę nie robić z premiera przygłupa. Że niby domagając się likwidacji abonamentu nie wiedział on, że ten miliard, dotąd ściągany z emerytów, trzeba będzie wyłożyć z budżetu? Wolne żarty!

Było inaczej. Tusk pokazał, kto tu rządzi. Proszę zobaczyć: PSL w pierwszej chwili pokrzyczało, ale już następnego dnia ucichło, bo uświadomiło sobie, że jeśli Tusk urządzi teraz przyspieszone wybory, to - jak pokazało głosowanie do europarlamentu - będzie mógł rządzić samodzielnie, a wtedy adios ukochane stołki. SLD pokrzyczało dłużej, ale powoli dochodzi do tego samego wniosku - nawet jeśli dostałoby te swoje dziesięć-dwanaście procent, to co będzie mogło? Skoczyć. Jeśli Tusk nie zechce się z lewicą podziałkować, to lewica nie będzie miała nic. W takiej sytuacji trzeba schować dumę do kieszeni.

Moim skromnym zdaniem, Tusk z jednej strony uświadomił sobie, że - jak to ujmował poeta - "słodkich pierniczków dla wszystkich nie starczy", z drugiej zaś uznał, że gdy jest już na ostatniej prostej do upragnionego celu, cackanie się raczej mu zaszkodzi niż pomoże. Skoro nie ma już ani możliwości, by potencjalnych rywali przekupywać, ani czasu, by ich czarować, musi ich traktować z buta.

Skończyły się uśmiechy, zaczął wojskowy dryl. Minister Grabarczyk publicznie "melduje wykonanie zadania" (udało mu się wreszcie podpisać kontrakt na kawałek autostrady A-2), minister Boni "melduje wykonanie zadania" znalezienia oszczędności w ministerstwach - przejęcie tego militarnego języka od PiS nie jest przypadkiem.

Przeciętny Polak, jak wynika sondaży, jeszcze o tym nie wie, ale czas beztroskiego przejadania pożyczek już się kończy i nieuchronnie zbliża się zaciskanie pasa. A kiedy poddani zaciskać muszą pasa, władza ma jedną tylko możliwość - zanim poddani rozzłoszczą się na nią, musi im podsunąć wroga. I PiS może już w tej roli nie wystarczyć, zwłaszcza że uporczywe próby dopadnięcia jego rzekomych nadużyć okazały się pasmem kompromitacji.

Nie wiem, kogo Tusk wyznaczy w tej sytuacji na wroga, ale kogoś będzie musiał. Może złych urzędników, może oligarchów, może bezdusznych prawników, może kułaków-krusowników, może "czarnych", a może lekarzy, którzy nie chcą pokazać, co mają w garażach, i to przez nich właśnie, a nie przez nieudolną protegowaną Tuska, mamy taki pasztet w służbie zdrowia. Jak finanse publiczne się walą, ktoś za to beknąć będzie musiał.

Kładę dolary przeciw orzechom, że tak właśnie będzie wyglądać ta ostatnia prosta do prezydentury - zamiast uśmiechów, srogość i tupanie nogą. Najbardziej śmiać mi się chcę, kiedy wyobrażam sobie te różne dziennikarskie wołki zbożowe, jak w pocie czoła będą zawracać o 180 stopni i nagle wywodzić, że "dzielenie ludzi" i "szukanie wrogów" to jest właśnie to, co zasługuje na szacun i rispekt.

Rafał A. Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje