Kornel Morawiecki: Powrót Wyklętego

​Bardzo mnie rozczuliła redaktor Pochanke z TVN, gdy oznajmiła z ekranu, że warto zainteresować się postacią i przeszłością marszałka seniora Kornela Morawieckiego. O, tak. Zdecydowanie warto! Warto wiedzieć, iż ten niezłomny człowiek w roku 1988, po wielokrotnej odmowie przyjęcia wroniego paszportu "w jedną stronę", został wbrew własnej woli siłą wywieziony, wyrzucony po prostu z Polski, bo obie szykujące się do magdalenkowego dilu strony widziały w nim zagrożenie dla zaplanowanej transakcji stulecia.

Rzecz bez precedensu - po prostu wyrzucić więźnia z kraju bez prawa powrotu! Nawet rozmaite junty z zapyziałych kraików na krańcach świata nie wpadły na taki sposób pozbywania się niewygodnych opozycjonistów.

Reklama

Mało tego - nie mając możliwości powrotu do Polski normalnie, lider "Solidarności Walczącej" wrócił do Polski przez "zieloną granicę". Wiele było przypadków przekradania się przez kordony w stronę przeciwną, ale w tę zrobił to bodaj tylko ten jeden. Niestety, tu, na miejscu, Morawiecki nie mógł już niczemu zapobiec. Ci, którzy zostali w PZPR do końca, ustalili już warunki pojednania z tymi, których wyrzucili z niej w 1968 albo nieco później. Oficerowie prowadzący wynegocjowali już transformację ze swoimi agentami.

I cały ten cwaniacki geszeft - "wy nam władzę, my wam majątki, przywileje i bezkarność" - został ubrany w szaty Pojednania Narodowego i podżyrowany autorytetem "Solidarności", noblisty Wałęsy, Kościoła i bratnich mocarstw z Zachodu, dla których oddanie masy upadłościowej po PRL czerwonej nomenklaturze i ubecji było tylko drobnym fragmencikiem w globalnej rozgrywce. A tę rozgrywkę podporządkowywały wtedy mocarstwa generalnej wytycznej: nie stwarzać żadnych kłopotów Gorbaczowowi, bo mu się mityczny kremlowski "beton" zbuntuje i będzie po "pierestrojce".

Trudno opisać poczucie absurdu, z jakim czyta się dziś odtajnione depesze amerykańskiego ambasadora w Warszawie, żalącego się, że Bronisław Geremek jest nie dość względem Jaruzelskiego i Kiszczaka ugodowy (!) i proszącego, aby centrala swoimi kanałami wywarła na niego i całe środowisko Wałęsy mitygujący wpływ. Gdzie w tej geopolitycznej grze była Polska?

Musiałbym wskazać część ciała, o której publicznie rozprawiać nie wypada. Gdzie, skoro już uruchomiono działające z potężną bezwładnością społeczne mechanizmy, nastroje, musiał się znaleźć Morawiecki? Tam, gdzie Anna Walentynowicz, Krzysztof Wyszkowski, gdzie Andrzej Gwiazda i jego żona Joanna Duda Gwiazda, by podać tylko kilka nazwisk dzielnych, wspaniałych ludzi antykomunistycznej opozycji, wyrzuconych przez cwaniaczków na śmietnik historii, zabitych "chłostą śmiechu" i wpychanych w zapomnienie.

Warto by się zainteresować Morawieckim - powiada pani redaktor z tej stacji, w której od lat jako słuchani z nabożnym skupieniem eksperci brylują generałowie Dukaczewski i Czempiński, z której nie wychodzą Palikot z psychostefanem, ze stacji, gdzie panią, której w 1980 strajkujący koledzy zatrzymali tramwaj wyłączając prąd w trakcji wylansowano na centralną postać Sierpnia tylko dlatego, że przed kamerami rozpruła gębę na Kaczyńskiego. Zgoda, warto by wam nawet w tej stacji zrobić jakieś szkolenia.

Nie tylko o Morawieckim i nie tylko o "Solidarności Walczącej", której działacze, kiedy byli przez komunistów więzieni, to o niebo lepiej od nich znani Zachodowi przywódcy "Solidarności" wałęsowej przestrzegali Amnesty International, by za tamtymi się nie ujmować, tylko za nimi, bo tamci to organizacja terrorystyczna (haniebna historia, ale niestety prawdziwa). I o tym płocie, co go nie było - samiście zresztą w TVN zrobili o tym film i do dziś leży on głęboko w piwnicy; teraz pewnie dopiero zostanie z niej wyjęty.

Rzadko się wzruszam, ale czasami jeszcze mi się to zdarza. Sejm, z którego wymiotło co najobrzydliwszych cwaniaczków, a inni zepchnięci zostali w kąty sali, inaugurowany przemową takiego człowieka...

Przeczytaj: Kornel Morawiecki i sześć lat esbeckiego pościgu

Jakby w tym smrodzie nieustającego kłamstwa, pogardy dla samych siebie i "pedagogiki wstydu", w którym kazano nam się dusić za cenę wzrostu gospodarczego i dojenia unijnych dotacji, ktoś wreszcie otworzył okno. Jakby wstał z grobu któryś z "Żołnierzy Wyklętych" i mówił tak, po prostu, o Polsce, o wielkich sprawach, jakby tego całego zaduchu w ogóle nie było. Do ludzi, którzy już prawie zdołali się poddać "panświnizmowi" III RP i prawie już uwierzyli, że wszyscy są umoczeni, wszyscy ugnojeni jak ta świnia z "Co mi zrobisz...", a wielkość autorytetów mierzy się tylko kapuchą, za jaką gotów je wynająć jakiś cinkciarz.

A potem wyszła na sejmową mównicę jazgocąca przekupa, żeby po raz enty zachwalać, jakie to sukcesy odniosła, wyprzedzając nawet Francję i Szwajcarię, i po raz enty naurągać Kaczyńskiemu i PiS-owi, jakby w ogóle nie była w stanie zauważyć, że wybory już się skończyły, i że je przegrała. A zresztą może i faktycznie nikt jej tego nie miał jeszcze serca uświadomić. W każdym razie podniosły nastrój święta demokracji w jednej chwili padł na pysk, w sposób, który zażenowanie wzbudził nawet w niektórych z medialnych żołnierzy złej sprawy.

Trudno by było tego dnia, choćby się ktoś nie wiem jak głowił, bardziej wyraziście pokazać kontrast między dwiema Polskami. Tą, w której podnosi łeb, jak to był ujął redaktor Miecugow z tej samej stacji, "demon polskiego patriotyzmu", i tej, która chciała się nazywać "europejską", "fajną" czy "racjonalną", ale, sądząc po rekordowej w tej kadencji liczbie posłów, którzy nie omieszkali dodać do ślubowania "tak mi dopomóż Bóg", najcelniej powinna być nazwana po prostu "obłudną".

Zobacz pełną treść przemówienia marszałka seniora Kornela Morawieckiego podczas pierwszego posiedzenie Sejmu VIII kadencji

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje