​Kuszenie "peezelu"

Nazywanie odbytych właśnie wyborów "samorządowymi" brzmi cokolwiek śmiesznie. Formalnie, oczywiście - ale chyba odkąd istnieje w Polsce wybieralny samorząd i samorządowe wybory, nigdy nie były one mniej samorządowe, niż te sprzed tygodnia. Był to plebiscyt, czy PiS rządzi dobrze, czy źle, przy czym opozycja usiłowała zrobić z niego głosowanie nad "polexitem", którego jakoby dokonuje obecna władza, a władza nad "500+" i innymi socjalnymi dobrodziejstwami, które PO jakoby chce "zwykłym Polakom" zabrać, żeby znowu było tak jak było i żeby zdegenerowane elity mogły robić "wałki" na VAT, kamienicach i wszystkim w ogóle.

Wynik plebiscytu nie jest jednoznaczny, choć największe powody do zadowolenia ma bez wątpienia PiS. PO okopała się w wielkomiejskich bastionach, ale PiS urósł w siłę na prowincji. Przed wyborami Jarosław Kaczyński zakreślił maksymalny cel wyborczej ofensywy: władza w ośmiu sejmikach. Sześć wziął PiS na pewno, z bezpieczną, samodzielną większością, kilka kolejnych zależy od ewentualnych koalicji z tzw. bezpartyjnymi samorządowcami albo PSL. W zasadzie to, kto rządzi w sejmiku, jest ważniejsze od tego, kto jest prezydentem stolicy województwa - bo to sejmik ma więcej władzy. Ale rządy nad miastem są na pewno bardziej widowiskowe, a wygrana w miastach - bardziej prestiżowa.

Reklama

Ta wygrana na pewno wystarcza, żeby Grzegorz Schetyna utrzymał przywództwo nad PO i nad całą "totalną opozycją" - co z kolei było jego strategicznym celem, jakkolwiek niedeklarowanym publicznie, to dla wszystkich komentatorów oczywistym. I tylko w tym sensie można powiedzieć, że "sprawdziła się" formuła "koalicji obywatelskiej". Nowoczesna przestała być konkurencją, bo w ogóle przestała być - wynik wspólnej listy, generalnie, jest mniej więcej taki sam, jak wynik samej PO.

W pierwszych sondażach po skonsumowaniu przez PO głównej konkurencji widać było ucieczkę elektoratu Nowoczesnej do SLD - przez moment wydawało się, że postkomuna dostanie od Polaków drugą szansę, i że jest jakaś część elektoratu, który nie chce PiS, ale nie chce też PO i jej przystawek, i że o ten elektorat może SLD powalczyć. Plebiscyt urządzony w ostatni weekend pod pozorem wyborów samorządowych dał obraz zupełnie inny.

Najjaskrawiej widać ten proces w Warszawie: znakomity wynik Trzaskowskiego osiągnięty został przez skonsumowanie już w pierwszej turze wszystkiego, co istniało na lewo od PO, ruchów miejskich i w ogóle wszystkich odcieni tęczy (analogicznie zresztą, jak po umownej prawej stronie PiS zjada Kukiza i wolnościowców). Ale jego skutki lepiej widać w wynikach ogólnopolskich. PO dosuwa się do lewej ściany. Trudno oczywiście wyrokować bez dokładnych badań tzw. przepływów, ale można z dużym prawdopodobieństwem sądzić, że wyborcy SLD raczej nie przenieśli swych głosów na PiS, ale na PO.

Co z tego wynika? Jeśli poparcie dla PO jest z grubsza takie samo, elektorat Nowoczesnej wyparował, a SLD zmalało - to arytmetyka jest nieubłagana. Jakaś część wyborców PO, mimo całej histerii o rzekomym "gwałceniu konstytucji", "wyprowadzaniu Polski z Europy" i "odbieraniu wolności" (a raczej, moim zdaniem, właśnie wskutek niej) musiała przenieść się do obozu władzy. Czyli PO nie maleje (na razie) ale się przesuwa, zbiera nastraszony PiS-em elektorat skrajny, traci zniesmaczony tym straszeniem centrowy.

Zauważył to Donald Tusk, zabawiający się w europejskiego "wujka Dobra Rada" i starający się - w zgodzie zresztą z oczekiwaniem antypisowskiego elektoratu - odgrywać z emigracji rolę duchowego przywódcy i zarazem stratega opozycji. Nakreślił on wizję antypisowskiej "szerokiej koalicji", z włączeniem PSL i SLD, ale pod przywództwem nie Schetyny, tylko Kosiniaka-Kamysza. Tusk na politycznych gierkach przysłowiowe zęby zjadł i wie doskonale, że taki ruch ku skrzydłu i utrata umiarkowanego centrum to dla partii równia pochyła - i że ten ruch, który na razie nikogo nie przeraża, bo arytmetycznie PO ma się świetnie i umacnia hegemonię na lewej połowie sceny politycznej, to w istocie podążanie śladami Kwaśniewskiego i Palikota.

Myślę, że PO zobaczy w tej propozycji jedynie kolejną złośliwość Tuska pod adresem Schetyny i pomysłu nikt nie potraktuje poważnie. Sądzę zresztą, że z różnych względów nie kupi go także PSL - to nieco inne czasy, niż kiedy Wałęsa zrobił na 33 dni premierem młodego Waldemara Pawlaka, acz sama sytuacja nieco podobna.

Rzecz w tym, że na niezłomną postawę peeselowskiego zarządu "nie ma żadnych układów z wrogami samorządności" (z PiS, znaczy się) wpływa nie tyle jakaś tam żarliwa miłość zielonych do demokracji, co lęk przed podzieleniem losu "Samoobrony". Problem w tym, że przy PO grozi jej to w tej chwili w jeszcze większym stopniu niż przy PiS. I w tym, że PO w tej chwili nie ma PSL wiele do zaoferowania, a PiS ma i tęgiego kija (w sześciu tradycyjnie peeselowskich województwach może sczyścić zieloną postkomunę do spodu - aj, co za ból!) i kuszącą marchewkę - ewentualne dogadanie się z Kaczyńskim to perspektywa otrzymania fruktów na większości obszaru państwa.

Usłużny wobec Tuska "Newsweek" już pośpieszył z analizami doktora Jurkiewicza, statystyka z Uniwersytetu Gdańskiego, który wyliczył, że PO poszerzona o PSL i SLD pokona PiS w wyborach sejmowych. Czytam tę analizę z szerokim uśmiechem na ustach - statystyka tu na nic, bo wyborcy to nie żetony, które dowolnie rzucają na tę albo tamtą kupkę prezesi partii, ale żywi ludzie, chodzący każdy tam, gdzie chce.

Podział na PiS i anty-PiS to podział kulturowy, jak wiele razy o tym pisałem, postkolonialny. W tym podziale, w sporze dwóch polskich tożsamości, PSL mógł sobie jako tako radzić, tworząc swoistą pod-tożsamość, nazwijmy ją "tutejszych" - "nasza chata  z kraja", te klimaty. Generalnie jednak ludzie, na których mógł liczyć, kulturowo bliżsi są PiS, niż PO, zwłaszcza w sytuacji, gdy ta ostatnia robi się coraz bardziej tęczowa i "queer" - nie mówiąc już o organicznej niezdolności jej polityków, a zwłaszcza firmujących ich "autorytetów", do powstrzymania się od okazywania żywiołowej pogardy dla "obszarów zapóźnionych cywilizacyjnie" i w ogóle "wiochy". Przyłączenie PSL do PO już nie na zasadzie "załatwiamy z nimi dla was interesy", ale "na sztywno" musi tych ludzi odstraszyć.

Mówiąc krótko, postulowana "wielka koalicja" to fantasmagoria przypominająca promowaną niegdyś przez Jana Rokitę "inicjatywę trzy czwarte", która miała zgromadzić wszystkich przeciwników elekcji Kwaśniewskiego i "zatrzymać postkomunistę" - a, kto jeszcze te czasy pamięta, ostatecznie okazała się "inicjatywą mniej niż połowa".

Na moment polska polityka zawiesza się na PSL. Dalszy rozwój wypadków zależy od decyzji jego szefostwa, od tego, czy pozostanie ono szefostwem, i tego, czy od jego ewentualnej decyzji oznaczającej wydanie na rzeź dziesiątek tysięcy kumpli i krewnych w sześciu od niedawna "pisowskich" województwach podporządkują się struktury terenowe. Z jednej strony - z Kaczyńskim, po tym, jak wyrolował Leppera i Giertycha, zadawać się strach. Z drugiej - u boku PO przyszłość nie wygląda atrakcyjnie, a już na pewno nie jest pewna.

Ciekawe, co uradzą.  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje