Reklama

Reklama

LGBT – jest się czego bać

Trzeba wyjaśnić pewne nieporozumienie: te cztery literki, które sponsorują polską politykę od kilku tygodni, nie oznaczają wcale "orientacji seksualnej". Oznaczają orientację polityczną. Ma ona oczywiście związek z homoseksualizmem, ale mniej więcej taki sam, jaki miał komunizm z interesami robotników, albo jego współczesne wcielenie, feminizm, z problemami kobiet. W gruncie rzeczy od czasów Marksa stale chodzi o to samo: o zniszczenie starego świata, bo rewolucjonistom w nim duszno i ciasno, a poza tym to rozwalanie jest fajne, szczególnie dla znudzonych paniczyków z tzw. dobrych domów (znajdźcie mi proszę w Razem czy aquapartii pani Nowackiej jakiegoś autentycznego przedstawiciela klas "wykluczonych"). Gdzieś tam w tle jest też, oczywiście, obietnica, że dzięki zniszczeniu – różnie na różnych etapach – społeczeństwa "klasowego", własności prywatnej, czy, ostatnio, "patriarchatu" i "heteronormatywności", w przyszłości sam z siebie zapanuje raj, "nowy wspaniały świat". Ale w sumie mniej chodzi o obiecywaną kiedyś tam utopię, a bardziej o samą radochę z demolki.

Do niszczenia potrzebny jest jakiś taran - trzeba więc znaleźć jakąś grupę niezadowoloną i "reprezentować jej interesy", stanąć na czele. Towarzysz Lenin uczył na przykład, że choć docelowo w komunizmie ma nie być narodów, a nacjonalizm jest w ogóle złem, to jednak na zasadzie "mądrości etapu" komuniści powinni tam gdzie się takowa toczy "stawać na czele walki narodowowyzwoleńczej", szczególnie w krajach kolonialnych - zmiażdżony przez jego ucznia Ho Szi Mina Wietnam mógłby o leninowskich "tezach o kolonializmie" dużo opowiedzieć. Postulowana "społeczność LGBT" nie jest w oczach liderów tęczowej rewolucji niczym innym, tylko kolejnym taranem przeciwko normalności.

Reklama

Ale, jak uczy historia, żeby rewolucja mogła rozwinąć skrzydła, potrzebni są jeszcze sponsorzy. Bez sponsorów Lenin sczezłby w szwajcarskim "kegel klub", tokując do małej grupki fanatycznych wyznawców, a Hitler w analogicznych okolicznościach zapiłby się w końcu w bawarskiej piwiarni. Żeby wykorzystać społeczny ferment, trzeba jeszcze, oprócz ideologii i pobuntowanego proletariatu, kasy - trzeba, słowem, żeby jacyś możnowładcy uznali, że im się ta rozpierducha opłaca. W wypadku LGBT rozpierducha jest bardzo na rękę oligarchom z wielkich, ponadnarodowych koncernów, dążących do maksymalizowania zysków poza wszelkie granice. Jednym z limitów jest tu bowiem właśnie znienawidzony przez lewicę "patriarchat", z jego tradycyjnymi wartościami, ograniczającymi konsumpcję, i organizacją społeczeństwa opartą na rodzinie, czyniącą je mniej podatnym na marketingowe zabiegi i mniej skłonnym do uzależniania się od kredytów.

Każdy, kto rozwala tradycję i rodzinę, jest więc cennym sojusznikiem dla - by użyć niedoskonałej, lewicowej terminologii - neoliberalnego globalizmu i "turbokapitalizmu". Nawet jeśli otwarcie głosi coś dokładnie przeciwnego, i nawet szczerze wierzy w to co głosi - ludzie uważający się za najmądrzejszych na świecie, bo obracający największymi kapitałami, wybaczają im to z dobrotliwym pobłażaniem, jak żydowscy bankierzy z USA otwierając kurki z kredytem dla Hitlera puszczali mimo uszu jego antysemickie poryki. Albo jak kajzerowski wywiad, fundując Leninowi przejazd do Piotrogradu i obdarowując go kilogramami złota, nie wyobrażał sobie nawet, że bolszewicy ledwie stanąwszy na nogach w Rosji, będą zużywać jej zasoby, by tę samą bolszewicką rewolucję uskutecznić u swoich niemieckich dobrodziejów.

No dobrze, ale może dość już ogólnej teorii rewolucji - może kiedyś do tematu wrócimy - przejdźmy, jak to mówi przysłowie, do naszych baranów. U nas to wszystko bardziej siermiężnie. Ktoś chciał wydoić kolejne pieniądze z podatników, stworzyć sieć dobrze opłacanych posadek dla "kuzynów" przy obsługiwaniu "walki z dyskryminacją", "programów równościowych", a żeby się nie czepiano, wszystko to pod pozorem literek LGBT, zapewniających na mocy "politycznej poprawności" nietykalność. I jeszcze w majestacie literek WHO - tak wielkim, że nikt z inicjatorów "karty LGBT" zapewne nie pofatygował się zawczasu przeczytać sławnych "wskazań", będących zresztą autorskim dziełem zespołu pewnego niemieckiego socjologa, który sama WHO opatrzyła przy publikacji zastrzeżeniami.

Ot, nowa ekipa w Ratuszu chciała powtórzyć bezczelny przekręt poprzedniej, ten z "wydzierżawieniem" przez miasto za mniej więcej sto tysięcy miesięcznie plus "koszty konserwacji i napraw" sławnej "instalacji artystycznej", znanej jako tęcza z placu Zbawiciela. A tu się zrobiła awantura, bo "polski, katolicki ciemnogród" okazał się jeszcze niegotowy, by tolerować tak daleko idące objawy społecznego rozkładu, jakie na Zachodzie stały się już codziennością. Złość wzbudziły zwłaszcza absurdalne zapisy o seksualizowaniu dzieci w dokumencie firmowanym przez WHO - ale i kasa wyrzucana na jakichś "latarników", "sport LGBT" czy mechanizm faworyzujący homokolesiów przy zamówieniach publicznych.

Wydaje mi się, że co sprytniejsi politycy PO już wiedzą, że koalicjant, którego, wydawało im się, wciągnęli nosem, wpakował ich na potężną minę. Pod presją swoich politpoprawnych mediów nie mogą się teraz przyznać, że Rabiej z Trzaskowskim przegięli, muszą brnąć, co oczywiście jest wodą na młyn PiS. Brnąc, idą w oskarżanie, że to "Kaczyński rozpętał nienawiść do LGBT", że "gej ma być nowym uchodźcą" i w ogóle, że geje dyskryminowani, prześladowani... Ale to jednak słabe, bo każdy choć odrobinę myślący wyborca widzi, że to nie PiS zaczął awanturę, a opozycja, że LGBT są w niej stroną atakującą, agresywną i dążącą do zniszczenia przyjętych norm, a z lubością powtarzane przez Trzaskowskiego i Rabieja opowieści o "dzieciakach, które popełniają samobójstwa, bo są prześladowane z powodu orientacji seksualnej" to zupełnie wyssane z palca kłamstwa.

O tym, że działacze LGBT kłamią, i to na różnych etapach produkują kłamstwa krańcowo ze sobą sprzeczne, pisałem już tutaj w felietonie "Tęczowe pęknięcie", proszę, kto nie czytał, znaleźć go w archiwum Interii, bo znowu się zrobił aktualny. O tym, że postulat "małżeństw homoseksualnych" nie ma godziwego uzasadnienia, że małżeństwo to nie jakieś "należące się każdemu" zaspokojenie emocjonalnych potrzeb założenia sobie welonu, tylko fundamentalna instytucja prawa cywilnego, której zniszczenie prowadzi do nieuchronnego rozkładu całego systemu (dlatego zresztą sprytnie taki właśnie cel tęczowa rewolucja sobie postawiła) - też pisałem w różnych tekstach, i pewnie przyjdzie jeszcze czas do tego wrócić.

Na dziś zadam tylko jedno pytanie.

Jeśli, jak twierdzą działacze LGBT, homoseksualiści stanowią 10 proc. społeczeństwa, jeśli w Polsce ma ich być jakoby 3 miliony, a w Warszawie "co najmniej 200 tysięcy" - to proszę mi powiedzieć, dlaczego ich nigdzie nie widać? Bo na "iwenty" zawodowych homo przychodzi w stolicy kilkaset osób, a i z tego większość to nie żadni homoseksualiści, tylko po prostu lewicowi działacze obskakujący od zawsze wszystkie możliwe protesty. Na wielkiej, uporczywie reklamowanej "Paradzie równości" udało się zebrać paręnaście tysięcy z całego kraju, z bardzo liczną reprezentacją zagranicy oraz - co samo w sobie było skandalem - personelem prawie wszystkich funkcjonujących w Warszawie ambasad, łącznie z Turecką i Izraelską.

Gdzie reszta?

Można oczywiście, nawet trzeba, przypomnieć, że te 10 proc. to kompletna bzdura, dawno przez naukę obalona - według najszerszych dotąd badań tzw. Chicago Survey wielkość podana przez Kinseya na podstawie ankiet wypełnianych przez ochotników zawyżona została dziesięciokrotnie.

No, ale mimo wszystko i tak pozostaje poważne liczba homoseksualistów, którzy jakoś nie chcą być gejami - choć niby dla nich to wszystko.

Odpowiedź wydaje mi się prosta: nie każdy homoseksualista chce być, jak to się mówi w tym środowisku, "przegiętą ciotą", nie każdy widzi się w roli tęczowego pajaca w skórzanych stringach, i przede wszystkim nie każdy widzi się w roli tarana dla neobolszewickiej rewolucji. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, większość z nich jest normalna. W tym sensie, że, jak każdy normalny człowiek, chce swą seksualność uważać za część życia prywatnego, a nie istotę tożsamości, a już zwłaszcza nie za - mówiąc językiem poprzedniej epoki - "postawę ideowo-polityczną".

Problem, jak mi się zdaje, w tym, że prawica nie ma dla takich ludzi żadnej oferty - co siłą rzeczy po prostu zmusza ich do firmowania, choćby milcząco, wszelkich szaleństw i obrzydliwości popełnianych pod pozorem "tolerancji" (choć, zgódźmy się, rewolucja LGBT dawno już nie domaga się tolerancji, tylko przywilejów, wręcz swoistego homocentryzmu). Przypominam sobie mgliście, że Andrzej Duda w kampanii obiecywał staranie o prawne uregulowanie "statusu osoby bliskiej". Niestety, potem już nigdy do tematu nie wrócił, a szkoda, bo byłoby to i godziwe, i politycznie mądre. Na pewno lepsze, niż przeciwstawianie drapieżnemu lobby LGBT pryncypialnego stanowiska, że homoseksualizmu powinno w ogóle nie być. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje