Lustracja seksualna

Ach, ta obłuda salonów… można by o niej pisać całe tomy. Oto kolejna z niezliczonych niekonsekwencji tak zwanych "opiniotwórczych elit": entuzjazm, z jakim rzucają się na wywlekane różnym ludziom "skandali seksualnych", niekiedy sprzed kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat.

Te same elity zatykają z obrzydzeniem nosy, gdy wypomni się komuś, że za pieniądze kapował na znajomych i przyjaciół na SB, bo to im zalatuje "ubeckim szambem", jak raczył Adam Michnik nazwać archiwa. Czy pamięta ktoś jeszcze, jak murem za zdemaskowanym kapusiem rozpracowującym latami "Piwnicę pod Baranami" stanęła cała udecka elitka Krakówka? Te napuszone deklaracje: "Michale, kiedy się spotkamy, udawajmy, że nic się nie stało", te gromy miotane na "oszalałych lustratorów", te obleśne aluzje, jaką to żerującym w "ubeckim szambie" osobnikom niską satysfakcję sprawia wywlekanie "chwili słabości" ludzi wielkich i zasłużonych...

Reklama

Tak jest, gdy na jaw wychodzą nikczemności udokumentowane niezbicie w archiwach. Ale jeśli jakaś pani "przypomni sobie", że ktoś dwadzieścia lat temu zaproponował jej łóżko, pomacał albo powiedział coś sprośnego, podchwytują to radośnie te same elity, które do upadłego bronią coraz to głupszych kłamstw Wałęsy, a gdy już nie są w stanie ich bronić, to wygłaszają przemowy w duchu "dla mnie Lech Wałęsa zawsze będzie bohaterem... etc." (co w istocie znaczy mniej więcej tyle, co np. "dla mnie siostry Godlewskie zawsze będą ulubionymi diwami").

Chyba, że demaskacja dotyczy "naszego". Kiedy, przypomnę, wróciła na tapetę sprawa Romana Polańskiego, pani Dorota Stalińska broniła go twierdzeniem, że "trzynastolatki same wskakują starszym facetom do łóżka". Strach sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby tak powiedział jakiś prawicowiec! No, ale egerii KOD-u, uświetniającej swym charakterystycznym sznaps-barytonem kolejne "manify" i "Kongresy Kobiet" takie mądrości puszcza się w niepamięć i wybacza, na tej samej zasadzie, na jakiej Jaruzelskiemu nikt nie śmie wypominać wyrzucenia z "ludowego" wojska kilku tysięcy oficerów za żydowskie pochodzenie.

Nie oburzało, gdy wymachująca wieszakiem celebrytka oznajmia, że "przez zakaz aborcji rodzi się mnóstwo bękartów i kalek", ani nie przeszkadzało temu towarzystwu kreować się na obrońców niepełnosprawnych dzieci i rozwodzić się, jak to rzekomo "gardzą" nimi pisowcy. Posła Piętę oczywiście obśmiano i zniszczono, ale Kaziu od Izabel w tych samych rozrechotanych mediach traktowany jest śmiertelnie poważnie, udziela wywiadów o polityce i podpisuje akty strzeliste do Europy, błagając wraz z innymi byłymi premierami i prezydentami o nałożenie na krnąbrną Polskę sankcji. Za to za umieszczenie na Twitterze zdjęcia ładnej modelki w bieliźnie albo zwrócenie uwagi feministce, jadącej z nienawiścią po "zdeformowanych płodach", żeby zwróciła uwagę raczej na swoją własną formę, zostałem, przypomnę, zaszczycony specjalną uchwałą wydziału filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego (choć uczciwie muszę przyznać, że znalazł się tam jeden człowiek, który w błazenadzie udziału odmówił).

Czy publicysta Krzysztof Wołodźko jest "nasz" czy "nie nasz", to właściwie nie wiem - lista jego publikacji wydaje się zdumiewająco ekumeniczna, pojawiał się zarówno w pismach uważanych za lewicowe, jak i prawicowe, teraz zaś stał się obiektem ataku wyspecjalizowanego w demaskowaniu "molestujących samców" feministycznego portalu. Facet ani mi brat ani swat, zarzuty feministek wyczerpują się na tym, że miał jakoby czynić jednej czy drugiej pani seksualne aluzje, przy czym, jeśli któraś wyraźnie powiedziała, że sobie nie życzy, to przepraszał i przestawał. Nie ma tu mowy o wykorzystywaniu do wymuszania uległości jakiejś przewagi, władzy nad molestowaną niewiastą, bo takowych nie posiadał, o uzależnieniu ofiar od prześladowcy... W dodatku zaatakowany publicysta twierdzi, że było to dawno i urażone osoby przeprosił, więc nie bardzo nagły atak rozumie.

Ja tam rozumiem doskonale. Pan Wołodźko pada kolejną ofiarą fali Nowej Pruderii, o której już jakiś czas temu pisałem. Cywilizacja anglosaska, pod wpływem której pozostajemy, nie potrafi inaczej, niż od ściany do ściany. Albo skrajna pruderia i hipokryzja, albo orgiastyczna rozwiązłość. Do lat siedemdziesiątych homoseksualizm był tam w kodeksie karnym, prezerwatywy kupić można było w aptece za wylegitymowaniem się, że jest się małżeństwem, a za udostępnienie niepoślubionej parze mieszkania celem odbycia stosunku można było dostać do dwóch lat za tzw. kuplerstwo (naprawdę). Potem, hop, siup, rewolucja seksualna i radosne "bzykanie się" każdego z każdym metodą podwórkowych kotów, bez względu na płeć, pozycję społeczną i jakiekolwiek zobowiązania, któremu nie zdołała położyć kresu nawet epidemia AIDS - czyni to, dopiero teraz, kolejna fala bigoterii.

Co prawda tym razem jest to bigoteria feministyczna, nie chrześcijańska, ale różnice są kosmetyczne. Dla bigoterii dawnej złem był każdy seks poza małżeństwem, dla nowej gwałtem każda aktywność płciowa niehomoseksualna, i w obu chodzi tak naprawdę nie o to, żeby "tego" nie robić, tylko żeby o "tym" na głos nie mówić i udawać, że nie ma. Konkurs Miss Ameryki wycofuje się wstydliwie z występu kandydatek w kostiumach plażowych, Netfliks zabrania pod surowymi karami pracownikom płci przeciwnej patrzeć sobie w twarz dłużej niż pięć sekund i pytać o numer telefonu, ale o próbie jakiegokolwiek psucia interesów porno-koncernom mowy nie ma.

Ta obłuda wpisana była w samą istotę akcji #metoo, od której cały neowiktoriański cyrk na Zachodzie się zaczął. Istota tej akcji polegała na tym, że o tym, jak były zmuszane do seksu, opowiadały panie, które swego czasu uległy i dobrze na tym zarobiły - a uderzyły w płacz dopiero, gdy te profity po latach się skończyły, zapunktować zaś dało się na udawaniu pokrzywdzonej.

Znam, tak się składa, aktorkę, której znany reżyser z samego serca opiniotwórczego salonu zaproponował kiedyś, że wynajmie jej małe mieszkanko, gdzie będzie mu ona ucieczką i rozrywką po trudach pracy i nudy z legalną żoną. Gdy odmówiła, nagle okazało się, że nie jest, jak wcześniej twierdził reżyser, materiałem na wielką gwiazdę, tylko w ogóle miernotą, i wszelkie propozycje skończyły się jak nożem uciął, zgodnie z zapowiedzią, którą jej ugodzony w swej miłości własnej, a nader wpływowy Mistrz złożył. Historia zapewne jak wiele, ale nikt się o niej nie dowie.

No bo jak? Ta osoba rzeczywiście miałaby prawo być przedstawiona jako ofiara seksualnego nadużycia ze strony ustawionego barona filmowego światka - ale nikogo by jej opowieść nie zainteresowała, bo nie jest gwiazdą. Gwiazdami zostały te, które w analogicznej sytuacji nie miały skrupułów w udzielaniu ciała - i one opowiadają, ale to z kolei z daleka cuchnie fałszem.

Marek Hłasko opisywał rozgoryczony sytuację uciekinierów z sowieckiego "obozu". Jeśli uciekł komuch, ubek, zbrodniarz, w rodzaju pułkownika Światło - urządzał się tam doskonale, dostawał kupę kasy, ochronę, jeździł z wykładami, no bo miał Zachodowi co sprzedać. A uczciwy, nawet bohaterski człowiek nikogo nie obchodził, biedował i często kończył jak Jacek Bieriezin czy wspomniany Hłasko. "Takiż to świat, okrutny świat, czemuż innego nie ma świata?", chciałoby się zapytać słowami Poety. Z pełną świadomością, że kolejne pełne oburzenia enuncjacje o tym, kto tam jeszcze przed wielu laty miał jakoby powiedzieć kobiecie (koniecznie płci przeciwnej), że chętnie by jej pokazał swoją kolekcję płyt, są tylko kwestią czasu. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje