Reklama

Reklama

Medialne ogony merdają swymi psami

Rozmawiałem kiedyś z Władysławem Frasyniukiem - wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale, naprawdę, sięgam pamięcią takich czasów, kiedy z ludźmi dziś już kompletnie oszalałymi z nienawiści do PiS dało się normalnie rozmawiać. Frasyniuk był wtedy przewodniczącym chylącej się ku upadkowi Unii Wolności i utyskiwał, że na wszystkich spotkaniach z wyborcami tłumaczyć się musi z "Gazety Wyborczej". Bo dla ludzi - tych życzliwych mu, popierających, zamierzających na jego partię głosować - linią programową i ideologią Unii Wolności było to, co napisała wspomniana gazeta, a nie to, co sobie przegłosowali w dokumentach programowych czy zadeklarowali w innych mediach jej politycy, z przewodniczącym na czele.

Pamiętam, że wówczas odnotowałem to w pamięci zaledwie jako śmiesznostkę. Błąd. Zetknąłem się już wtedy, u zarania, z tendencją, która teraz, po latach, dominuje. Dominuje nie od dziś, ale emocjonalne paroksyzmy po śmierci śp. Pawła Adamowicza są tej dominacji szczególnie jaskrawym przykładem.

Reklama

To przecież nie Grzegorz Schetyna narzucił opozycji narrację w tej sprawie, ani nie żaden z jej polityków. To Jarosław Kurski, wieczny p.o. redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej", już w kilka godzin po ataku, gdy lekarze walczyli jeszcze o życie prezydenta Gdańska, rozplakatował w internecie swą odezwę: "nazwijmy rzeczy po imieniu: doszło do politycznej zbrodni, do wyrachowanej i zaplanowanej próby zabójstwa polityka wybranego w powszechnych wyborach...". I tego się trzyma i on, i cały obóz: "wyrachowana, zaplanowana zbrodnia polityczna", Narutowicz, i tak dalej. Tomasz Lis, który tym razem dał się ubiec w przedstawieniu oczekiwanej narracji radykalnemu targetowi, o który rywalizuje z "Wyborczą" jego "Newsweek" i cały koncern medialny RASP, mógł tylko zgrzytać zębami - za to z kolei ubiegł konkurentów w medialnym zagospodarowaniu wdowy.

Pominę kłamliwość tej narracji, bo chyba szkoda czasu na przypominanie po raz kolejny przeczących jej faktów. Ale spróbujmy sobie wyobrazić, że Grzegorz Schetyna z jakiegoś powodu - powiedzmy, uświadomiwszy sobie, gdzie nas wszystkich ta licytacja nienawiści prowadzi - postanowiłby się jej przeciwstawić i publicznie swych harcowników powściągnąć. Przecież natychmiast któryś z rywali wyskoczyłby z oskarżeniem, że lider PO "pęka", że kapituluje przed zbrodniczym reżimem, mającym "krew na rękach". Jedni oskarżyliby go, że się zestarzał, inni, że może jest z Kaczyńskim jakoś dogadany, wszystkie te głosy zyskałyby natychmiast potężne nagłośnienie i wsparcie ze strony mediów...

Silny przywódca może by to przetrwał. Ale dzisiaj nie ma już silnych przywódców, takich, którzy umieliby, jak Dmowski, gdy po powstaniu Ententy uznał, że wbrew całej wcześniejszej historii, musimy szukać porozumienia z Rosją, pójść pod prąd nastrojów własnego obozu i postąpić tak, jak uważają za słuszne, nawet za cenę masowych odejść dotychczasowych zwolenników. Dzisiaj przywódca to nie wizjoner, który widzi cel i do tego celu prowadzi ludzi - ale ktoś, kogo ludzie pędzą przed sobą, w kierunku przez nich samych wybranym pod wpływem niekoniecznie racjonalnych odruchów czy instynktów. Z daleka może się wydawać, że biegnący na przedzie jest przewodnikiem stada - w istocie gdyby spróbował skręcić, nie mówiąc już o zatrzymaniu się, stado go rozdepcze i w mig zapomni, że w ogóle kiedyś istniał, a miejsce na czele natychmiast zajmie kto inny.

Wtedy, przed laty, zdominowanie nieboszczki UW przez patronującą gazetę wydało mi się przypadkiem jednostkowym, nieznaczącym - ot, pomyślałem, kolejne marzenie Michnika spełnia się jako własna karykatura, przecież zawsze chciał być takim nadpolitykiem, no i został, tyle że nad formacją zupełnie marginalną. Może miałem trochę racji, ale tylko trochę. Michnik chciał ową funkcję "metapolityka" (wtedy to było modne słowo) wywieść ze swej przewagi intelektualnej. Chciał być przy Mazowieckim czy Kwaśniewskim mentorem, mistrzem, kimś w tym rodzaju, jak Merlin przy Królu Arturze albo Gandalf przy Elrondzie i Aragornie.

W istocie stało się inaczej - acz proces jest do bólu logiczny i należało go przewidzieć. Skoro polityka odeszła od sporu o idee, programy i dające się racjonalnie argumentować meritum, a skupiła na zarządzaniu emocjami, no to kierowniczą rolę automatycznie przejmują ci, którzy zarządzają emocjami bezpośrednio i najskuteczniej. W końcu, skoro to oni panują nad histeryzowaniem elektoratu, i czerpią z tego zyski, bo konsument w amoku to najlepszy możliwy klient - czemu mają słuchać polityków?

PiS doświadczył tego w czasach "przed przejechaniem zakonnicy", po tragedii w Smoleńsku, gdy cały ten splot emocji "oplutej Antygony" - szok, ból, oburzenie i poczucie upokorzenia ruskim "śledztwem", pogardą Tuska i jego sitwy, agresją poszczutego przez peowskie media bydła szczającego na znicze i ryczącego do modlących się staruszek "pokaż cycki!" - zagospodarowała "Gazeta Polska" i działający z nią w sojuszu Macierewicz. Ostatecznie Jarosław Kaczyński zdołał wprawdzie nad nimi zapanować: dziś emocje smoleńskie są pod kontrolą, Macierewicz został zmarginalizowany i wciąż czeka na swoją chwilę, a grupa medialna "Gazety Polskiej" podupada, wypychana z zajmowanych pozycji, z błogosławieństwem partii, przez braci Karnowskich. Wszystko to dlatego, że ten rodzaj przywództwa, jaki sprawuje nad swym obozem "Jaro", jako brat świętego męczennika i sam męczennik, od 30 lat opluwany i niszczony przez salon za to, że mówi prawdę i ma rację - nieporównywalny jest z przywództwem jakiegokolwiek innego polityka.

Schetyna, próbując skopiować zachowanie PiS w opozycji, nie wziął chyba pod uwagę tej specyfiki. I dlatego emocje w jego obozie wymknęły się spod kontroli. To nie smędzenie Schetyny na kolejnych konwencjach PO jest dla "leminga" wskazaniem, co ma uważać i jak myśleć, i nawet nie w miarę wyważone, bo kierowane do masowego widza antypisowskie seanse TVN, ale histerycznie mocny przekaz "Wyborczej" i "Newsweeka", za którymi kłębią się różne "oko-pressy", kasprzaki czy szubartowicze, licytujący się, kto podjudzi "target" mocniej i kto bardziej skutecznie żgnie go w czułe miejsca. Sądzę, że Tusk, który kiedyś sobie z salonami radził dość dobrze i skutecznie trzymał je na łańcuchu, też, jeśli wróci, sobie z tym nie poradzi.

Nikt na tym zyskać nie może. Opozycja także nie. Bo licytacja w radykalizmie między antypisowskimi mediami nie tylko warunkuje zwolenników opozycji, ale też określa jej wizerunek na zewnątrz.

Jeden przykład, z poprzedniego tygodnia. Rząd ogłosił, że przyzna specjalne emerytury matkom, które wychowały czworo albo więcej dzieci. W odpowiedzi na tę inicjatywę - jak na każdą inną zresztą, która wychodzi ze strony rządu - prenumeratorzy "Wyborczej", bo tylko oni mają prawo umieszczania komentarzy na forum swojej gazety-przewodniczki - wylali nie tylko na rząd i na PiS, ale także na owe matki, cysterny słownej gnojówki. A redaktorzy gazety, wiedząc doskonale, co napędza im zasięgi, zrobili o tym hejcie czołówkowy materiał, eksponując z dumą fakt, że "na cztery tysiące komentarzy tylko jeden chwalił pomysł rządu, i to w sposób wyważony". W leadzie tego materiału użyła gazeta z lubością najobrzydliwszych stwierdzeń, jakie udało się jej znaleźć na forum: "będą płacić kobietom za rozkładanie nóg... wracamy do średniowiecza".

Nie będę marnował czasu i miejsca na wykazywanie, jak głupie i nikczemne są takie komentarze, i jakiego zbydlęcenia redakcji trzeba, by coś podobnego eksponowała jako "głos ludu". Ograniczmy się do stwierdzenia, że po tej publikacji PO może sobie całą konwencję, na której próbowała przekonywać kobiety, że jest po ich stronie, wsadzić w... powiedzmy, w buty.

"Gazeta" oczywiście wie, co robi. Zna swój target i musi mu podbijać bębenek. Problem w tym, że ten target trzyma przy niej i przy PO potworna pogarda i nienawiść do "tej drugiej Polski, ciemnej, zawistnej, z którą nie chcę mieć nic wspólnego", jak to deklarował nasz oskarowy reżyser od "Idy" i "Zimnej wojny". I ta pogarda oraz nienawiść wymagają nieustającego artykułowania - inaczej target zasili swą kasą inne media.

PO ma problem z "500+" i innymi popularnymi w społeczeństwie programami PiS. Z jednej strony, dla swojego żelaznego, "liberalnego" elektoratu miota na nie gromy, że PiS tym rozdawnictwem rujnuje budżet i zrobi "drugą Grecję" - z drugiej, licząc na poszerzenie wyborczej bazy, obiecuje, że jak ją tylko wybierzemy, to rozda "pińć" razy tyle.

"Target" antypisowskich mediów nie ma zrozumienia dla tych szpagatów. Przy takich okazjach, jak wspomniana wyżej, artykułuje jasno swoje najgłębsze przekonanie. Nie chodzi o stabilność budżetową czy "drugą Grecję", chodzi o to, że "im", tej drugiej, gorszej Polsce, te pieniądze się po prostu nie należą. Bo tamta Polska to hołota, ciemnota, dno, w ogóle nie powinni żyć, a skoro żyją - niech siedzą pokornie gdzieś tam na swojej wiosze, bo robią nam, oświeconym, obciach przed światem.

Chcąc nie chcąc, ścigające się o łaski targetu media muszą iść w tę narrację - a ścigający się o łaski mediów politycy opozycji, ze Schetyną na czele, muszą to przesłanie co najmniej milcząco aprobować. Prawdopodobnie zdając sobie sprawę, że zabija ono jakąkolwiek ich szansę na powrót do znaczenia, ale nie znajdując żadnego sposobu ani żadnej siły, by się mu przeciwstawić. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje