Między Legionowem a Łomiankami

Od pewnego czasu nikt już nie powtarza modnego kiedyś w mediach frazesu, że „reforma samorządowa była najbardziej udaną zmianą po roku 1989”. Konkretnie, od czasu gdy pierwszą samorządową reformę uzupełniono drugą, tą przeprowadzoną przez premiera Buzka, który zresztą został później półkadencyjnym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego i w ten sposób przetarł drogę Tuskowi do podobnej, czyli dekoracyjnej, ale suto opłacanej i leczącej kompleksy Polaków eurosynekury.

Reforma druga polegała na dołożeniu trzeciego, pośredniego stopnia samorządu pomiędzy gminą a województwem: powiatu. Na narzucające się pytanie, po kiego diabła te powiaty, twórcy reformy odpowiadali z rozbrajającą szczerością: "żeby zakorzenić demokrację w terenie". Czytaj - bo mówimy demokracja, a w domyśle partia - żeby stworzyć tysiące posad dla partyjnych nominatów oraz ich krewnych i znajomych. Bo przed tą reformą partie, poza postkomunistami, dziedziczącymi struktury byłych PZPR i ZSL, "zakorzenione były" tylko w urzędach centralnych i praktycznie kończyły na poziomie województwa.

Reklama

Fakt, że w taki sposób "zakorzeniane" partie nie staną się bynajmniej ostoją demokracji, tylko czymś pośrednim pomiędzy gangiem, sektą i agencją pośrednictwa pracy, panu Buzkowi i jego specjalistom od samorządu umknął, za co płacimy dziś wymierną cenę, utrzymując z naszych podatniczych kieszeni zupełnie zbędne, a czasem zgoła szkodliwe instytucje, do których możemy co najwyżej wybrać delegatów tego sekto-gango-pośredniaka, którego rządy uważamy za mniejsze zło.

Ktoś powie, że możemy jeszcze wybrać bezpartyjnych samorządowców. Bezpartyjni samorządowcy to sen, który polska demokracja śni od ćwierć wieku. Narzekamy na partie, bo trudno nie narzekać, narzekamy na ich nieustającą "wojnę na górze" i szukając ratunku bardzo chętnie spoglądamy w dół, czyli w stronę tego, co Amerykanie nazywają "grassroots" - ku korzeniom demokracji, lokalnym, gminnym i miejskim działaczom, wyrosłym nie z partyjnej nominacji, ale z autentycznego, społecznikowskiego zapału i spontanicznej obywatelskiej samoorganizacji.

Mam w tej kwestii unikalne doświadczenie, bo kiedyś za pieniądze pewnej amerykańskiej fundacji i TVP jeździłem z ekipą dwa tygodnie po Stanach Zjednoczonych, nagrywając reportaż o owych "grassroots" właśnie. Przekonałem się wtedy na własne oczy, że historyczny sukces Ameryki i jej cywilizacyjna wyższość nad Europą to produkt czystego, szczerego republikanizmu ludzi, którzy pokoleniami, od maleńkiego, przywykali do tego, że rządzą się sami i sami za siebie odpowiadają. Bardzo chciałem się tym doświadczeniem podzielić, ale niestety, na mój reportaż w państwowej telewizji, wtedy rządzonej przez SLD, nie było popytu - część przywiezionego materiału poszła w pięciominutowych kawałkach pomiędzy szóstą a siódmą rano w "Kawie czy herbacie", a większość pozostała niezmontowana w szafie i pewnie szybko skasowana, bo wkrótce potem z TVP wyleciałem.

Z perspektywy czasu rozumiem, że pokazywanie Polakom samorządu amerykańskiego nikomu, delikatnie mówiąc, nie było na rękę. Trudno opisać tu wszystkie jego cywilizacyjne przewagi, ale rzecz najważniejsza: po pierwsze, radnych wybiera się tylu, ile trzeba (nawet w wielomilionowych metropoliach góra czterdziestu - więcej, pięćdziesięciu, jest chyba tylko w Chicago, ale tam radny jest zarazem "aldermanem", szefem swojego "wardu", czyli takiej jakby miejskiej gminy). A po drugie, radni są tylko niejako "radą nadzorczą" miasta czy hrabstwa i nie obejmują żadnych funkcji ani nie rozdają ich "po uważaniu". Obowiązuje, jak w każdej firmie, która chce być sprawnie zarządzana, zasada zatrudniania fachowców w drodze konkursu.

Takie typowe miasteczko, jedno z tych, w których byłem: 40 tysięcy mieszkańców, rada miejska, licząc razem z "mayorem" sześcioosobowa, plus - również wybierany, ale osobno - miejski prawnik. Plus około 400 do 600 aktywistów angażujących się społecznie w konkretne działania, bo żyć w miasteczku i w nic się nie angażować - to wstyd i obciach. Radni nie pobierają żadnych diet, ale dostają pieniądze na zatrudnienie personelu i ewentualnych ekspertów. Często także i burmistrz pełni tę funkcję jako "part time mayor", społecznie i po godzinach. Może tak robić, bo ani burmistrz, ani radni miastem na bieżąco nie zarządzają.

Kto to robi? Menadżer miejski, wynajęty fachowiec, absolwent stosownych uczelni, zatrudniony na zasadzie rynkowej, w konkursie. Z reguły tacy ludzie najpierw za mniejsze pieniądze znajdują pracę w miejscowościach mniejszych, potem, jak w każdej innej branży, pną się w górę, by skończyć jako menadżer wielkiego miasta - choć często przeskakują z administracji publicznej do biznesu i z powrotem. Żadnych, będących naszą zmorą, partyjnych kolegów, ciotek, wujów i innych szwagrów. Rolą samorządowców jest tylko znaleźć i zatrudnić odpowiednich fachowców i kontrolować ich - a czy się z tego dobrze wywiązują, to już kontrolują mieszkańcy.

Dlaczego u nas tak być nie może? Otóż, zdziwię Państwa, może. Mam akurat przyjemność od lat przemieszkiwać w podwarszawskiej gminie Łomianki, gdzie w poprzednich wyborach zdarzył się cud: mimo zaangażowania w popieranie partyjnego "zakorzenienia" polityków z pierwszych stron gazet, z ówczesnym prezydentem Komorowskim na czele, wygrał komitet założony przez lokalnych społeczników i biznesmenów. Wygrał, wyprowadził gminę z długów, wprowadził do rankingu najlepszych samorządów w Polsce, nagle znalazły się pieniądze na szereg pożytecznych inwestycji i udogodnień - okej, ale to jeszcze nic. Przypadkiem, załatwiając swoje sprawy w urzędzie, dowiedziałem się, że od tego czasu kluczowe stanowiska w miejskich spółkach zajmują ludzie zatrudniani za pośrednictwem profesjonalnej firmy "headhunterskiej", pracującej na użytek koncernów. Na normalnych, rynkowych zasadach - poszukujemy fachowca o takich, takich i takich umiejętnościach, możemy zaoferować tyle a tyle, a firma nam wybiera odpowiedniego kandydata. Niczyjego znajomego ani towarzysza, niczyją rodzinę. Jak, cholera, w Ameryce.

"Jako złych ludzi szpetne występki, zanim przed sądem niebieskim staną, już w tym życiu doczesnym mają otrzymać karę, tak równie słusznym jest, ażeby cnota nie pozostawała bez nagrody" - że tak pojadę klasykiem, a ja, jako publicysta, innej nagrody, niż upublicznienie tego samorządowego cudu nie umiem wymyślić. Nie wiem, czy i ile jest w Polsce takich samorządów, ale w każdym razie proszę wziąć sobie do serca ten przykład, dowodzący, że naprawdę nie jest tak, że "bezpartyjny samorządowiec" musi być, jak nie bez podstaw kojarzy się to wielu Polakom, przebraniem dla gościa, który przeszedł już przez wszystkie partie i tak się przy tym umoczył, że w żadnej go nie chcą.

Ja wiem, że "bezpartyjnym samorządowcem" jest także sławetny - od tygodnia - pan Smogorzewski z Legionowa, który zasłynął burackimi żartami na swojej konwencji samorządowej. Na okoliczność obyczajowego skandalu przejrzałem sobie jego polityczny życiorys. Najpierw Porozumienie Centrum, potem AWS, potem - kto pamięta taki twór - Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, a na koniec Platforma Obywatelska, która do przedwczoraj była z jego dokonań w Legionowie bardzo dumna, a od wczoraj mówi, że nigdy do niej nie należał i w ogóle, nie znamy gościa. Po wyborach, które, jak znam życie, po raz kolejny wygra dzięki głosom licznej rzeszy zobowiązanych mu urzędników, pracowników miejskich instytucji i spółek oraz ich rodzin, partia mu wybaczy i przygarnie ponownie na swe łono. Chyba, że zechce iść do kolejnej, bardziej zbliżającej do budżetowego cyca. Albo pozostać w partii "bezpartyjnych".

Oto macie państwo piękny przykład buzkowego "zakorzenienia demokracji w terenie", gdy zeszła ona w ten teren "z góry", z upartyjnionych urzędów centralnych i wojewódzkich. A w USA demokracja wyrosła od korzeni, z niezliczonych samorządowców, którzy zyskali u współobywateli uznanie swoją działalnością i dzięki temu uznaniu oni bądź partie, do których zechcieli przystąpić, sięgali po rządy nad całym krajem.

U nas też ten mechanizm działa - ale słabo. Słabo, bo zbudowano system, który go tłumi, który wtłacza wszystkich chcących być politycznie aktywnymi w mechanizm sekto-gango-pośredniaków, i tym samym tę samorzutną, prawdziwą samorządność, jak w mojej gminie, tłumi i deprawuje. I nie ma na to innej rady, niż to, żeby sami wyborcy zmądrzeli na tyle, by nie głosować pod emocjonalnym szantażem telewizyjnej propagandy przeciwko "onym", bo jak "oni" dojdą do władzy albo jak im władzy się nie odbierze to będą żaby z nieba padać a słońce przestanie dawać mleko - tylko zainteresować się sprawami obywatelskimi na co dzień i w dniu wyborów wiedzieć, komu można zaufać, a kto jest tylko "podwieszony" pod partyjnych baronów. Względnie, aby ci, którzy zmądrzeć nijak nie chcą albo nie są w stanie, w ogóle się od głosowania powstrzymali, jeśli stanowienie o sobie i swojej lokalnej społeczności ich intelektualne możliwości przerasta.

Czego wszystkim Państwu (do której grupy kto się zalicza, to już niech sam oceni) na okoliczność zbliżających się wyborów samorządowych serdecznie życzę. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy