Reklama

Reklama

Między ustami a czubkiem banana

Dzisiejszy świat, przez teoretyków nazwany "ponowoczesnym", powstał przez odwrócenie porządku skutku i przyczyny. Kiedyś, na przykład, artystą zostawał człowiek dzięki temu, że stworzył dzieło sztuki. Liczyło się więc dzieło jako takie, dokonanie, to ono, jeśli wzbudziło zachwyt, czyniło kimś ważnym twórcę. Dziś dziełem sztuki jest coś, co zostało zrobione przez artystę - choćby była to, za przeproszeniem, zwykła kupa (ktoś, kto nie jest koneserem tzw. sztuki współczesnej sądzi może, że sobie taki absurdalny przykład zmyśliłem - wcale nie, proszę wrzucić w wyszukiwarkę nazwisko "Piero Manzoni").

Artystą zaś jest się dlatego, że się zostało do tego cechu dopuszczonym poprzez jakieś środowiskowe gremia, czy to za sprawą formalnych dyplomów, zaświadczeń i certyfikatów, czy przez nieformalną zmowę marszandów, krytyków i bogatych szpanerów. Jeśli człowiek bez stosownego certyfikatu wysypie gdzieś śmieci, wsadzi krucyfiks do wypełnionego moczem nocnika albo wetknie sobie coś w tyłek - to nie będzie nic. To samo w wykonaniu artysty będzie "sztuką". Przynajmniej w opinii ludzi, którzy przyznają sobie prawo do wyrokowania o sztuce, i tych, którzy ich wyroki uważają za cokolwiek więcej niż jeden z wielu hałasów ponowoczesnego świata.

Reklama

Analogicznie, mędrcem staje się ktoś w tym samym medialnym świecie nie dlatego, że powiedział coś mądrego - odwrotnie, to coś, co powiedział mędrzec, jest z tej racji uważane za mądre, choć dokładnie te same słowa w ustach zwykłego człowieka uznane by zostały za takie tam sobie niewarte uwagi gadanie. A gdyby padły z ust kogoś napiętnowanego jako idiota, uznawano by je za idiotyzm. Nieważne, co, ważne, kto - a kto jest kim, to ustala tak zwana "elita opiniotwórcza".

Jest tylko jeden "myk": żeby to działało, masy muszą uważać, że ludzie, którzy w roli owej "elity opiniotwórczej" występują, są od nich mądrzejsi. Muszą - że sięgnę po język sfer społecznych, z których się wywodzę - "mieć dla nich mores".

Kryzys, w jaki obecnie "ponowoczesność" popadła, nie polega na żadnym tam "populizmie" czy "nacjonalizmie", jak to wrzeszczy wszelkie utytułowane głupactwo, tylko właśnie na zatracie owego "moresu". Stało się to, co w sumie było do przewidzenia już w chwili, gdy "ruszono z posad bryłę świata" i pomieszano przyczynę ze skutkiem - ludzie przestali w ten pic wierzyć. I tym samym opinie "opiniotwórczych" mają wartość weksli państwa, które zbankrutowało.

To oczywiście nic nowego, ale jest rzeczą ciekawą obserwować, jak "szacun" nagle zmienia się w "obciach". Tym ciekawszą, że same "elity opiniotwórcze" są ostatnimi, do których zmiana ta dociera. Żyją w przekonaniu, że cały świat patrzy na nie z podziwem - trochę jak, kto jeszcze pamięta, biedny pan Kononowicz, który wygłaszając na poważnie różne polityczne manifesty zupełnie nie rozumiał, że są one tak popularne, bo ludzie się z nich śmieją.

Przed upadkiem kroczy pycha; po upadku jest już tylko śmieszność. Akcja z "protestem" polegającym na jedzeniu bananów wydaje mi się przykładem tak dobitnym, że głupiej i śmieszniej chyba już być nie może - i to właściwie pod każdym względem.

Przypomnę pokrótce: w Muzeum Narodowym pokazano retrospektywę artystki, obejmującą między innymi jej sławne dzieło sprzed dobrych czterdziestu lat, z gatunku tzw. wideoinstalacji. W ramach owej instalacji na dwóch telebimach wyświetlane były zapętlone, kilkuminutowe filmy. Na jednym pani artystka posługując się bananem daje pokaz czegoś, co w medycznej łacinie nazywa się "fellatio", stymulując go wargami i językiem; na drugim przewraca oczami i robi lubieżne miny, podczas gdy z ust wypływa jej i ścieka po brodzie coś białego i gęstego, przyjmijmy, że śmietana. Sztuka ta, jak łatwo było się domyślić, prowokowała liczne w tym muzeum wycieczki szkolne do zachowań zupełnie z powagą placówki nie licujących i dyrektor placówki w końcu postanowił telebimy wyłączyć.

I w ten sposób, jakby naciśnięciem magicznego guzika, uruchomił środowiskowy gen głupactwa. Po pierwsze, skoro coś usunęli, to na pewno wina PiS. Narodziła się natychmiast, właściwie nie wiadomo gdzie i kiedy, legenda, że to rządzący "ocenzurowali" wystawę, co najmniej minister Gliński, a kto wie, pewnie i sam znienawidzony Kaczyński. Ponieważ środowisko żywi wobec PiS i wspomnianych osób żywiołową pogardę, postanowiło nie tylko zaprotestować, ale przy okazji zrobić z nich durniów, wmawiając samym sobie, że bananowy-śmietanowy oral artystki to zwykłe jedzenie banana, które się prawicowcom, a więc bigotom, a więc niewątpliwie ludziom seksualnie niewyżytym, kojarzy z seksem absolutnie bez żadnej przyczyny.

Przez dziesięciolecia funkcjonowania autorki w sferach artystycznych żaden krytyk nie miał wątpliwości, na czym polega jej prowokacja, nawet kobiecy dodatek "Gazety Wyborczej" reklamując parę lat temu artystkę objaśniał czytelniczkom, że "chodzi o seks oralny", i że dzieło jest "manifestem feministycznego protestu wobec patriarchalnej kultury", w którym "banany stały się symbolem kultury fallocentrycznej" [uwielbiam ten żargon marksizmu-feminizmu] i "w uległych i czarujących ustach za sprawą przewrotnej wyobraźni zmieniają się w spragnione pieszczot penisy". Ale elektryzująca wieść, że "PiS cenzuruje sztukę" , dokładnie "tak samo jak Hitler, kiedy w latach trzydziestych usuwał z muzeów sztukę zdegenerowaną" sprawiła, że nagle instalacja zaczęła przedstawiać - wedle tej samej "Wyborczej" - li tylko "kobietę jedzącą banany" i cały tłum pajacujących "autorytetów moralnych", nawet były redaktor naczelny "Playboya", rżnąć zaczął głupa, że jak ci zboczeńcy z PiS mogli się tu czegokolwiek sprośnego dopatrzyć, cha, cha, cha.

Efektem była fala idiotów "protestujących" poprzez wrzucenia na fejsy bananowych awatarów i selfików z bananami (przeważnie trzymanymi w paszczy, choć nie zawsze - pani Cielecka na przykład wetknęła sobie banana, oryginalnie, w ucho) oraz kuriozalna manifestacja pod muzeum, na której staruszki i mundurowi emeryci z KOD demonstracyjnie naśladowali bananowe igraszki pani artystki, rzucając wyzwanie nie tyle władzy, co żołądkom licznie ich obserwujących dziennikarzy.

Najzabawniejsze jest w tym wszystkim, że skrzykujący się do walki na banany aktorzy, publicyści i dyżurni eksperci różnych tefałenów, podnieceni perspektywą okazania "sprzeciwu i solidarności" wydają się najgłębiej przekonani, że okazana przez nich gotowość natychmiastowego, solidarnego łapania się za banany jest czymś podobnym, jak w czasach totalitaryzmu podpisanie jakiegoś "listu 34" albo protestu przeciwko wpisaniu do konstytucji wiecznego sojuszu z Unią Euro... pardon, Związku Radzieckiego, w tamtych czasach mieliśmy innego wielkiego brata do dopisywania, oczywiście. I że dokładając oblizywanego lubieżnie banana do rekwizytorni "obywatelskich protestów", obok wieszaków, białych róż, czarnych parasolek, oporników, długopisów i czego tam jeszcze, wzmacniają swój autorytet, szacunek i poważanie u mas, nad którymi - we własnym przekonaniu - sprawują wciąż mickiewiczowski "rząd dusz".

I to jest właśnie fascynujące. Ten "x-factor", czynnik nieuchwytny, to "coś".  To coś, co sprawia, że - na przykład - podnieconym przez antypisowskie media nauczycielom wydaje się, że wrzucając grafomańskie rymowanki o strzelaniu "z pioruna w prącie" i przebierając się za krowy, zyskają godność, podziw i poparcie. To coś, co sprawia, że profesor Sadurski czy Balcerowicz sądzą, iż to, co wypisują w internecie umacnia ich pozycje jako poważnych liderów opinii i daje im autorytet (no bo, da capo al fine, nie dlatego się jest profesorem, że się osiągnęło mądrość, tylko skoro się ma ten tytuł, to wszystko, co się powie, jest z definicji mądrością). To coś, co kazało innemu profesorowi ze śmiertelną powagą powoływać się na fejkowy mem z Leo Messim i potem brnąć w głupotę, zamiast przeprosić, albo jeszcze innych uczyniło podatnymi na wkręcanie w zmyślonego generała Kufa Drahrepusa.

I co sprawia, że gdy do tych wszystkich ludzi dociera, że ludzie mają z nich kononowiczową "bekę", zamiast się nad sobą zastanowić, zaczynają tym usilniej ubliżać i żalić się męczeńsko, iż są ofiarą "pisowskiego hejtu", "nienawistnej propagandą mediów publicznych" i "brunatnych prześladowań". Gdy ku uciesze czytelnika zebrałem w ostatnim numerze "Do Rzeczy" przygarść przejawów zidiocenia z nienawiści i frustracji do PiS w kręgach profesury, dowiedziałem się, że i ja, i mój tygodnik jesteśmy "moczarowcami". Ale żeby któryś z ludzi ośmieszających naukowe tytuły puknął się w czoło i opamiętał, to oczywiście nie, mowy nie ma.

Nie ma kogo szanować - po prostu, tak to wygląda. Nie ma.

"Co jeszcze musi się stać, by naród się przebudził?!"- powtarza sobie to całe sfiksowane towarzystwo słowa wykrzyczane w niedawnym wywiadzie przez Krystynę Jandę, i niemal słyszę, jak samo sobie odpowiada: trzeba znaleźć jeszcze dobitniejszy symbol! Jeszcze mocniejszą, bardziej wyrazistą formę protestu! Coś z tym bananem zrobić takiego, no, wiecie - w coś go jeszcze wetknąć, albo co, żeby było jeszcze bardziej. A potem awatary, selfiki, listy otwarte, odezwy w internecie i jakaś akcja. Bez akcji w ogóle ani rusz.

No to ja kupuję popcorn i czekam.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy