Reklama

Reklama

​Mściciele w togach

Tomasz Lis nie zawsze był tym elegancikiem w drogich garniturach, którego znacie państwo z telewizji. Jego szkolni koledzy wspominają, że w młodości był strasznym brudasem - nie miał zwyczaju myć się ani zmieniać bielizny, capiło od niego na kilometr skarpetą; żadna dziewczyna nie chciała mieć z flejtuchem do czynienia, i pewnie to sprawiło, że redaktor naczelny "Newsweeka" rozładowuje dziś swoje kompleksy i zahamowania w tak brzydki sposób.

Jacy to znajomi z czasów szkolnych opowiedzieli mi te nieznane fakty z życia czołowego hejtera polskiej żurnalistyki? Żadni. Zmyśliłem ich sobie. Że tak nie można? Otóż właśnie można, mam na to zgodę sądu rejonowego w Warszawie. Co prawda, nieprawomocną. No, mówiąc ściśle - stosuję tu nieco rozszerzoną interpretację decyzji pani sędzi, która, mówiąc ściśle, przyznała takie prawo nie mnie, a właśnie Lisowi. To jemu wolno zmyślać moich rzekomych "znajomych ze studiów", opowiadających mające mnie poniżyć, kompletnie wyssane z palca kocopały.

Reklama

Konkretnie, na łamach "Newsweeka" ukazał się swego czasu tekst, jak wszystkie inne teksty polityczne w tej gazecie, poświęcony dyskredytowaniu i poniżaniu ludzi postrzeganych jako wrogowie obozu "Okrągłego Stołu". W odniesieniu do mnie bazował on właśnie na świadectwie jakichś rzekomych znajomych z młodości, którzy mieli "Newsweekowi" naopowiadać, że zawsze byłem tchórzem, więcej, otwartym zwolennikiem "władzy ludowej", wyśmiewałem opozycjonistów jako "frajerów" i wszystkim opowiadałem, że zależy mi tylko na karierze.

Tzw. skrin z tym lisowym gównem (bardzo przepraszam redakcję i czytelników, ale to musi zostać napisane tak właśnie) krąży od tego czasu po internecie i nie ma dyskusji, w której peowskie trolle nie przypinałyby go jako "dowodu". Proszę wybaczyć, że piszę o sobie, ale to tylko dlatego, że cała sprawa jest charakterystyczna - podobne zniesławiające fejki są standardowym orężem propagandowym obozu "żeby znowu było jak było", wyprodukowano ich wiele, na czele z osławionym "gorszym sortem". Użyję jednak dla objaśnienia, jak ten system propagandowych zniesławień funkcjonuje, swojego przykładu, bo tak mi po prostu najbliżej.

Otóż od wielu lat wystarczy zerknąć w mój biogram w Wikipedii, żeby przeczytać o podziemnej oficynie wydawniczej "Stop", a jeśli ktoś chce być bardzo dociekliwy, znajdzie przy tej informacji odnośnik do książki Marka Kamińskiego "Gry Więzienne". Marek Kamiński, twórca i szef tego podziemnego wydawnictwa, po wpadce (dziś wiemy, że przypadkowej - nic nie było jasne) przesiedział osiem miesięcy, nikogo nie sypnął, dziś jest profesorem na Uniwersytecie Irvine w Kalifornii. Swego czasu, gdy w podobnym duchu - jako rzekomego tchórza - zaatakował mnie Jacek Żakowski, napisał list do "Polityki", opisując dokładniej naszą współpracę; którego to listu zresztą "Polityka" nie zamieściła, ale wrzuciłem go do internetu. Mam więc wiarygodnego świadka, że z działalnością podziemną zetknąłem się dość wcześnie, jak zresztą wielu rówieśników z klubów science-fiction, które, przez nikogo, a najmniej przez władzę, nietraktowane poważnie, były dla takich działań wymarzoną wręcz przykrywką - dość przypomnieć, że centrala podziemnej "Nowej" mieściła się pod samym nosem komuny, w redakcji serii science fiction jednego z oficjalnych wydawnictw, i do samego końca nikt tego nie wyniuchał.

Nie nawojowałem się w podziemiu zbyt wiele i nigdy nie uważałem, że jest się czym chwalić, ale w każdym razie wystarczająco udowodniłem samemu sobie, że posiadam tę "odrobinę niezbędnej odwagi", by znosić oczywiste kłamstwa karierowicza, o którego antykomunistycznej odwadze w PRL niczego bliższego nigdy nie słyszałem. Ponieważ na listy z żądaniem sprostowania Ringer Axel Springer nie zwykł odpowiadać, z prośbą o zmuszenie "Newsweeka" do sprostowania i przeprosin zwróciłem się do sądu.

I tu jest clou całej sprawy. Lis oczywiście nie był w stanie przedstawić żadnego z owych "kolegów ze studiów", przy których miałem jakoby wyśmiewać noszących "bibułę" i opowiadać, że trzeba robić karierę. Powołał kilka osób z mojego roku, które zgodnie zeznały, że "Newsweek" skontaktował się z nimi dopiero po moim pozwie, i które zawartych w tekście cytatów nie potwierdziły, ograniczając się do stwierdzenia, że nic o moim zaangażawaniu w działalność polityczną nie wiedzieli, oraz autora tekstu, który twierdził, że o opozycjonistach jako o "frajerach" słyszał ode mnie osobiście - problem w tym, że poznaliśmy się dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to, istotnie, pisałem, że młodzi, którzy uwierzyli różnym Michnikom okazali się frajerami i zostali przez nich wydudkani. Podtrzymuję to zresztą - ale to jednak co innego, niż się w gazecie ukazało.

Niedotrzymanie elementarnych wymogów rzetelności dziennikarskiej było więc tak oczywiste, że nawet nie przejąłem się specjalnie "mową ciała" pani sędzi i jej kapralskim przesłuchaniem, wyraźnie pokazującym, że w sporze kogoś takiego jak ja z kimś takim jak Lis racja jest jej zdaniem z góry oczywista. Naiwnie uznałem, że w takiej sytuacji sędzia nie zdoła "wydrukować", choćby się nie wiem jak starała.

Myliłem się - na podstawie przedstawionego przez Lisa materiału dowodowego, czyli niczego, ostatecznie pani sędzia mój pozew oddaliła, uzasadniając... No właśnie, nie mogę się na to uzasadnienie doczekać. Nie wiem doprawdy, jak wybrnie ona na piśmie z czegoś tak kontrfaktycznego, jak twierdzenie, że przypisując mi rzeczy stuprocentowo sprzeczne z prawdą w celu odebrania dobrego imienia, Lis nie złamał prawa i nie naruszył moich dóbr osobistych.

Gdyby pani sędzia chciała być szczera, to jej uzasadnienie pewnie brzmiałoby: "nie ma sprawiedliwości dla wrogów wymiaru sprawiedliwości".

Sprawę uważam za absolutne kuriozum, ale, powtórzę, nie zawracałbym nią Państwu głowy, gdyby nie była ona częścią zauważalnej w naszym "bezmiarze sprawiedliwości" tendencji. Właściwie jednej z dwóch tendencji.

Tendencja pierwsza to szereg wyroków skazujących - często w absurdalnych okolicznościach - osoby publiczne, które sędziowski establishment uznaje za "pisowców". Marcin Rola z wrealu24.pl skazany został za użycie powszechnie znanego określenia Rusha Limbaugha "feminazistki", z pozwu jakiejś pani z Torunia, która poskarżyła się tamtejszemu sądowi, iż czuje się feministką i jaka taka czuje się przez Rolę osobiście znieważona. Wojciech Biedroń skazany został z osławionego art. 212 kk. za pisanie o sędzim Łączewskim (tym, który obiecywał internetowemu rozmówcy, sądząc, że to Tomasz Lis, że nauczy go, jak skutecznie walczyć z PiS, a potem kłamał, że ktoś włamał mu się na konto. Tak, mówimy o tym człowieku, który z oskarżenia prokurator-aferzystki wlepił wyrok trzech lat więzienia szefowi CBA w sprawie wcześniej dwukrotnie rozstrzygniętej na jego korzyść, i wlepił go tuż przed wyborami, a pisemne uzasadnienie pisał aż dziewięć miesięcy, tak że przypadkiem stało się atutem Salonu w kolejnej kampanii). Biedroń co prawda wszystkie draństwa Łączewskiego opisał rzetelnie, ale do skazania wystarczyło, że napisał o "postępowaniu dyscyplinarnym", gdy w istocie chodziło o "postępowanie wyjaśniające". Mówiąc nawiasem - Łączewskiemu, tak jak wielu innym skompromitowanym przedstawicielom "nadzwyczajnej kasty ludzi" jak dotąd włos z głowy nie spadł.

Sędzia apelacyjny z Sopotu w starej sprawie przeciwko dziennikarzom "Rzeczpospolitej", którzy opisali jedną z licznych afer na Wybrzeżu, nagle przywalił im po sto tysięcy grzywny - nie tylko wbrew sprawiedliwości, ale i wielokrotnie więcej, niż żądał zamieszany w aferę uczestnik. Inny w sprawie jeszcze bardziej oczywistej niż moja, wulgarnego znieważenia przez kodziarza dyrektora Polskiego Radia, Mariusza Staniszewskiego, kodziarza owego uniewinnił, oznajmiając, że prowadząc taką działalność (?) dziennikarz powinien się do obelg przyzwyczaić.

I tak dalej - rzecz dotyczy nie tylko dziennikarzy, wspomnijmy o skazaniu Mariusza Dzierżawskiego za jakoby zbyt dosłowny antyaborcyjny bilbord (w sytuacji, gdy przestrzeń publiczna atakowana jest np. obrzydliwymi szczegółami medycznymi malowanymi na każdej paczce papierosów) czy wsadzenie do więzienia działaczki ruchu narodowego za to, że jakoby "podrapała" policjantowi rękę.

Druga tendencja to natomiast masowe uniewinnianie łamiących prawo zwolenników opozycji. Wprawdzie prawo stanowi, że nie wolno atakować ani blokować legalnej demonstracji, a ci państwo blokowali, atakowali jej uczestników i szarpali się z policją - ale ja jako sędzia zawsze mogę orzec, że "nie było to szkodliwe społecznie". I w wypadku KOD czy "Obywateli" sędzia tak właśnie orzeka - co innego, gdy w analogicznej sprawie ma osądzić np. narodowców. Takie uniewinnienia w imię noszenia takiej samej koszulki z opozycyjnym logo takie idą już w setki, jeśli nie tysiące, nabrały charakteru rutynowego, a rekord pobił warszawski sędzia, który za nieszkodliwe społecznie uznał atakowanie manifestacji ONR, ponieważ - uwaga! - nie podoba mu się tradycja, do której ONR swoją nazwą nawiązuje. Czyli wziął pod uwagę nawet nie ONR współczesny, w świetle prawa organizację tak samo mogącą manifestować jak każda inna, ale ten przedwojenny! A co, jestem sędzia, to se orzeknę, i - jak w "Misiu" - co mi zrobicie?

Z prawnego punktu widzenia to mniej więcej tak samo, jakby sąd orzekł, że wolno ciskać kamieniami w "Paradę Równości", bo homoseksualizm jest obrzydliwy. Co ciekawe, kibice opozycji, przyklaskujący takim wyrokom, zdają się zupełnie tego nie rozumieć.

Znana z nadmiernej szczerości sędzia Kamińska, która podrzuciła propagandzie PiS zgrabną samoidentyfikację sędziów jako "nadzwyczajnej kasty", przysłużyła się jej niedawno ponownie, otwarcie opowiadając o tym, że, podobnie jak inni sędziowie, "pragnie zemsty". Przy czym najbardziej horrendalna była nawet nie sama ta deklaracja, ale jej dalszy ciąg - stwierdzenie, że skoro nie da się w sposób odpowiedni dla zemsty zmienić prawa, to nic, bo i z istniejącego stanu prawnego sędziowie mogą sobie co potrzebują "wyinterpretować". Otóż właśnie to robią. PiS uderzył na tyle mocno, że sądowy establishment poczuł się zagrożony, ale i na tyle słabo, że wcale się nie zaczął PiS-u bać. Konsekwencję tej nieudolnej pół-reformy, obliczonej, zamiast na naprawę systemu, na zastąpienie ludzi starego układu ludźmi nowego układu (zresztą często tymi samymi, tylko po zmianie afiliacji) ponoszą nie tylko przypadkowi "pisowcy", którzy się sędziom nawiną - to mało ważne, konsekwencje te są poważne dla państwa. 

Polskie prawo nie opiera się, jak anglosaskie, na precedensach, ale kryterium "orzecznictwa" ma w nim swoje znaczenie. Sędziowie, którzy orzekają podług swoich politycznych zaangażowań, ośmieszają i kompromitują wymiar sprawiedliwości, któremu i tak już mało kto w Polsce ufa. Skoro sąd sankcjonuje posługiwanie się oczywistym kłamstwem i zmyśleniem, skoro sankcjonuje agresje i przemoc w walce politycznej, bo tym przecież jest masowe uniewinnianie kodziarzy, to zachęca do tego, by po prostu zorganizować bojówki, zrobić marsz na Warszawę i zreformować taki wymiar sprawiedliwości pałą. Co oby się nie stało, ale wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, mało - oczekiwane przez społeczeństwo. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje