Multi-kulti zabija

Europa Zachodnia nie wie nic o naszej historii, a właśnie tam powinno się ją bardzo uważnie studiować. Zaręczam, że Unia Europejska miałaby z tego dużo więcej pożytku, niż ze strofowania nas na prośbę "opozycji totalnej" za rzekome "rozmontowywanie praworządności" – zwłaszcza, gdy rzeczywiście zaczyna ona być rozmontowywana, tylko że wcale nie u nas, a właśnie w próbujących rozpaczliwie rozwiązać kwadraturę bezdzietności i imigracji krajach zachodnich.

Pisząc to, nie kieruję się bynajmniej narodową dumą - nie żebym się odżegnywał od tego uczucia, ale tym razem chodzi o co innego. Europa powinna uważnie studiować naszą przeszłość, ponieważ jest to jej przyszłość.

Reklama

To, co nazwaliśmy "Rzeczpospolitą Obojga Narodów", a co w istocie było państwem trzech narodów dużych (Polaków, Litwinów i Rusinów) oraz wielu mniejszych (Żydów, Niemców, Tatarów, Ormian i innych, nawet tak egzotycznych jak Czerkiesi i Persowie) to nic innego, jak Unia Europejska, którą próbowaliśmy stworzyć pięćset lat przed Schumanem i Europejską Wspólnotą Węgla i Stali. Czyli państwo, którego spoiwem miały być nie dom panujący, bo król był wybieralny, i nie żaden, mądrze mówiąc, etnos, bo było ich jako się rzekło wiele mniejszych i większych, ani nie religia, bo i pod tym względem zadeklarowano i wprowadzono tolerancję - ale prawa obywatelskie. Co prawda w pełni przysługujące tylko szlachcie, bo inaczej nie było wtedy nigdzie, ale do tej warstwy szlacheckiej bez trudu przyjmowano przedstawicieli kolejnych przyłączających się do sarmackiej unii terytoriów i grup ludności.

Tylko skończony cymbał i nieuk - a takich niestety w naszym życiu publicznym nie brak - może twierdzić, że Rzeczpospolita Obojga Narodów rozrastała się przez podbój nowych ziem tak samo, jak kolonialne imperia zachodnie, i że nasze Kresy były dla niej tym samym, czym Algieria dla Francji albo Indie dla Wielkiej Brytanii. Takim mędrkom odpowiadam krótko: proszę mi pokazać choćby jeden, jeden jedyny ród wywodzący się z miejscowych kacyków czy wodzów z Afryki, Ameryki Południowej albo Indii, jakichś Nagombo czy Hutiquitizliputli, który w dziejach którejś z kolonialnych potęg odegrałby rolę porównywalną, jak w dziejach polskich Radziwiłłowie, Wiśniowieccy czy Ostrogscy. Którego przedstawiciele piastowaliby najwyższe brytyjskie, francuskie albo hiszpańskie urzędy, prowadzili do boju jako naczelni wodzowie wojska imperium, doradzali królom, zrzucali ich z tronu i sami na tronie zasiadali. Nie ma żadnego przykładu? I to właśnie pokazuje jasno, czym różniła się nasza historia, z przełomowymi wydarzeniami takimi jak Unia Litewska czy inkorporacja Inflant, od podbojów kolonialnych.

Co samo w sobie dowodzi zidiocenia naszej debaty publicznej, fakt "multikulturowość" dawnej Rzeczypospolitej istnieje w polskiej współczesnej świadomości - ale ci, którzy go odnotowują, czy nawet podnoszą, jak klasyczni "straszni mieszczanie" z wiersza Tuwima, "widzą wszystko osobno". Podkreślenie, że Rzeczpospolita z nazwy "Obojga", a w istocie całego mrowia narodów, była, mówiąc dzisiejszym językiem, "multi-kulti", służy jako pałka do okładania "Polaka-katolika", modelu patriotyzmu ukształtowanego przez wiek XIX i ówczesny awans społeczny - ale bez cienia jakiejkolwiek refleksji, co z faktu wielokulturowości dawnej Rzeczypospolitej wynika.

A wynika - i dlatego właśnie mówić, że powinien Zachód nasz przypadek studiować - rzecz niecenzuralna, straszna, "myślozbrodnia" po prostu. Że takiego państwa, czy związku państw, nie opartego na jednym etnosie, tylko na idei tolerancji, różnorodności i praworządności, zbudować się w sposób trwały nie da. Nawet jeśli, tak jak w naszym przypadku, czyli w Polsce jagiellońskiego "złotego wieku", punkt startu takiej konstrukcji stanowią niezmierzone bogactwa, siła i potęga oraz wzorzec kulturowy tak silny, że elity inkorporowanych krajów same z siebie, bez potrzeby wywierania na nie żadnego nacisku, odrzucają łatwo swą odrębność i czują się obywatelami państwa federacyjnego, a nie Litwinami czy Rusinami.

Nie wiem, jak można nie zauważać schizofrenii naszej historiografii, która jednocześnie usiłuje być, po nowemu, "europejskiemu", dumna z różnorodności i tolerancji dawnej Rzeczypospolitej - pozostając zarazem w jednonarodowej, sanacyjno-peerelowskiej narracji co do jej dysfunkcji i przyczyn upadku. Dlaczego Rzeczpospolita Obojga Narodów była wspaniała? Bo była różnorodna i tolerancyjna, czego dzisiejszy "Polak-katolik" nie potrafi "strawić" w swej głupocie i ograniczeniu. A dlaczego upadła? Bo nie była zarządzana tak jak absolutystyczne państwa ościenne, tylko pogrążona w bałaganie - złota wolność, liberum veto, wiecie rozumiecie, anarchia, paw i papuga, nasze polskie (POLSKIE - nie multikulturowe?) "wady narodowe".

Otóż, drogi mędrku, powtarzający jeden z drugim te "modne bzdury", wbij sobie w swój postępowy łeb, że owa anarchia i stopniowe gnicie potęgi nie było skutkiem żadnych "narodowych przywar", żadnych czynników subiektywnych, ani nawet błędów, oczywistych skądinąd, jakie popełniali królowie i szlacheccy przywódcy. Pogłębiająca się anarchia i stopniowy rozkład państwa sarmackiego był właśnie skutkiem jego różnorodności, tolerancji i oparcia go na fundamencie wzajemnego poszanowania odmienności. Skutkiem, tego właśnie dowodzi nasza historia, nieuchronnym. Powtórzę dużymi literami: NIEUCHRONNYM.

Zgubiły nas otwarcie na różnorodność, tolerancja i praworządność, nie inaczej.

Sławne liberum veto, które - z pewną przesadą - wskazywane jest jako przyczyna upadku i rozbiorów nie było przecież ani nie jest jakimś historycznym fenomenem. To standardowa procedura, stosowana przy pokojowym łączeniu różnorodnych organizmów czy grup wokół jednego celu. Stosowane jest w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, w organach Unii Europejskiej, w licznych przypadkach, gdy chce się zachować i uszanować różnorodne interesy. Niczego lepszego, niestety, nie wymyślono. Zasada weta, podobnie jak jej szczególna odmiana, jaką była możliwość odrzucenia uchwał Sejmu przez lokalne sejmiki, jeśli ich delegaci przekroczyli swe instrukcje, była niezbędnym kosztem rozwijania się państwa bez przemocy, przez federację.

Z kolei uczynienie praworządności podstawą całego układu zrobiło z niej wartość tak szanowaną, że aż przerodziła się ona w truciznę "imposybilizmu". Czy ktoś sądzi, że nasi przodkowie byli tak głupi, by nie rozumieć, że jeśli przez czterdzieści lat każdy kolejny Sejm jest zrywany, to to się skończyć musi źle? I tak ślepi, że nie widzieli, iż za tym zrywaniem sejmów stoją ościenne państwa, krok po kroku podporządkowujące sobie nasze "imperium pełne swobód"?

Mędrkowie źródeł z epoki pewnie nie czytają, a z nich tymczasem wyziera, tym bardziej, im bliżej katastrofy, tragiczny dylemat. Jedyne środki zaradzenia złu, jakie można wymyślić, wiodą do zanegowania podstaw prawnych Rzeczypospolitej - do "absolutum dominium". Nie można zabronić szlachcicowi zerwania Sejmu, bo to jego prawo, jeśli to prawo zanegujemy, to i inne stracą sens, okaże się, że sensu nie ma cała nasza cywilizacja (oczywiście, streszczam to słowami, jakich wtedy nie używano). Jeśli Rzeczpospolita przełamałaby te opory, to pewnie by się uratowała od upadku, ale już nie jako wspólny dom różnych narodowości i kultur, tylko jako ich kolonizator. 

Oczywiście, późniejsi historycy nie mieli wątpliwości - tak, trzeba było zanegować, odrzucić "złotą wolność", wolną elekcję, liberum weto, i wziąć mieszkańców Rzeczypospolitej za mordy, jak byli za nie trzymani Rosjanie, Prusacy czy Francuzi, bo to czyniło państwo rządnym i silnym.

Ale tym historykom było łatwo, bo oni pisali już  z perspektywy państwa narodowego, i tak patrzyli na przeszłość. Współcześni myśleli inaczej i dlatego z tej diabelskiej alternatywy, wskazującej, że aby Rzeczpospolitą uratować, trzeba ją zniszczyć, nie umieli wyjścia znaleźć - aż w końcu znaleźli je za nich Katarzyna ze Starym Frycem.

Czego uczy nasza historia, to że państwo multi-kulti ze swą tolerancją, równością i szacunkiem sprawdza się, gdy wszystko idzie doskonale, jest wzrost, dobrobyt i w ogóle. Wtedy każdy pan spod Dyneburga czy Zwiahla chętnie chciał być polskim szlachcicem i mieć te same prawa co inni. Ale gdy zaczynały się problemy - to dlaczego on miał ponosić te same koszty, co koroniarze? Wtedy właśnie sięgał po owe bezpieczniki, prawa, które mu dano, by zgodził się brać udział we wspólnocie.

Rzeczpospolita nie zdobyła się nigdy na to, by w tej sytuacji kogokolwiek do posłuchu i solidarności przymusić - wątpliwe, czy w ogóle mogła. Sąsiedzi mogli, bo wierność dynastii, a z czasem narodowej wspólności, była siłą umożliwiającą państwu sięganie po przemoc wobec jednostek czy mniejszości nie chcących się podporządkować dobrowolnie. Natomiast tolerancja i różnorodność były spoiwem wystarczającym, by jednoczyć w czerpaniu korzyści, ale za słabym, by skłaniać do wspólnego inwestowania i ponoszenia kosztów.

Przypomina to coś komuś? Powinno. Właśnie dlatego rodzimi piewcy różnorodności dawnej Rzeczypospolitej nie potrafią dostrzec związku między ową tak dla nich piękną ideą a upadkiem, Zachód zaś woli w ogóle tej historii nie znać i myśleć, że tak jak Ukraińcy, Litwini czy Czesi wyłoniliśmy się jako naród ze środkowo-europejskiej prazupy jakieś sto lat temu.

Nasza historia uczy jeszcze jednego: że multikulturowość i tak nieuchronnie wiedzie do monokulturowości, tylko przez nieszczęścia i klęski. Gdy oparta na różnorodności Rzeczpospolita zawaliła się pod ciężarem niemożności, ratunkiem było wzięcie jej historii w siebie, po wymyśleniu jej na nowo przez Rzewuskiego i Sienkiewicza, przez Polskę narodową. Znienawidzona przez elity III RP figura Polaka-katolika była jedynym ratunkiem, jedynym sposobem zmobilizowania sił do odzyskania bytu. A narody, które z Polakami tę dawną Rzeczypospolitą stworzyły i straciły w niej swoje elity, bo te się dobrowolnie spolszczyły, odrosły raz jeszcze z plebejskiego podglebia - jako zupełnie nowe i się do wspólnej historii nie poczuwające, traktujące ją, podobnie jak i historycy zachodni, jako polską kolonizację i okupację. Proszę, zerknijcie w ich podręczniki czy bodaj tylko foldery turystyczne.

Czy losy multikulturowej Rzeczypospolitej praw człowieka i tolerancji mogły się potoczyć inaczej? Warto się zastanowić. Bo jeśli były tylko dwie możliwości, upadek albo brutalne podporządkowanie sobie przez najsilniejszy naród unii tych słabszych, to z dzisiejszą Unią Europejską jest tak samo.

A skoro instynktownie się od jakiejkolwiek zadumy, nawet od zauważenia rzeczy oczywistych, tak usilnie ucieka, to widać instynkt podpowiada odpowiedź, która jest z punktu widzenia dzisiejszych wymogów polityki i poprawności nie do przyjęcia.



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje