Reklama

Reklama

Narcybiskup w walce pras

Są tego rodzaju zawody, zajęcia czy nawet pasje, których po prostu jeden człowiek nie może jednocześnie wykonywać. Nie można być zarazem sędzią i komiwojażerem, nie można być prezydentem czy premierem i tańczyć w kabarecie ani łączyć zajęć nauczycielki i, hm, pani do towarzystwa, choćby nawet doskonale godziło to godziny pracy.

Tak mnie przynajmniej uczono, bo teraz, to właściwie diabli wiedzą. W tradycyjnym wychowaniu, jakie odebrałem od swoich rodziców, istniała kategoria tego, czego "nie wypada", i właśnie do tej kategorii zaliczały się sprawy w rodzaju wyżej wymienionych.

Reklama

W owym tradycyjnym wychowaniu, które odebrałem, mieściło się też traktowanie duchownego jako osoby pełniącej bardzo szczególną rolę. Mój Ojciec uczył mnie, że księdza się nie krytykuje. Nawet jeśli akurat byłoby za co, jeśli zrobił coś niemądrego albo okazał jakąś słabość - lepiej udać, że się nie widziało.

Ale to dawne, tradycyjne podejście do sprawy obowiązywało także kapłanów. Winni oni sobie zdawać sprawę ze swego szczególnego posłannictwa i nie narażać powagi stanu duchownego na uszczerbek.

Przyznając się do takiego wychowania, nie muszę już dalej wyjaśniać, dlaczego starałem się dotąd taktownie pomijać milczeniem publicystyczną aktywność arcybiskupa Józefa Życińskiego (w kręgach kościelnych, zwłaszcza niższego duchowieństwa w Lubelskiem, zwanego "narcybiskupem"). Dalej nijak się nie da. Arcybiskup Życiński od lat zajmuje się publicystyką, i kiedyś, jak się zdaje, zdawał sobie sprawę, że będąc tym, kim jest, winien w realizowaniu swego publicystycznego hobby zachować pewną powściągliwość. Pisał więc teksty pełne poczciwych oczywistości, albo tak mądre, że nikt nie miał szansy się przez nie przegryźć, a tym bardziej poczuć się dotkniętym.

To jednak było dawno. Z czasem narcybiskupowi coraz bardziej podobała się rola prasowego fajtera, a temperament ciągnął go do ostrych polemik na tematy bieżące - aż doszło do tego, że raczył zupełnie zapamiętać się w różnych połajankach, kompletnie nie licząc się ze swą kościelną godnością. Przykładem tej ewolucji służy stały kącik w "Tygodniku Powszechnym", gdzie omawia on Ewangelię na dany tydzień. Omawia ją tak, że, na przykład, w ostatnim numerze ewangelicznie "przejeżdża się" po Jarosławie Marku Rymkiewiczu i jego "Wieszaniu", po nagrodzie Mackiewicza i bodajże, jeśli dobrze zrozumiałem, po "Rzeczpospolitej".

Przysłowiową kroplą przepełniającą czarę jest fakt, iż narcybiskup stracił także zdolność rozróżniania, co jest publicystyką, a co homilią - i w samą Środę Popielcową rzucił się z pastorałem w wir trwającej od pewnego czasu "walki pras" pomiędzy "Dziennikiem" a "Gazetą Wyborczą". Kto go zna, temu nie muszę chyba wyjaśniać po czyjej stronie.

Ksiądz Metropolita, występując z pozycji publicysty "Wyborczej" i używając stosownej do tego retoryki pontificare, zgromił "Dziennik" za zamieszczenie wywiadu z Michałem Cichym, rozdarł szaty nad upadkiem polskiej prasy, poza tą, w której sam drukuje, a w szczególności nad jej antysemityzmem, i naplótł innych jeszcze nie licujących z jego zajęciem rzeczy, które pominę, bo coś z nauk Taty wciąż we mnie tkwi.

Oczywiście, w środowiskach, które od lat oburzone są angażowaniem Kościoła w politykę przez Ojca Dyrektora, tym razem nikt niczego niestosownego nie zauważył.

Sławnym wywiadem Cichego w "Dzienniku" zajmować się nie chciałem - kto ciekaw, znajdzie i przeczyta. Moim zdaniem ani nie jest to wywiad z wariatem, jak niedwuznacznie sugeruje "Wyborcza" (wariat by się nie zabezpieczył sprytnie przed procesem notką, że na dowód zaufania do redakcji rezygnuje z autoryzowania tekstu), ani jakaś sensacyjna demaskacja sekty z Czerskiej, jak twierdzi "Dziennik" (nie dowiadujemy się z tego wywiadu niczego, czego by od dawna nie było wiadomo, poza tym, że Michał Cichy jest w sumie fajny i tylko dlatego robił brzydkie rzeczy, że wpadł był w złe towarzystwo). Co zaś do zarzutu "antysemityzmu", to, Boże mój, każdy zarzut postawiony kierownictwu tej gazety jest okrzykiwany "antysemityzmem" z definicji, tak samo, jak jest okrzykiwany "podłością", i nie rozumiem doprawdy, jak ktoś jeszcze może te poryki traktować poważnie.

Dlaczego wysoki hierarcha Kościoła miesza się do tego, schodząc ze swą godnością do poziomu harcownika w gazetowej bijatyce? I to jeszcze w homilii na Środę Popielcową?! Jedyne wyjaśnienie, jakie potrafię znaleźć, brzmi: bo oszalał.

Marynarka Brytyjska miała stosowny przepis na okoliczność, gdy zdarzy się oszaleć "pierwszemu po Bogu". Czy Kościół katolicki żadnej procedury na taką okoliczność nie ma? Czy też mamy się już przygotowywać, że na Wielki Piątek narcybiskup palnie nam z ambony kazanie, że Chrystusa ukrzyżowali tacy ludzie jak Ziobro i wspierających go "pisowscy" publicyści z "Rzeczpospolitej", a w Wielką Niedzielę oświeci wiernych, że kto opóźnia wejście Polski do strefy euro jest łajdakiem, bo wspólna waluta to coś takiego jak zmartwychwstanie Pana?

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Po prostu | Nie | prasy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje