Nawalony Juncker, wkurzony Trump

W światowej polityce nie było tak ciekawie od czasów bezpośrednio przed pierwszą wojną światową. Popatrzcie: stary kontynent pogrąża się i więdnie, odpada od niego nie mogąca się zdecydować czego właściwie chce Wielka Brytania, w powstającą próżnię wchodzi powracająca po kilku stuleciach do mocarstwowości Turcja, ostro licytuje, walcząc o status regionalnego imperium Rosja, która miesza się brutalnie w sprawy Bliskiego Wschodu. Bliski Wschód zaś, jeśli trzymać się porównania z początkiem wieku XX, jest dziś tym samym, czym wtedy były Bałkany.

Tak, jak w bałkańskim kotle mieszały się mocarstwowe interesy Niemiec, Austro-Wegier i Rosji, aspiracje Serbów, Rumunów i Greków oraz wzajemna nienawiść wszystkich właściwie żyjących tam narodów - tak dziś gotuje się właśnie na Bliskim Wschodzie. Bo oprócz rozpychających się Rosji i Turcji mamy tam do czynienia ze wzrostem siły i bogactwa krajów Zatoki Perskiej, zwłaszcza Iranu, i z - najdelikatniej mówiąc - pozbawioną jakiejkolwiek empatii polityką Izraela, który wobec wycofywania się z roli "światowego żandarma" USA rozpaczliwie szuka dla siebie nowych gwarancji bezpieczeństwa, i jeśli ich nie znajdzie, wywoła wojnę, choćby miała ona się rozlać z regionu na cały świat.
Trump zaś wycofuje swój kraj z roli gwaranta światowego ładu, bo stwierdził, że dalsze jej pełnienie się Ameryce nie opłaca, i więcej - wręcz jej zagraża podzieleniem losu Imperium Rzymskiego. Trudno odmówić mu logiki i racji. Sama tylko chryja w Zatoce Perskiej, o innych sprawach nie mówiąc, kosztowała Amerykę biliony (po polsku, bilion czyli tysiąc miliardów, nie po angielsku - zaznaczam, bo notorycznie robią się tu nieporozumienia) dolarów i rozdęły do niewiarygodnych rozmiarów deficyt budżetowy. Trump, zgodnie ze swoim doświadczeniem biznesmena, który do milionów doszedł nie z układu, jak nasi królowie z listy "Wprost", tylko dlatego, że kombinował lepiej od innych, chce zracjonalizować układ, albo, jeśli się go zracjonalizować nie da - ściąć koszty. I właściwie nie tylko chce, ale wręcz musi, bo nawet Ameryka nie wytrzyma takiego deficytu długo.

Reklama

Stąd jego proste przesłanie: jeśli chcecie, żebyśmy was bronili, to za to płaćcie. Jeśli nie chcecie płacić, brońcie się sami. Tyrada wygłoszona przeciwko Niemcom zabrzmiała porażająco, bo tkwi w niej sama prawda, uporczywie ukrywana przez europejską "poprawność". Nie można być jedną nogą w NATO, które wynikło z logiki rywalizacji bloku zachodniego ze wschodnim, i jednocześnie drugą nogą wchodzić w logikę odtwarzanego po dwóch wiekach Kongresu Wiedeńskiego, w którym Rosja jest jedną z kotwic europejskiego ładu. To znaczy, można, dopóki Ameryka godzi się robić tam zły interes, jak subsydiowanie krajów, które te subsydia inwestują w Rosji - ale właśnie na to Trump się godzić przestaje. Za darmo to on może bronić Tajwanu przed Chinami, przynajmniej przez jakiś jeszcze czas. Ale jeśli Europa woli rosyjski gaz od amerykańskiego, łupkowego - to niech się idzie czochrać.

Słabną dawne kraje kolonialne, rosną ich byłe kolonie - Indie i kraje Ameryki Południowej. Wielka Brytania powraca do polityki XIX-wiecznej, odwracając "entente cordiale" z 1904, tyle, że nie ma do czego powracać, bo już od dawna nie jest imperium. Europa powraca do Kongresu Wiedeńskiego, czyli odwraca skutki I wojny światowej, ponieważ Ameryka powraca do izolacjonizmu, czyli odwraca decyzje Woodrowa Wilsona i Franklina Delano Roosevelta. A ta robi to dlatego, że Chiny stały się dość potężne, by odbudować "Jedwabny Szlak", czyli odwrócić skutki wielkich odkryć geograficznych z XVI wieku. Jeśli dodamy do tego, że muzułmanie, kolonizując Europę, odwrócili już praktycznie skutki bitwy pod Poitiers z VIII wieku po Chrystusie, to dopiero zaczynamy powoli rozumieć, z jak dziwnym światem będą miały do czynienia nasze dzieci.

Trump odegrał, co miał do odegrania, ochrzanił Niemców, a przez nich pars pro toto całą Europę zachodnią i jeszcze pogłaskał przy okazji Polaków w nagrodę, że amerykański gaz kupować chcą (nasze reakcje jakoś mi przypomniały zupełnie zapomnianą przygodę sprzed wielu lat, jak napaliłem się na pewną pannę, która poczyniła mi niejakie awanse, a potem się okazało, że zrobiła to tylko po to, żeby wkurzyć swojego chłopaka i wzbudzić w nim zazdrość). A potem dziennikarzy wyproszono. Co było dalej, nie usłyszymy, ale za pewien czas będziemy się mogli domyślić.

Prezydent Trump jest zatem po szczerej rozmowie z liderami zachodniej Europy, teraz jedzie rozpatrzeć się po miotanej tożsamościowymi konwulsjami Wielkiej-już-tylko-z-nazwy Brytanii. W tym czasie prezydent Putin rozmówił się  z prezydentem Izraela oraz ministrami spraw zagranicznych Iranu i Arabii Saudyjskiej. Teraz spotkają się obaj - i, mój Boże, dużo bym dał, żeby móc podsłuchać tę rozmowę.

A my? My wybieramy drogę, którą na szczycie w Brukseli symbolizował stan przewodniczącego Junckera. Czyli przeniesienie się w "rajską dziedzinę ułudy". "Łamanie konstytucji", alternatywne "zgromadzenie narodowe" PO i Nowoczesnej bojkotujących Sejm i jego rocznicę, spory, co miał na myśli, jeśli w ogóle coś Mick Jagger, i czy prezes Gersdorf przykuje się z sędzią Tuleyą do biurka, czy się nie przykuje i miękko wyląduje. Jeśli w ogóle ktoś pomyśli o przyszłości, to w kontekście bardzo optymistycznych bajek George’a Friedmana - ale nie zauważając, że aby ta bajka miała się spełnić, musielibyśmy generalnie przeorientować swą strategię i myślenie o świecie, mówiąc najkrócej - chcieć się stać Zachodem Wschodu. Tak, by na całym dawnym obszarze Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a docelowo w Rosji, ludzie rozliczali się w polskiej walucie i trzymali ją w polskich bankach. A przecież naszą generalną, jedyną i bezalternatywną strategią jest bycie "przedmurzem’, Wschodem Zachodu - co w opisanym wyżej, nadchodzącym świecie, oznacza, pardon pour le mot, bycie zadupiem zadupia.

Cóż, tego właśnie chcesz, Grzegorzu Dyndało.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje