Nie płaczę po Gersdorf

Pewien zagraniczny dziennikarz, wyraźnie zdziwiony, że nie uważam skrócenia kadencji prezes Gersdorf za żadne horrendum i nie zamierzam się nigdzie kłaść Rejtanem w jej obronie, zapytał mnie, czy naprawdę się nie obawiam, że Sąd Najwyższy i inni sędziowie mogą po reformie orzekać niesprawiedliwie, niezgodnie z prawem i pod dyktando polityków.

Odpowiedziałem, że, oczywiście, obawiam się tego po reformie - problem w tym, że przed reformą nie "obawiałem się", tylko po prostu wiedziałem, że tak właśnie jest. I dlaczego.

Reklama

Mam, jak większość Polaków, mieszane uczucia. Bo, oczywiście, PiS po raz kolejny naprawia zegarek waląc weń młotkiem, metodą "na Ziobrę", upatrując remedium na zgniliznę systemu w ręcznym sterowaniu, co entuzjazmu budzić nie może. Nieszczęście polega na tym, że to jedyna oferta zmiany, jaką mamy na stole. Bo opozycja pozostaje wierna formule "totalności" i niezachwiana w wierze, że byle bujać polską łódką wystarczająco długo i mocno, to się wreszcie z pomocą Unii Europejskiej zrzuci z niej Kaczyńskiego (fakt, że przy tym łódka nabiera wody i może nawet zatonąć zupełnie im nie przeszkadza). Potrafi więc tylko cedzić przez zaciśnięte zęby: żadnych zmian! Ani kroku w tył! Ma być tak, jak zawsze było!

Amerykanie nie mają racji, twierdząc, że "znany diabeł jest lepszy od nieznanego" - widocznie nie mieli nigdy na głowie diabłów naprawdę uciążliwych. Czasami człowiek woli tego diabła, którego jeszcze nie zna. I tak właśnie jest z reformą wymiaru sprawiedliwości, zresztą nie tylko z nią, w ogóle z głównymi elementami pisowskiej rewolucji.

Nazywanie "walką o praworządność", czy o "wolne sądy" obrony stanu posiadania tego, co prominentna sędzia nazwała, zapewne niefortunnie, ale bardzo trafnie, "nadzwyczajną kastą", uważam za propagandową perwersję. Mój wspomniany na wstępie rozmówca, jak zwykle zachodni korespondenci, obracający się w wąskim światku mediów i autorytetów "totalnej opozycji", odsyłających ich jeden do drugiego nawzajem, nie wiedział oczywiście o, dajmy na to, uniewinnieniu posłanki Sawickiej, złapanej z przysłowiowym "dymiącym pistoletem", podczas przyjmowania łapówki - i o uzasadnieniu sędziego Sądu Apelacyjnego, że za tę łapówkę "poniosła już odpowiedzialność moralną", a podstawienie łapówkarze agenta CBA naruszało jej "konstytucyjne prawa". Ani o tym, że ani jeden z żyjących do dziś sprawców stalinowskich mordów sądowych, ewidentnych zbrodniarzy, posyłających na śmierć Żołnierzy Wyklętych czy działaczy mikołajczykowskiego PSL, nie poniósł żadnej kary, bo organa samorządu "nadzwyczajnej kasty" konsekwentnie nie wyrażają  zgody na uchylanie sędziowskich immunitetów swoim drogim starszym kolegom, mistrzom i wykładowcom, a często wręcz ojcom, wujom i stryjom. Ani o złotej sztabie bezkarnego "Janka" Burego, "rozprowadzającego" przed reformą KRS. 

Długo by wyliczać. Bezczelna uchwała Sądu Najwyższego, uwalniająca od odpowiedzialności sędziów stanu wojennego, nawet tych, którzy orzekali surowe kary z dekretu przed jego formalnym wejściem w życie, tylko na podstawie "Dziennika Telewizyjnego" - pamiętacie Państwo argumentację ówczesnego prezesa SN Lecha Gardockiego, że nie można wymagać rozliczać z zasad państwa prawa sędziów, którzy orzekali w PRL, bo PRL nie było państwem prawa? Odgórna obstrukcja rozwleczonego przez skład sędziowski do kilkunastu lat i bodaj nigdy niezakończonego procesu przeciwko sprawcom grudniowej masakry z 1970. Posłuszne przyklepywanie "swojej" władzy wieloletnich, bezpodstawnych aresztów dla ludzi pokroju Dobrowolskiego czy Staruchowicza. Sądowe "ekspresy reprywatyzacyjne", jak to określiła raczej niekojarzona z PiS prof. Łętowska, których częścią było ustanawianie kuratorów dla 140-latków widzianych ostatni raz w 1943 na Umschlagplatz i inne, ewidentne dowody "umoczenia" orzekających sędziów w interesach mafijnych - umoczenia chronionego zmową korporacyjnej solidarności, zresztą ta obrona swoich była regułą, nawet w tak krzyczących sprawach, jak kleptomańska kradzież pięćdziesięciu złotych przypadkowej klientce sklepu przez prezesa prowincjonalnego sądu rejonowego.

A ileż trzeba by wyliczyć dziwacznych wyroków SA i SN w sprawach gospodarczych, gdy te stwierdzały, na przykład, że firma A faktycznie okradła firmę B na grube miliony, ale zwracać ich nie musi (bo już, chce się dodać, "poniosła odpowiedzialność moralną" jak Sawicka)? Kiedy do kamer TVN o "zamachu na wolne sądy" i "łamaniu konstytucji" tokuje zaangażowany w jedną z takich afer sędzia Pietrzykowski, swego czasu przyłapany przez CBA na tym, jak dyktował koledze sędziemu, co ma być w apelacji, żeby mógł sprawę "załatwić", i jak ustawiał pod tym kątem skład orzekający - to czyż mogła redaktor Kolenda-Zalewska znaleźć bardziej dobitny symbol? W każdym cywilizowanym kraju ten sędzia byłby dawno poza zawodem, może i nie na wolności - ale w dotychczasowym SN pani prezes Gersdorf przeszła nad zarzutami do porządku dziennego, uznając, że sprawa była "dawno".

 "W każdym środowisku są czarne owce", powiadają na to bagatelizująco zwolennicy opozycji. Ale problem polskiego wymiaru sprawiedliwości polega na tym, że czarne owce całkowicie opanowały system i podporządkowały go sobie. Uczciwi sędziowie od lat patrzyli na wszechobecne świństwa bezsilnie, nie mając żadnych narzędzi, by choć trochę bieg spraw poprawiać. Dziś, gdy starają się to robić, są przez establishment opluwani, wyzywani od zdrajców i wyrzucani ze stowarzyszenia "Iustitia".

No, powiedzmy, że mimo wszystko zdecydowałbym się poprzeć starego diabła przeciwko nowemu. Ale jest jeszcze kwestia smaku - wiele zaangażowanych w te obronę osób jest mało wiarygodnych, mało poważnych, czy nawet wręcz obrzydliwych.

No i jest to, że nikt nie lubi wychodzić na idiotę.

Po raz kolejny jako powód do histerii podawane jest rzekome "łamanie konstytucji". Jak nakręceni powtarzają totalni, że w Konstytucji stoi, iż sędziowie są nieusuwalni i że kadencja I prezesa SN trwa sześć lat. I tu się zacinają i zaczynają tupać i krzyczeć, by nie usłyszeć, że owszem, ale w tej samej konstytucji tuż obok stoi równie wyraźnie, iż wiek przechodzenia sędziów w stan spoczynku określa ustawa, że ona też określa sposób funkcjonowania Sądu Najwyższego, a w jednym wypadku sędziego można przesunąć w stan spoczynku nawet gdy się temu sprzeciwia, przerywając jego kadencję - w wypadku reorganizacji sądu mianowicie. Ba, nie dość, że jest to jak wół w konstytucji zapisane, to jeszcze jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego - porzućcie nadzieje, totalni, z roku 1998, gdy prezesem TK był "wasz" prof. Safjan! - potwierdzający konstytucyjność takiego przerwania kadencji, w odpowiedzi na wątpliwości, jakie zgłaszał wobec ówczesnej reorganizacji prezydent Kwaśniewski (skądinąd odpowiedzialny za ten konstytucyjny bubel ze wszystkimi jego niejasnościami i wewnętrznymi sprzecznościami).

Więc zamiast sprawy jednoznacznej, mamy kazuistyczny spór, który artykuł "deroguje" który. A prawnicy, jak zwykle w takich sporach, "każdy wuj na swój strój". Zasada "domniemania konstytucyjności", po tym, jak pogwałcił i odrzucił ją "w stanie wyższej konieczności" prof. Rzepliński, została w ogóle zapomniana, podobnie jak fakt, że stwierdzanie konstytucyjności bądź niekonstytucyjności jest wyłączną kompetencją Trybunału Konstytucyjnego, bojkotowanego przez "totalną opozycję" i RPO. Dziś "orzekać bezpośrednio na podstawie konstytucji" pozwala sobie każdy, orzekając, co mu akurat pasuje. Reszta to już sprawa propagandy. Uczciwe medium skonfrontowałoby opinie, powiedzmy, profesora Matczaka z opinią profesor Grabowskiej, a sędziego Laskowskiego z sędzią Piwnik. Ale można "po tefałenowsku" pytać tylko pierwszą dwójkę, wzmacniając wrażenia mocnymi słowami jakiegoś osobistego nieprzyjaciela PiS, powiedzmy, pana magistra Stępnia, dla lepszego efektu nazywanego w kółko profesorem. Tak tworzy się matriks, w którym żyją doprowadzeni do histerii aktywiści pod gmachami sądów.

A ci, którzy ich w tę histerię wprowadzili, jak ich już podjudzą do stawiania barykad, sami jadą sobie na urlop... najchętniej na Maderę. I marzą, może nawet modlą się do jakiegoś swojego postępowego bożka, żeby komuś tam policja wybiła oko albo puściła krew z nosa, albo żeby choć sam się potknął i coś złamał, albo dostał zawału, jak pielęgniarka spod URM-u za poprzednich rządów PiS, cokolwiek, by można było na cały świt krzyczeć o "przelewie krwi" i "brutalnych represjach". Albo udają się błagać o wsparcie i sankcję do pełniącej dziś, jak ongi caryca Katarzyna, rolę "gwarantki praw kardynalnych" jaśnie oświeconej Unii. Bo przecież, czego zwołani pod sądy frajerzy nie chcą wiedzieć, wszystko to polityka czysto magnacka, wynikająca nie z żadnej wizji dobra wspólnego czy troski o nie, ale służąca wyłącznie własnym, indywidualnym i grupowym interesom.

Wymiar osobistej zemsty ma sprawa zresztą także i po stronie władzy, i z tego zaangażowani politycznie kibole w ogóle nie zdają sobie sprawy. Media "totalnych" wstydliwie przemilczają, że pani Gersdorf sędzią została od razu w Sądzie Najwyższym - nigdy wcześniej nie orzekała, była radcą prawnym, i do SN została zwyczajnie "przyniesiona w teczce", teczce jak najbardziej "pisowskiej", przez swego starego znajomego, śp. Lecha Kaczyńskiego. Łatwo domyślić się, że stąd dziś szczególna zawziętość Jarosława Kaczyńskiego, by ukarać ją za zdradę, jaką było zblatowanie się z ludźmi pokroju Pietrzykowskiego. Ludziska, dający się posyłać na marsze i wiece, słabo to wszystko ogarniają - tak jak, na przykład, nie chcą pamiętać, jak "Gazeta Wyborcza" piórem Piotra Pacewicza (dziś prowadzącego antypisowską szczujnię oko-press) wzywał do usunięcia z TK Andrzeja Rzeplińskiego, jako człowieka skompromitowanego i służącego interesom obcego państwa (konkretnie, Watykanu), albo jak jechał po Trybunale tegoż Rzeplińskiego oburzony wyrokiem w sprawie OFE ich lobbysta Leszek Balcerowicz (w książce "Trzeba się bić"; z drugiego wydania, uzupełnionego w tytule: "z PiS", ten passus wykreślił). Ot, polityka - gryzą się starzy pierdziele między sobą, dziś są w takich sojuszach, jutro w innych, dziś ktoś jest w PZPR, jutro w PiS, dziś jest dyktatorem z siekierką, faszystą albo talibem, jutro obrońcą  demokracji, a naiwni wrzeszczą na ulicy i wydaje im się, że to jakaś święta sprawa.

Jest taka relacja z antysmoleńskiej miesięcznicy "obywateli", napisana przez zagorzałego lewaka, Jana Hartmana - jak to w poszukiwaniu wodza skupili się przy "legendarnym Władku" Frasyniuku, jak to szli za owym Frasyniukiem, wznosząc okrzyki na jego cześć i w obronie wolności, i tak szli, aż nagle za Władkiem, a przed ich nosami zamknęły się jakieś szklane drzwi, i zorientowali się, że odprowadzili "Władka" do Hotelu Victoria. Piękna opowieść, symboliczna co najmniej jak to zdjęcie z odprowadzania na urlop prezes Gersdorf, na którym wiedzie ją pod rękę Bartosza Kramek, drogę do gmachu Sądu Najwyższego toruje im w tłumie "Farmazon" Jagielski, a obok stoją, błogosławiąc ich uśmiechem, Hanna Gronkiewicz-Waltz i generał Dukaczewski.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje