Nieważkie zwycięstwo kapitana Schettyno

Wyroki sądowe to w ogóle w Polsce loteria. Raz wylosuje ci się sędzia pracuś, raz leń, który w ogóle nie zajrzy do akt albo pomyli sprawy (ostatnio znajomy dostał przez przypadek cudzy wyrok; inny wyrok wprawdzie swój, ale z uzasadnieniem od jakiejś innej sprawy), raz ci się wylosuje uczciwy, raz spowinowacony z takim czy innym układem, raz normalny, raz wojujący kodziarz… Każdy, kto ma do czynienia z sądami, zna ich codzienność i nie ma się o tym co rozpisywać.

Ale wyroki sądowe "w trybie wyborczym", kiedy to na rozpoznanie sprawy i orzeczenie ma sąd tylko 24 godziny, czyli, realnie, orzeka "z bomby", to już loteria do kwadratu. Tym bardziej, że większość spraw zgłaszanych w tym trybie to tzw. pyskówki, słusznie uważane przez sędziów za zmorę - ranga sporu żadna, a znalezienie prawdy w sprzecznych oskarżeniach nie tylko, że trudne, ale jeszcze, przepraszam za dosadne, ale najbardziej tu adekwatne słowo, upierdliwe strasznie.

Reklama

Skutecznie i poglądowo ośmieszył "tryb wyborczy" Korwin-Mikke parę lat temu: złożył jednego dnia w czterech sądach, w czterech dużych miastach, cztery identyczne pozwy - i następnego dnia dostał z nich cztery zupełnie inne wyroki. Nawet nie dwa na tak, dwa na nie, tylko każdy zupełnie inny, od Sasa do Lasa.

Pewnie nie wszyscy tę akcję Korwina pamiętają, ale ogólne odczucie jest, jak sądzę, takie, że mało kto do wyborczych procesów przywiązuje uwagę. Jest to zresztą "zasługą" nie tylko ogólnie znanych patologii sądownictwa, ale i samych polityków. W zamyśle tryb wyborczy pomyślany był jako zabezpieczenie przed brudnymi chwytami tego rodzaju, jak - na przykład - zniszczenie reputacji Teresy Lubińskiej w wyborach lokalnych w Szczecinie, którym swego czasu chełpił się (tak, opowiadał o tym otwarcie, dumny ze swej skuteczności) pokładowy brutal Platformy Obywatelskiej Sławomir Nitras. Oskarżył on panią profesor o współudział w aferze wiedząc doskonale - nawet tego potem nie ukrywał - że kolportuje informacje całkowicie fałszywe, ale również wiedząc, że to, że kłamał, dotrze do wyborców dopiero po wyborach.

To zresztą chwyt stosowany przez polityczną mętownię bardzo chętnie - przypomnijmy choćby, jak w piątek przed wyborami prezydenckimi 2015 TVN24 zmyślił "zamach na Komorowskiego". Grzał ten rzekomy zamach cały dzień, grzmieli z jego anteny poruszeni "brutalną fizyczną agresją" politycy PO, "autorytety" załamywały ręce, do czego doprowadziła "pisowska nienawiść" - tak aż do chwili zapadnięcia ciszy wyborczej. A w powyborczy poniedziałek nikt już w TVN24 o zmyślonym zamachu nie wspomniał, temat wyparował. Albo, przypomnijmy Tomasza Lisa - przecież nie jest tak głupi, by oczywisty dla pięciolatka fejk wziąć za prawdziwe słowa Kingi Dudy. Po prostu wiedział, że przepraszać będzie dopiero po głosowaniu, a liczył, że rzutem na taśmę przysporzy w ten sposób poparcia Komorowskiemu.

Tak czy owak, wprowadzony siedem lat temu "tryb wyborczy" stosowaniu takich brudnych chwytów, jak zresztą wynika z podanych przykładów, nie zapobiegł - a to, wracając do wątku, także przez samych polityków, którzy zaczęli pozywać się w nim bez opamiętania, stosując przy tym nader szeroką interpretację zawartych w przepisie pojęć "agitacja wyborcza" i "kłamstwo". "Agitacją wyborczą", która, zdaje się, w zamyśle ustawodawcy oznaczać miała ulotki, reklamówki wyborcze i temu podobne, w pewnym sensie jest bowiem każda wypowiedź polityka, obojętne, zaangażowanego w kampanię czy nie, a i dziennikarza, niestety, też. A słowo "kłamstwo" w interpretacji często stosowanej przez "rozgrzanych sędziów", jak nazwał ich Bronisław Komorowski, oznaczać może nie tylko wprowadzenie w błąd co do faktu, ale też "przesadną opinię". Nazwałem to kiedyś "lex Michnik", bo właśnie redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" zasłynął pozwami, w których określenia w rodzaju "Michnik zrobił wszystko, by udaremnić lustrację" albo "Michnik stał się obrońcą ubeków" przedstawiał jako "fałszywą informację", i, co najsmutniejsze, do pewnego momentu uzyskiwał na to oczekiwane wyroki.

"Zwycięstwo", o którym trąbi od dwóch dni totalna opozycja, oparte jest na podobnej interpretacji.  Przypomnę, premier Morawiecki, przemawiając na spotkaniu z mieszkańcami odwiedzanej miejscowości (a więc, w sensie ścisłym, nie prowadząc agitacji wyborczej, choć oczywiście w sensie szerokim każda wypowiedź polityka partii startującej w wyborach o innej partii startującej w wyborach agitacją jest), powiedział, że PO osiem lat obiecywała drogi i mosty, a tych "dróg i mostów nie było".

Kłamstwo? Dokładnie takie samo jak "PiS wziął miliony, a wszystko drożeje" czy inne billboardowe hasła czy to PO, czy innych partii. Człowiek rozsądny nazwie to "retoryczną przesadą", ale - teoretycznie, PiS też mógł się handryczyć się po sądach, że nic nie wziął, tylko wzięli premie konkretni ministrowie, i że nie wszystko drożeje, bo na przykład nać pietruszki ostatnio staniała.  

Tyle, że w przeciwieństwie do mającego w sondażach dużą przewagę i tym samym spokojniejszego PiS, PO miota się, nie mogąc znaleźć drogi dotarcia do serc wyborców. I uznała, że pomoże jej w tym uzyskanie sądowego "dowodu", że "Morawiecki kłamie".

Moim skromnym zdaniem - pomoże jej ten "dowód", jak przysłowiowemu umarłemu kadzidło. Do tej części opinii publicznej, która w ogóle zwraca na takie "newsy" uwagę - a jest to po pierwsze mniejszość, po drugie, większość tej mniejszości stanowią ludzie od dawna i mocno politycznie zdeklarowani, którzy i tak zdania nie zmienią - jeśli w ogóle coś dotarło, to przede wszystkim przekaz, że są sądy "pisowskie", i są "platformerskie". Bo "pisowski" Sąd Okręgowy dwukrotnie stanął po stronie premiera, najpierw stwierdzając, że jego wypowiedź nie była w sensie ścisłym agitacją wyborczą, a potem, zmuszony przez Sąd Apelacyjny do uznania jej za agitację, że premier użył chwytu retorycznego i w istocie powiedział, że dróg i mostów zbudowano za poprzedniej władzy w stosunku do jej zapowiedzi tak mało, że jakby w ogóle ich nie było. Oba te orzeczenia skłoniły Grzegorza Schetynę i jego ludzi do publicznego deprecjonowania wyroków sądu jako sądu "pisowskiego" i do pogróżek "zapiszemy i zapamiętamy nazwiska tych sędziów".

Nie twierdzę, że sędziowie Sądu Apelacyjnego przestraszyli się "zapisania i zapamiętania" przez Schetynę, ale oni z kolei dwakroć orzekli po myśli PO - za drugim razem nakazując premierowi "sprostowanie". To z kolei skłoniło Schetynę do wygłaszania pompatycznych, triumfalnych przemówień, jakby ten wyrok przyniósł mu sam Mojżesz na kamiennych tablicach, i jakby wygrał batalię na miarę Wiednia czy D-Day.

No i co z tego wszystkiego wynika?

"Nic właśnie", by zacytować powiedzonko ze starych radiowych dialogów śp. Marii Czubaszek. Kto nienawidzi PiS, zyskał jeszcze jeden "dowód", że PiS jest zły. Kto uważa PO za mafię realizującą interesy establishmentu III RP, też się w tym utwierdził. Nie wierzę natomiast, żeby znalazła się choć jedna osoba, którą "niusy" o kolejnych wyborczych wyrokach i odwołaniach skłonią do czegokolwiek.

Najgorzej oczywiście wychodzi na tym wymiar sprawiedliwości, bo sprzeczne wyroki wyglądają już nawet nie na loterię, ale wprost na przejaw politycznej dyspozycyjności sędziów. Choć może niewiele to znaczy, bo reputacja "kasty" sędziowskiej gorsza i tak już chyba być nie może. Przypomnę, że według sondaży pisowska koncepcja reformy wymiaru sprawiedliwości: "zaorać, rozpędzić, nakopać w d., a potem się zobaczy" akceptowana jest przez około 80 procent umęczonego taką "sprawiedliwością" społeczeństwa (w dużym stopniu zresztą dzięki postawie opozycji "absolutnie żadnych zmian"). Z właściwą sobie dezynwolturą PO uważa zresztą, że to nic nie znaczy, jednocześnie usilnie wskazując jako na rzecz bardzo ważną, że 80 procent Polaków jest za Unią Europejską.

A PO i Schetyna nie zyskują nic. Istota sprawy w tym, że przyjęta w ślad za środowiskiem, które zwę michnikowszczyznę, strategia "udowadniajmy, że jesteśmy moralnie lepsi od PiS" wiedzie donikąd. Wyborcy w swej masie nie szukają polityków "moralnie lepszych" - zresztą, wszystkich en bloc uważają za złodziei i kłamców - tylko skuteczniejszych i zapewniających im większe korzyści. Przez cały okres rządów PO badania wizerunków polityków pokazywały, że Jarosław Kaczyński uważany jest za największego patriotę, a Donald Tusk za największego łgarza. No i co?

Schetyna i jego dwory, ten polityczny i ten medialny, zamiast sięgać tam, gdzie jest coś do zdobycia, marnują energię i czas antenowy swych przekaziorów na udowadnianie, że "Morawiecki kłamie". Nawet, jeśli tzw. zwykły Polak da się co do tego przekonać - a wątpię - to doda w myślach "jak wy wszyscy". Morawiecki w tym czasie jeździ po wybranych województwach, tych, gdzie sondaże są mniej więcej wyrównane (to też ciekawe - PO bowiem, wbrew elementarnym zasadom kampanii, skupia ją tam, gdzie i tak ma największe poparcie), z przekazem: "kłamię, nie kłamię, trochę obietnic jednak spełniłem, a tu są następne". W domyśle - z nich też może nie wszystko, ale coś tam będziecie mieć.

Na miejscu "kapitana Schettyno" wcale bym nie był taki pewien, że zdoła za miesiąc obronić choćby połowę województw.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje