Nowe stare państwo

​"Nie ma na to wszystko pieniędzy, pieniędzy nie wystarczy, skąd oni chcą wziąć tyle pieniędzy!" - niesie się po mediach chóralny wrzask po expose premier Szydło. Nienowy zresztą, ten sam wrzask słyszeliśmy już w czasie kampanii wyborczej, bo expose, po raz pierwszy za mojej pamięci, pokrywało się z obietnicami partii, z której się premier wywodzi. Niektórzy nawet z tego próbują robić PiS zarzut, moim zdaniem to bardzo dobra nowość. Podobnie jak fakt, że wreszcie rządzi wiadomo kto i nie będzie tego wiecznego, wałęsowskiego ściemniania "miałem tyle dobrych pomysłów, ale mi nie pozwolili".

Owym chórom rajcującym się, by nie powiedzieć tego dosadniej, wizją, jak to zabraknie pieniędzy, najlepiej już po stu dniach, i jak będą oni wtedy mogli krzyknąć radośnie: "a nie mówiliśmy!", najprościej jest odpowiedzieć cytatem z klasyki naszej literatury popularnej. Jak to tłumaczył Leon Kunik Nikodemowi Dyzmie: "Pieniądze? Nie trzeba żadnych pieniędzy! Pieniądze to nieistotna przeszkoda! Będzie się płacić obligacjami".

Reklama

A po cóż innego wicepremierem tego rządu i jego centralną postacią został Mateusz Morawiecki? Ano właśnie po to, żeby owe pieniądze wyczarował. Wyobrażam sobie to dość z grubsza, w końcu jestem w tych sprawach laikiem, ale podpowiem państwu tylko jedno słowo, które w magicznym świecie wielkich finansów jest odpowiednikiem słowa "abrakadabra". To słowo brzmi "lewar".

Rzecz jasna, pieniądze wylewarowane, tak jak każde inne, można mądrze zainwestować i zarobić, a przynajmniej nie stracić albo beznadziejnie przepipsztać. PO też, podobnie, jak zamierza to zrobić PiS, acz na znacznie mniejszą skalę, lewarowała "Polskie Inwestycje Rozwojowe". Co z nich wyszło, najcelniej podsumował były minister Sienkiewicz - żeby nie urazić wrażliwych uszu, przytoczę po czesku: "cziurak, prdel, a hodme kamenu".

Problem istotny to więc nie "skąd rząd weźmie pieniądze", bo wiadomo, że znikąd, ale na co i jak je wyda. I tu mamy do czynienia z pewną rewolucją, która większości komentatorów zupełnie ginie nie zauważona w cieniu spodziewanych rozliczeń z postkomunistycznymi układami, likwidacji patologii prokuratury i służb, rozbijaniu układów korporacyjnych, wietrzeniu półświatka kulturalnego i uczelnianego, tego wszystkiego, czego oczekują po PiS wyborcy i czego śmiertelnie boją się tzw. elity III RP. Rząd Beaty Szydło będzie bowiem tworzyć "narodowy program inwestycyjny".

Otóż po raz pierwszy od 25 lat, po ćwierćwieczu hołdów oddawanych wolnemu rynkowi, monetaryzmowi i przyniesionym przez Jeffreya Sachsa kamiennym tablicom z zaleceniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego, mamy rząd jawnie etatystyczny. Podkreślam słowo jawnie - ten mityczny wolny rynek, który na dobrą sprawę nie zdołał w III RP zaistnieć ponad poziomem bazarowych "szczęk" i przetwórstwa spożywczego, od dawna był podmywany, obgryzany i niweczony po kawałeczku. Jak w żydowskim kawale o gościu, co zdobył przepis na wykwintną potrawę, pozmieniał wszystkie składniki i spróbowawszy nie mógł się nadziwić, że bogacze jedzą takie świństwo. Ale w sferze propagandy, w dyskursie publicznym wolny rynek pozostawał świętością.

Dla Jarosława Kaczyńskiego i jego ludzi deklarowanym wzorcem jest przedwojenna sanacja i Piłsudski. Wyraża się to nie tylko w niezdrowej fascynacji przypisywaną Marszałkowi maksymą "bić k... i złodziei!", ale także w przekonaniu, że to państwo, nie przedsiębiorcy, powinno stanowić główny motor modernizacji. Nie liczmy na to, że wystarczy dla przedsiębiorczości stworzyć warunki jak w Hong-Kongu czy na Tajwanie, a polski Ford, Gates i przygarść Buffetów objawią się sami. Rząd musi znaleźć nowego Kwiatkowskiego, który wybuduje Gdynię, COP i co tam jeszcze do wybudowania będzie.

Nader ambitny plan, zważywszy, jak nędzne narzędzia nowa władza przejmuje po 25 latach III RP. Wielu poważnych politologów wątpi, czy PiS zdoła wypłacić te 500 złotych na dziecko, tak jak obiecuje, nie z powodu ewentualnego braku pieniędzy, ale dlatego, że stworzenie odpowiedniej bazy danych i fizyczne dotarcie ze świadczeniem do rodziców może się okazać dla administracji - w większości samorządowej - przysłowiowym kwadratowym trójkątem. Przecież urzędy sparaliżowane są nowym, ujednoliconym systemem ewidencji ludności. A i do poprzedniego ładnych parę tysięcy urzędów, jak doniosła ostatnio prasa, ani razu się jeszcze nie zalogowało.

Przez ćwierć wieku budowano tu państwo-atrapę, w którym nikt nic nie może i zarazem każdy może wszystko, bo nikogo za nic nie da się ukarać (jeden wyjątek to wyroki na kierownictwo CBA za ściganie korupcji). Samoloty spadają, na operację czy rozprawę w sądzie czeka się latami, długów nie sposób wyegzekwować albo komornik "egzekwuje" je od zupełnie innych, przypadkowych osób i koniec, przepadło, prokuratorzy kierują grupami przestępczymi, sędziowie sądzą na telefon, przestępca z siedmioma wyrokami na koncie dostaje w jeden dzień wymagające m.in. niekaralności koncesje na przyjmowanie depozytów od ludności i obrót kruszcami, dzięki którym okrada tysiące ludzi na grube miliony, a wyspecjalizowane kancelarie masowo dostarczają urzędnikom tzw. dupokrytek w postaci "ekspertyz prawnych" dowodzących, że nic się nie da zrobić, bo wszystko będzie sprzeczne z jakimś przepisem.

I nikt za nic nie odpowiada, winni są wszyscy, czyli nikt. A przede wszystkim - do urzędów trafiają od lat masowo kolesie, którzy są za głupi, żeby zarobić w inny sposób, i rodzina musi im coś załatwić przez znajomości; tak się kiedyś niedorobione potomstwo oddawało do terminu u szewca czy kowala.

No i tymi kadrami chce PiS uzdrawiać, inwestować, budować? Powie ktoś, że je wymieni. Na kogo? Wybory samorządowe fałszowano w terenie jak chciano, bo PiS nie miał dość działaczy, by w każdej komisji dać bodaj jednego "męża zaufania". Skąd weźmie fachowych, uczciwych urzędników w każdym powiecie? Dobierze się z "nawróconych"? Gratuluję.

Dobrze, pomińmy całą, jak to ujął wieszcz, skrzeczącą pospolitość i załóżmy, że jakimś nadludzkim wysiłkiem woli znajdzie PiS kadry urzędnicze z etosem i etyką, na dodatek fachowe. I co? Też wcale nie jestem pewien rezultatu. Krótkoterminowo zapewne się jakieś sukcesy odniesie, długofalowo może się okazać, że zainwestowaliśmy akurat nie w to, co się opłaca. Gdyby etatyzm był dobrą drogą rozwoju, to światu przewodziłaby Francja, a nie Stany Zjednoczone. 

Trudno nie wiązać z nowym rządem wielkich nadziei w dziedzinie odbudowy narodowego ducha, po latach usilnej pracy postkolonialnych elit nad wpędzaniem polactwa w kompleks niższości. Otrząśniemy się z pedagogiki wstydu, przestaniemy się płaszczyć przed Europą i drżeć przed każdym fuknięciem byle niemieckiej gazetki, jak dobrze pójdzie, to zaczniemy też prowadzić własną politykę - choć tu mam obawy, bo żeby prowadzić własną politykę trzeba rozumieć jej twarde, cyniczne zasady, a PiS tkwi we mgle romantycznych wyobrażeń o dziejowej sprawiedliwości.

Ale w awans cywilizacyjny osiągnięty siłami państwa, obsadzonego nie w roli gwaranta uczciwych zasad gry, ale gracza, i to najsilniejszego, biorącego na siebie funkcję nadinwestora - nie wierzę, i ta niewiara opiera się na licznych historycznych i współczesnych przykładach. Ci, którzy obejmą władzę po PiS, będą mieli co sprzątać, i trzeba już teraz pracować, aby w następnych wyborach sympatie Polaków poszły bardziej na prawo, a nie, nie daj Boże, wróciły ku skompromitowanej ćwierćwieczem bałaganu i szabru sitwie III RP, jakkolwiek się tam będzie nazywać kolejna polityczna inkarnacja jej interesów.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje