Nowy rok, stary magiel

Coraz trudniej, wyznam z Nowym Rokiem, zmusić mi się do komentowania polskiego życia politycznego (z zachodnim zresztą nie jest lepiej, ale to mnie aż tak nie wkurza). Oddalamy się, niestety, z każdym tygodniem coraz bardziej, od jakiejkolwiek sensownej debaty nad czymkolwiek, pogrążając w odmętach absurdu i w nieustającym, by dla eufemizmu użyć języka obcego, szitsztormie.

Trudno orzec, kto jest tu bardziej winien. Media, które wyniki oglądalności i klikalności upewniają w przekonaniu, że "przebijają się" tylko "niusy" wzięte z... znikąd, powiedzmy, dęte, "podkręcone", bombastyczne i judzące? Dostarczająca im takiego żeru "totalna opozycja", która nie umie sobie wyobrazić innego scenariusza odzyskania władzy, niż powtórka roku 2007, kiedy to udało jej się sfabrykować, nadąć i uwiarygodnić zainspirowaniem nagonki na Polskę w zachodnich mediach kłamstwo o rzekomych "nadużyciach władzy", które zmobilizowało wyborców do głosowania przeciwko PiS? A może, paradoksalnie, władza, która tak zmiękła i "stusczyła" się, że z zasady nie chce kłamstw odkłamywać, odkręcać manipulacji i niczego objaśniać, tylko woli błyskawicznie się w zaatakowanych punktach wycofywać i takim sposobem "odbierać tlen" propagandzie opozycji - co może i ma swoje pijarowskie plusy, ale kosztem zgody na galopujące idiocenie opinii publicznej i zamykanie polityki w maglu? 

Reklama

Tak czy owak - w Nowy Rok po staremu wchodzimy kolejną, do znudzenia powtarzalną, "gównoburzą", mówiąc dosadnym, ale adekwatnym językiem internetu. Tym razem pretekstem do jej rozpętania był projekt zmian przepisów o zwalczaniu tzw. przemocy domowej, a konkretnie - zawarta w nim nowa definicja prawna owej przemocy. 

Twórcy projektu twierdzą, że takiej zmiany potrzeba do skutecznego działania, bo obecna definicja jest tak nieprecyzyjna, że z jednej strony nie daje się zastosować w wielu wypadkach niewątpliwej patologii, z drugiej zaś - była przyczyną głośnych w mediach nadużyć sądowych, kiedy to bez powodu rozbijano zupełnie normalne rodziny, tylko dlatego, że pracownik gminy coś niesprawdzonego wrzucił w kafkowskie tryby biurokracji, a prości ludzie byli zbyt biedni albo zbyt nieporadni by nająć adwokata. Czy mają rację? Pewnie mają, bo nikt merytorycznej polemiki z ich argumentacją nie podjął. 

Za to wyspecjalizowani w szukaniu, czym by tu uderzyć w PiS funkcjonariusze propagandy "opozycji totalnej" (śp. Jerzy Dobrowolski używał określenia "szczujni dziennikarze") ogłosili, że wedle nowej definicji jednorazowe pobicie przemocą domową nie będzie, a dotąd było. Czy to prawda? Pewnie nie - pamiętam, jak ta sama "Gazeta Wyborcza" rozgłaszała, jakoby w społecznym projekcie zaostrzenia prawa antyaborcyjnego (którego autorstwo przypisywała zresztą fałszywie PiS) stało, że zakazuje się badań prenatalnych, że każde poronienie będzie z urzędu przedmiotem prokuratorskiego śledztwa i tak dalej, i temu podobne, aby tylko wprawić masy kobiet w histerię i zapędzić je na uliczne protesty.  

Nawet jednak, gdyby "szczujni" zinterpretowali projekt uczciwie - bo, podkreślam, to co rozgłoszono, to nie zapis w dokumencie, tylko interpretacja, co zdaniem gazety z niego wynika - to bynajmniej nie oznacza to, że "wolno będzie bić żonę, jeśli tylko raz". Każde naruszenie nietykalności cielesnej, nieważne, w rodzinie czy poza nią, jest przestępstwem, każde jest ścigane, w wypadku określonych konsekwencji zdrowotnych - z urzędu. Pojęcie "przemocy domowej" nie jest do tego potrzebne, służy ono tylko do uruchamiania pewnych procedur. Jeśli czytam wypowiedzi doświadczonych prawników, że oparcie tych procedur nie na jednorazowym protokole, ale na stwierdzeniu ciągłości nękania (nawiasem mówiąc, projekt rozszerza pojęcie na dręczenie psychiczne, które potrafi przynosić więcej zła, a obecnej definicji umyka) - to sądzę, iż zmiana jest co najmniej warta dyskusji. Po to przecież upublicznia się projekty, tak jak ten, w internecie. 

Ale przecież, nie bądźmy naiwni, mediom afiliowanym przy PO nie chodzi o dobro ofiar przemocy domowej czy o ograniczenie patologii - idzie tylko o to, żeby przyp...ć PiS. Czymkolwiek. W ostateczności, jak już nie ma pod ręką niepełnosprawnych dzieci albo szukających rozszerzenia swej władzy eurokratów, to choćby nawet tym, że Beata Szydło miała żółty kostium, albo że Mateusz Morawiecki podsadził syna do choinki, albo że profesor Pawłowicz jadła sałatkę. Więc raz-dwa zmontowano i puszczono w obieg komunikat: "PiS pozwoli bezkarnie bić żony". I zamiast konkretów - duszoszczypatielne tefałeny o pani Ziucie z Pipsztelicy Dolnej, którą mąż bijał latami, a ona nikomu nie odważała się poskarżyć, rwanie szat dyżurnych autorytetów od wszystkiego, oburzone miny pani Pochanke, burakowe memy i wice o "programie wp***l plus"... Sami Państwo widzieli, może poza tymi, którzy mają tyle rozumu, że w ogóle nie włączają telewizora i hejterskich portali, i tyle szczęścia, że mogą sobie na to pozwolić. 

Coraz trudniej, wyznam Państwu, opanować mi odruch wymiotny - choć przecież ten "modus operandi" tak zwanych "tefałenów" znany i stosowany jest od lat. Chyba z największym sukcesem w sprawie rzekomej "wycinki drzew" przez PiS. Szło, w istocie, o bardzo pożyteczną zmianę przepisów, która upraszczała nieżyciowe procedury, zamieniające wycięcie drzewa na własnej działce w biurokratyczny slalom. Użyto tej zmiany jako pretekstu do rozpętania histerii, że PiS masowo wycina drzewa, czego "dowodzono" pokazując codziennie zdjęcia a to sprzed lat, a to grzejąc jakiegoś dewelopera, który ogolił chronioną wydmę w sposób absolutnie niemający nic wspólnego z tą ustawą, a to pokazując wycinki w miastach, nawiasem mówiąc, rządzonych przez PO. 

No i oczywiście, "beka", memy, żarciki, minister Szyszko przedstawiony w "Uchu prezesa" jako psychopata z piłą łańcuchową, który na widok drzewa nie może wytrzymać, aż go nie zetnie... 

Nikogo nie obchodzą fakty, statystyki, pokazujące, że wszystko to było kompletną bzdurą, drzew wycinano tyle co zwykle i tyle co zwykle sadzono - PiS po paru miesiącach w końcu ułatwiający ludziom życie przepis skasował. 

I chyba wtedy właśnie nauczył się tego, co dziś stosuje: jeśli zaczyna się jakiś hejt, jeśli nagonce udało się zlepić poręczne, memogenne oskarżenie, właśnie w rodzaju "PiS pozwala bezkarnie bić żony", to walka z tym hejtem, tłumaczenie racjonalnymi argumentami, że wszystko jest inaczej, to robota równie beznadziejna i pozbawiona sensu, jak dowodzenie, że Szkoci nie są wcale bardziej skąpi od innych albo że Wąchock to w istocie zupełnie normalne miasteczko. W przestrzeni pijarowskiej "kto się tłumaczy, ten jest winien". Więc na hejterski wirtual trzeba reagować adekwatną, a więc równie wirtualną odpowiedzią - skasować temat, wycofać się natychmiast, "odebrać tlen", "nie dać sobie odebrać narracji", i zamiast tego narzucić narrację własną. W wypadku obecnej władzy jest to gierkowska propaganda sukcesu - budżet rośnie w siłę, a Produktowi Krajowemu Brutto żyje się dostatniej, mamy rekordowe nadwyżki, awansujemy w zagranicznym rajtingach i rankingach atrakcyjności, i wkrótce siłą woli i geniuszu polskich studentów wyprodukujemy takie samochodziki elektryczne, że wszystkim pracującym nad nimi od dawna światowym koncernom zbieleje oko. 

Po tym, jak - pisałem niedawno - PO się skaczyzowało, a PiS stusczył, polityka wchodzi na nowy poziom absurdu. W opozycji PiS przynajmniej próbował przebić się z ważnymi sprawami, choćby głupio, jak ze Smoleńskiem, ale na serio. Trzy lata władzy nauczyły go, że na serio to się nie da. 

Co to w praktyce oznacza? Że także i ten rząd nie będzie już robił niczego, poza picem. Bo metodą taką, jak z rzekomymi wycinkami, czy "bezkarnym jednorazowym biciem żony", wszelkie próby realnej zmiany, jakiejkolwiek, choćby drobnej naprawy państwa, opozycja i jej media zaczynające każdy dzień od narady "czym się dzisiaj da uderzyć w PiS?" wykorzystywać będą do orkiestrowania histerii nienawiści, szydery, "beki" i "heheszkowania". Rząd będzie więc od rzeczywistych działań coraz bardziej uciekał ku picowaniu, bo picowanie wyszydzić i zdemonizować dużo trudniej. 

Proszę bardzo: totalna opozycja, która tyle ma do powiedzenia o przemocy domowej i nowym wiceministrze, wobec pic-ustawy "obniżającej" cenę prądu była bezbronna, jak swego czasu wobec fatalnej w skutkach nowelizacji ustawy o IPN - zamknęła dzioby i pokornie zagłosowała "za". 

Zaczyna się na wielką, państwową skalę rozkręcać mechanizm, który sprawił, że przez ćwierć wieku III RP żadna władza nie odważyła się kupić nowych samolotów dla VIP-ów na miejsce zdekapitowanych ruskich jaków i tupolewów, bo każda próba zastąpienia coraz bardziej niebezpiecznego złomu czymś nowym groziła burzą medialnej histerii. Rozwalił się w helikopterze premier Miller, omal nie zabił się (fakt mało znany, ale potwierdzony) na tym samym Siewiernym w Smoleńsku Aleksander Kwaśniewski, ale groza bycia czołganym przez tabloidy sprawiła, że dalej latano na starych trupach, aż do tragedii - a i ta przecież nie przyniosła bynajmniej otrzeźwienia.    

Dzisiaj cała Polska staje się takim tupolewem. Póki nie ma wielkiej mgły, czyli koniunktury międzynarodowe jakoś jeszcze wyglądają (choć już się chmurzy), jakoś to będzie działać, coraz gorzej, coraz bardziej bez sensu i bez głowy, bez szerszej perspektywy - ale jakoś. Dopóki trudności nie spiętrzą się na tyle, że łupnie, i wtedy pozostanie tylko stawiać męczeńskie krzyże, serce krwawić, duszę krwawić, i znowu lamentować na cały świat nad tak niesprawiedliwie spadającymi na nasz udręczony naród kolejnymi nieszczęściami. 

I tak wlatujemy, dzielnie pokonując szalejące gównoburze, w Nowy Rok, rok podwójnych wyborów, w których jedynym programem rządzących i opozycji jest, żeby my, a nie oni. Ten jeszcze jakoś może przetrwamy. Wszystkiego najlepszego.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje