Reklama

Reklama

​Odliczanie wyborcze Ziemkiewicza: Utwardzanie najtwardszych

Telewizje, którym udało się zdobyć wyłączność na udział w programie publicystycznym "Rozmowy o Polsce" premier Ewy Kopacz i kandydatki na premier Beaty Szydło, usiłują wmówić wszystkim, że program ten będzie "debatą przedwyborczą", i że od tej debaty zależy bardzo dużo, co najmniej wynik wyborów. To ich interes, rzecz zrozumiała, ale nie widzę powodu, by się poddawać natrętnej reklamie. Z góry wiadomo, co powiedzą nie tylko obie panie, ale też chóry medialnych autorytetów po ich rozmowie.

Wiadomo też, że ci widzowie, którzy wierzą w nadchodzący faszyzm, średniowiecze i kamienowanie kobiet, będą szczerze przekonani, że premier Kopacz wypadła jak na siebie wcale nieźle, a ci, którzy nie mogą się doczekać odpędzenia od koryta skorumpowanej złodziejskiej sitwy wyprzedającej Polskę Berlinowi i zachodnim koncernom najgłębiej uwierzą, że Szydło rozgromiła Kopacz jak husaria Sobieskiego janczarów pod Wiedniem.

Reklama

Dzisiejszy "Fakt" zamówił nawet sondaż, kto wygra, i wyszło mu, że zdaniem niektórych Kopacz, zdaniem innych Szydło, inni spodziewają się remisu, a jeszcze inni mają to w nosie. Nie wiem, ile TNS wziął od "Faktu", ale ile by to było, tabloid przepłacił.

Co do mnie, radziłbym, zamiast zawracać sobie głowę sondażami, znaleźć w necie i odsłuchać, jak niemalże w przeddzień debaty wypadła Kopacz w rozmowie z Moniką Olejnik, dziennikarką obsesyjnie antypisowską i antyprawicową, acz starającą się czasem zachować pozory. Jeśli tak radziła sobie premier w konfrontacji z rozmówczynią jej życzliwą, to - o ile nie spłynie na nią jakieś nagłe oświecenie, w które trudno wierzyć - nikt nie może na jej tle wypaść źle.

Beata Szydło nie olśniewa, nie porywa, ma stylówę enerdowskiej celniczki i charyzmę pani kierownik. Zresztą gdyby była politykiem większego formatu, Jarosław Kaczyński dawno by ją z PiS wyrzucił, a już na pewno nie promował na frontmenkę, ale w starciu z intelektem i elokwencją Ewy Kopacz może być spokojna.

Zresztą, pomijając już, że obie panie postrzegane są jako figurantki, za którymi stoją Kaczyński i Tusk, to nie spór PO z PiS rozstrzygnie przecież o wyniku wyborów.

Kluczową dla przyszłych rządów sprawą jest, ile partii wejdzie do przyszłego parlamentu, bo od tego zależeć będzie podział mandatów. Kopacz nie walczy o przekonanie wahających się, bo ma większy problem - utrzymanie przy PO "lemingów", aby zaś nie uciekły do Petru. PO to nie tylko Michał Kamiński, są tam jeszcze ludzie myślący racjonalnie i zdający sobie sprawę, że hejt na PiS, do którego sprowadził się cały przekaz władzy, przekonuje tylko przekonanych, a wahających się odpycha. Robią to, bo nie mają innego wyjścia, bo walczą o zahamowanie odpływu, a jedynym argumentem, jaki mają, jest "my wciąż jesteśmy więksi od Petru, on PiS nie zatrzyma".

Zważywszy, że po stronie PO stoi już tylko stara Unia Demokratyczna i jej salon, bo nawet "loomy left" w większości odeszła do Nowackiej i fejsbukowej Partii Razem, a Petru wspierają lobbies mające duże pieniądze i potężne wajchy medialne, słabo to się dla obecnej ekipy zapowiada.

Paradoksalnie, interes PiS jest w sprawie "Nowoczesnej" dokładnie taki sam. Arytmetyka ordynacji i systemu d’Hondta sprawia, że PiS łatwiej sięgnie po samodzielną większość, jeśli do Sejmu wejdzie tylko PO, nawet jeśli PO będzie miała wtedy więcej mandatów. Prawdą jest, co mówi Joanna Mucha, że te same kilka procent głosów, które da Petru czy Lewicy kilkanaście mandatów, PO da kilkadziesiąt, ale prawdą jest też, że PiS-owi utknięcie mniejszych antypisów pod wyborczym progiem da jeszcze więcej.

Reasumując: Szydło zapewne nie będzie wykazywać ignorancji pani premier w sprawach gospodarczych, choć to takie proste, i nie będzie jej przesadnie ośmieszać i kompromitować, choć to jeszcze prostsze, tylko podejmie raczej grę we wzajemną pogardę i nienawiść żelaznych elektoratów, korzystną dla obu obozów. Może się mylę, zobaczymy.

Tymczasem odnotujmy, za tak krytykowanym przez salony internetem, drobny bunt w rodzinie, czyli fejsbukowy wpis Antoniego, syna Adama, solidaryzującego się z wpisem Jana Śpiewaka, też syna Śpiewaka seniora, który z kolei diagnozuje weekendowe wydanie "Gazety Wyborczej" jako usilną pracę nad zwiększeniem wyborczego wyniku PiS. Chodzi o tekst Adama Michnika, który w typowym dla siebie, pompatycznym i nadętym stylu przestrzega przed putinizmem Kaczyńskiego (zupełnie lekceważąc fakt, iż przez kilka lat przestrzegał przed jego rusfobią i antyputinizmem) oraz wywiad z Tomaszem Lisem, który labidzi, jak to straszne będą rządy PiS i jak im prawica zabrała narrację historyczną, internet, ludzką sympatię i w ogóle wszystko.

Ten wywiad zasługuje na bardziej staranną analizę, smakuję go sobie po kawałku z duża satysfakcją, bo Lisowe jojczenie brzmi upojnie, jakbyś słuchał śmiertelnego rzężenia łajdaka, który skrzywdził ci dzieci i od lat szkodził jak mógł (za moich czasów napisałbym "Falconettiego", ale w obecnych serialach nie jestem gramotny). Pal diabli bezmiar hipokryzji, z jaką redaktor naczelny "Newsweeka" płacze, że na okładce "W Sieci" zrobiono z niego esesemana, zapominając o kilkunastu chamskich i obrzydliwych okładkach z Macierewiczem-talibem, Kaczyńskim-świrem i chłopczykiem "robiącym łaskę" księdzu, które sam zrobił wcześniej, łamiąc kolejne tabu i granice zbydlęcenia.

Zwraca uwagę co innego. Nad tym, jak to zabrali "nam" Polskę płaczą - bo Lis jest tu tylko tzw. pars pro toto - ludzie, którzy przez ostatnich osiem lat mieli w ręku wszystko. Nieograniczoną kasę i możliwości, potężne media. Lis dostał niezatapialne pismo o mocnym, wypróbowanym brandzie, z zapewnionymi - przez układ zbiorowy wielkiego koncernu - wpływami reklamowymi na wiele lat. Dostał program w TVP z zagwarantowaną widownią, tuż po serialu oglądanym przez 8-10 milionów ludzi, z których mniej więcej jedna trzecia z czystego lenistwa nie przełącza potem pilota.

Nawet na Twitterze, który, jak się żali, też mu prawica zabrała, ma bez mała 300 tysięcy followersów (co prawda, jeśli wierzyć twitterowym narzędziom, badającym liczbę kont nieaktywnych - w większości "fejkowych" i kupionych dla picu, na co zdaje się wskazywać stosunkowo mizerna liczba tzw. FAV-ów i retwittów, czyli kliknięć w przyciski "dodaj do ulubionych" i "podaj dalej").

Prawica zabrała nam narrację historyczną, nie zbudowaliśmy mitu III RP - jęczy Lis. Nie "nie zbudowaliście", tylko wam nie wyszedł, misiaczki. Czymże innym była superprodukcja kina III RP "Wałęsa"? Oskarowy Wajda, pierwszy zgrywus salonu Głowacki, gigantyczna kasa, promocja w Cannes. I co? I szit, faktycznie, w marketach walający się już na przecenach. Zrobiony amatorsko, za pieniądze ze społecznej zbiórki "Pilecki" robi dużo większą furorę.

Znam co najmniej dwie firmy nieźle zarabiające na produkcji patriotycznych koszulek i gadżetów, kilka innych prosperujących dzięki obsłudze kultu "Żołnierzy Wyklętych" - ale te firmy powstały od zera, nikt im nie pomagał, reklamowały się za swoje pieniądze, podobnie jak odcięte od państwowego żłoba media "prawicowe". Tymczasem Michnik, Lis i inni mieli wpływy nieograniczone. I co? Kupi ktoś jakiś gadżet z nimi? Może papier toaletowy. Więc zamiast winić Kaczyńskiego proszę przyznać wprost: okazaliśmy się pierdołami, nieudacznikami, cieniasami, nawet mając taką władzę i pieniądze, nie wydoliliśmy!

To jak śmiecie komuś sugerować, żeby dał wam jeszcze jedną szansę?

Może zresztą niesłusznie się takiej sugestii dopatruję - salon PO raczej pławi się we własnym spodziewanym męczeństwie. Na mój rozum, nieudacznictwem i luzerstwem nikogo się nie przekona ani nie porwie, nawet własnego niespierniczałego potomstwa, co wspomniane wpisy z fejsbuka potwierdzają wystarczająco. Co się dziwić, że elektorat PO jest w rozsypce i łypie na Petru, Nowacką czy kogokolwiek piętnem klęski pierdołowatej nie naznaczonego.

Skromnie nie pochwalił się Tomasz Lis swym największym sukcesem, jakim jest prawicowy antynewsweek, czyli wspomniany już lustrzany tygodnik "W Sieci". Ostatnia przedwyborcza okładka, wykombinowana przez braci Karnowskich, umiejętnie i z dumą - tylko nie wiem, po co - akcentuje to, co w PiS najgłupsze. Przypisywany Piłsudskiemu cytat "bić k...y i złodziei, oto mój jedyny program" był już kiedyś wykorzystany na plakacie dołączonym do "Gazety Polskiej" (!), teraz zdobi wraz z konterfektem Piłsudskiego okładkę wspomnianego tygodnika - jest w tym jakieś niezdrowe i niesmaczne podniecenie chłopców, którzy się nie mogą doczekać, by wreszcie jakąś k...ę pobić, bo na razie tylko sami dostawali bęcki.

Ale tak na zdrowy rozum, powoływanie się ze spuściźny Marszałka właśnie na sanacyjny bandytyzm, na los takich "k...w i złodziei" jak Dołęga-Mostowicz, który wywieziony przez piłsudczykowskich bandziorów do lasu i bity, jak ofiary mafii, ocalał cudem dzięki spłoszeniu oprawców przez przypadkowych świadków, jak Nowaczyński, któremu w podobnych okolicznościach dziarscy chłopcy z Pierwszej Brygady wybili oko, skatowany kilkakrotnie i uwięziony za nieostrożne słowo profesor Cywiński, o zamordowanym skrytobójczo generale Zagórskim nie wspominając - to ma być ta narracja historyczna, cementująca obóz PiS?

Naprawdę chce pisowski hardkor tuż przed wyborami przekonywać, że nie ma innego programu, niż bicie i znieważanie przeciwników? Że w postaci Piłsudskiego imponują nie jego zasługi, ale ta bandycka sitwa, zwana Sanacją, która doprowadziła niepodległą Polskę do zagłady, Bereza Kartuska, ustawa o ochronie czci Marszałka i oficerskie bojówki rozumiejące "honor" jako bicie pismaków po mordach? Powiedziałbym sabotaż, gdybym nie wiedział, że zwykła - no dobrze, niezwykła - głupota.

Ale poza głupotą chyba także symetryczne nastawienie na utwardzanie swojego twardego elektoratu. Nie wiem, czy to mądre, na pewno nudne do urzygu. Tydzień się zapowiada znakiem tego kiepsko, ale "nie traćwa nadziei", obejrzyjmy tę debatę i zobaczymy, co będzie dalej.

-----

Od Redakcji: Przez najbliższe dni Rafał Ziemkiewicz, Robert Walenciak i Konrad Piasecki dzielić się będą codziennie na łamach Interii pisanymi na gorąco komentarzami dotyczącymi wyborów parlamentarnych w Polsce.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy