​Opozycja totalna, czyli instynkt śmierci

Próbuję sobie wyobrazić kandydata na mera Paryża, który dystansuje się od corocznej defilady wojskowej 14 lipca, szydzi z jej uczestników i chwali się, że w tym czasie odwiedzał jakiś lokalny jarmark, smakując sprzedawany tam dżem i znajdując w tym "odtrutkę na patetyczny nastrój wielkiej defilady". Albo jakiegoś lokalnego chairmana z hrabstwa Arlington, który odmawia przedstawicielom US Army prawa wstępu na rocznicowe uroczystości na sławnym cmentarzu wojskowym, leżącym w tymże hrabstwie. Albo liderów SPD, FDP, czy nawet Zielonych, bojkotujących manifestacyjnie obchody Dnia Jedności Niemiec, żeby nie pojawić się obok Angeli Merkel, i zapowiadających, że prawdziwe obchody to będą dopiero za dwa lata, kiedy oni wygrają wybory i kiedy obecnych ministrów, prezesów, redaktorów naczelnych, czy nawet komentatorów politycznych, powsadzają do więzień.

I wiecie, Państwo, co? Jakoś sobie tego wyobrazić nie mogę.

Reklama

Powiedzieć, że "opozycja totalna" zagoniła się w kozi róg, to nic nie powiedzieć. Najpierw rządzony przez PO warszawski ratusz delegalizuje bez żadnej sensownej przyczyny Marsz Pamięci 1 sierpnia, usiłując sprowokować rozróby podczas obchodów Powstania Warszawskiego, potem prezydent Gdańska Adamowicz rozpętuje aferę, że nie wpuści 1 września na Westerplatte tzw. asysty wojskowej, bo to wojsko "pisowskie" i on ma z nim złe doświadczenia (wiem, że Adamowicz nie jest tym razem kandydatem PO, ale to przecież krew z krwi i kość z kości), a w końcu rzuca się cała PO ze swą medialną klaką do atakowania i ośmieszania rocznicy największego obok Grunwaldu zwycięstwa polskiego oręża, jakim była Bitwa Warszawska, i do dyskredytowania, obrzydzania i wykpiwania defilady wojskowej, zorganizowanej z tej okazji. Wszystko to w ramach ogólnej strategii przekonywania Zachodu, że w Polsce narasta "faszyzm" i wskazywania mu jako tego "faszyzmu" przejawów polskiego patriotyzmu i tradycjonalizmu.

Właściwie, "opozycja totalna" doszła w ten sposób do ściany. Jedyne, co jeszcze ewentualnie może zrobić, by pójść w wybranym kierunku dalej, to przejechać się złośliwie i brutalnie po polskich "Grażynach", które przywiozły złote medale z mistrzostw w Berlinie, tudzież innych "pisowskich" medalistach - początki zostały zrobione falą głosów "przestrzegających" przed piłkarskimi mistrzostwami świata, że ewentualne sukcesy naszej drużyny "umocnią reżim". Nie wiem, czy tak opozycja zrobi, w sumie nie musi - dotychczasowej "totalności" do przerżnięcia kilku kolejnych wyborów i tak już zupełnie wystarczy.

Trzeba tłumaczyć? Krótko: obchody zarówno Powstania, jak Westerplatte i Bitwy Warszawskiej, angażują emocjonalnie rzesze ludzi na co dzień o polityce nie myślących, starających się puszczać mimo uszu codzienną naparzankę między PO a PiS. Próbując ich do tej naparzanki wciągnąć i jednocześnie wyszydzić ich patriotyczne uczucia, ośmieszyć je, wmówić, że są - cokolwiek to znaczy - "pisowskie", opozycja pogrąża się w ich oczach skuteczniej, niż mogłaby ją zdyskredytować jakakolwiek propaganda władzy. Pokazuje się jako grupa obsesyjnych i zacietrzewionych nienawistników, gotowa, dla zrobienia na złość PiS, zanegować wszystko, nawet sprawy dla Polaków najważniejsze i fundamentalne dla państwa polskiego.

Bardziej politycznie uświadomieni dostrzegą w działaniach PO-Nowoczesnej (nie wiem zresztą, czy o tej "przystawce", jaką stała się dla PO partia pani Lubnauer warto jeszcze wzmiankować) mocny zwrot na lewo, ku ludziom pokroju pana Żurawskiego, który kilka rocznic temu zamieścił w "Wyborczej" rozdzierający protest przeciwko "defilowaniu ludzi wyszkolonych do zabijania innych ludzi" i pojazdów oraz samolotów "skonstruowanych do niszczenia", spointowany twierdzeniem, że "patriotyzm jest jak rasizm" i nie ma dla niego żadnego moralnego uzasadnienia (mówiąc nawiasem, Żurawski to kolejny przedstawiciel lewackiej małpiarni, w jaką zmieniony został Wydział Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego - zapewne jest jakiś związek między tą przemianą, a faktem, że szacowny niegdyś krakowski uniwersytet spadł właśnie do piątej setki w światowym rankingu wyższych uczelni, i w czwartej pozostał nam już tylko jeden, warszawski).

Gdyby nadgryzać to narzędziami politycznej analizy, to wychodzi, że PO postawiła sobie dwa strategiczne cele. Pierwszy - to zdelegalizować ONR. Niewykonalny, bo zdelegalizować organizację może tylko sąd, z konkretnych powodów, których w wypadku ONR ani PO, ani nikt w ogóle nie potrafi wskazać - cała akcja więc tylko wzmacnia niszowy ruch narodowo-radykalny i popularyzuje go w społeczeństwie. Cel drugi zaś - to zdobyć serca elektoratu Partii Razem. Jeszcze bardziej bez sensu, bo jest to elektorat niszowy, gdzieś około dwóch-trzech procent, i na tyle sekciarski, że i tak zagłosuje na Razem, a nie na "większą partię".

Każdy polityk, jak świat długi i szeroki, stara się być jak najmniej kontrowersyjny. Stara się jak najmniej narażać, przekonywać wszem i wobec, że jest taki jak większość, że nie potępia gustów i przekonań wyborców - choćby w środku go od nich skręcało - no i w ogóle. Każdy polityk na miejscu Schetyny i jego podopiecznych próbowałby się wkręcić w obchody, i wymachiwać biało-czerwoną flagą, żeby pokazać ludziom: jestem taki jak wy, to samo czuję, tego samego chcę, i, jeśli dacie mi szansę, zrobię to lepiej!

Tymczasem opozycja obecna woli dumnie rzucać milionom Polaków w twarz, że są ciemnotą i motłochem, wyznającym wartości najgłębiej niesłuszne, i zapowiadać im: czekaj, hołoto, przyjdzie nam z pomocą Europa, i zrobimy z wami porządek! Dokładnie w duchu stalinowskiego filozofa Krońskiego, patrona dzisiejszego wydziału filozofii UJ, który "sowieckimi kolbami" chciał wybijać Polakom z głów zacofanie. Tyle tylko, że teraz kolby mają być europejskie i pomalowane na tęczowo.

To nie jest żadna strategia polityczna. Nawet Schetyna... Ba, nawet Szczerba, Grabiec i Kinga Gajewska nie są aż tak głupi, żeby świadomie przyjąć tak samobójczą strategię. Żaden człowiek nie może być aż tak głupi, bo codziennie rano wydłubywałby sobie oko szczoteczką do zębów, nie potrafiąc jej wetknąć we właściwe miejsce.

To jest instynkt. Instynkt tak przemożny, że żgnięci nim platformersi nawet nie próbują uruchomić mózgu, zastanowić się nad swoją sytuacją. Grają "Mazurek Dąbrowskiego"? To wypinamy się, robimy miny i pierdzimy na wargach - bez chwili namysłu. Defilada? Widowisko na Placu Piłsudskiego? Wyśmiewamy patos i patriotyczną grafomanię. Święto narodowe? Bojkotujemy! Marsz pod biało-czerwonymi sztandarami to odrażający "neonazizm". Patriotyzm dopuszczalny jest tylko, jeśli polega na zbieraniu psich kup, a nie na "celebrowaniu klęsk". A tym bardziej zwycięstw, bo przecież te zwycięstwa tylko umacniały narodową megalomanię!  

Za to jak ktokolwiek Polskę atakuje, choćby jej stawiał zarzuty najgłupsze i najbardziej niesprawiedliwe z możliwych - kiwamy z powaga głowami, cmokamy z zachwytem i obłudnie zbolałym tonem potwierdzamy, że "czas wreszcie uderzyć się w piersi i dokonać rozrachunku".

Politycy umownej tamtej strony są tylko emanacją umysłowości elity III RP, a tej postkolonialna pogarda dla kraju swojego pochodzenia, jego tradycji i wszelkiej swojskości - oikofobii, jak to nazwał prof. Scruton - ulewa się co chwila. "Nieoświecony plebs" profesora Sadurskiego, "kretyni, którym można sprzedać każde g..." Saromonowicza, "chamskie mordy", które nie wiedzą co to "liczba barionowa i mezon" założyciela KOD Krzysztofa Łozińskiego, i w tym wszystkim oni, "oświecona mniejszość" - to drugi założyciel KOD, Walter Chełstowski. Przecież tak to właśnie widzą "autorytety" PO i lewicy, jej działacze i pracownicy jej mediów. Nawet nie próbują tego ukryć.

Zresztą - nie potrafiliby. To w nich silniejsze nawet od żądzy władzy i zemsty. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje