Reklama

Reklama

Opozycja w strefie zgniotu

Parę rzeczy nam te wybory pokazały. Przede wszystkim pokazały nam cztery litery - bardzo brzydkie cztery litery, LGBT. Na ostatniej prostej kampanii wyborczej Koalicja Europejska stała się partią tęczowej rewolucji, przedstawianej przez media antypisu z heglowskim determinizmem, jako historyczna konieczność i warunek „prawdziwej” europejskości, której opozycja i jej salony głoszą się depozytariuszem.

Był to oczywiście kolejny z licznych cennych prezentów, jakie otrzymuje od swych zawziętych wrogów prezes Kaczyński. Samo wygranie z PiS, choćby na tak skromną skalę, jak zapowiadał to Schetyna, o jeden procent i jeden mandat, było dla opozycji wielkim wyzwaniem; im dalej w kampanię, tym bardziej okazywało się, że za wielkim. Dołożenie sobie w trakcie tego boju jako celu dodatkowego wygnania z Polski Matki Boskiej Częstochowskiej musiało skończyć się wyborczym pogromem. I nieważne, czy zatrzymanie Elżbiety Podleśnej za wlepki ze sprofanowaną Madonną (używane przez działaczy LGBT wielokrotnie wcześniej bez żadnej reakcji władz) było przemyślaną prowokacją Brudzińskiego albo Ziobry, czy przypadkowym aktem nadgorliwości jakiegoś ich podwładnego - ważne, że medialne zaplecze PO i ona sama dały się gładko wkręcić w obronę profanacji, jakby już Trzaskowski i Rabiej z warszawską "kartą LGBT" nie wepchnęli ich we wspomniane cztery litery wystarczająco głęboko.

Reklama

Jest oczywiście pytanie, czy "totalna opozycja" w ogóle wiedziała, co czyni, czy ktoś tam próbował myśleć? Moim zdaniem nie, i zresztą sytuacja taka utrzymuje się od dawna. Opozycja twardo trzyma się wskazania, jakiego w kultowym dla mojego pokolenia (ale młodsi też powinni go znać, jest często powtarzany) filmie "Wejście Smoka" udziela Bruce Lee swojemu uczniowi: "Don’t think! Feel!". Nie będę się z Brucem spierał o kung-fu, ale w polityce zaniechanie myślenia na rzecz "czucia", czyli wyrobionych latami odruchów, to recepta na katastrofę.

Zwłaszcza, że tym, co czuje antypis, jest przede wszystkim bezgraniczna wyższość. To nic nowego, oczywiście, ale erupcja pogardy do "wiochy", "ciemnoty" i "patologii", jaka nastąpiła w mediach, nie tylko społecznościowych (spójrzcie na okładkę "Polityki") po wyborczym "przesławnym laniu" (określenie Dzielnego Wojaka Szwejka) wystawia antypisowi świadectwo jednoznaczne i jest to świadectwo niedojrzałości. My jesteśmy Zachodem, oni Wschodem, my jesteśmy oświeceni, oni ciemni. Chamstwo wygrało z dworem, zabobon z rozumem, dzicz z moralnością - tyle z tego potrafią zrozumieć. Jedyne, co z tego wynika, to działania, które jeszcze bardziej wzmagają chęć umownego "ludu" do potraktowania umownych "elit" symbolicznymi widłami, względnie cepem. "W normalnej demokracji ludzie głosują na opozycję, gdy mają dosyć rządu - u nas zagłosowali na rząd, bo mają dosyć opozycji", podsumował jakiś anonimowy użytkownik twittera, i aż mnie skręca z zazdrości, że to ktoś inny tak zręcznie i celnie ujął, a nie ja.

We wspomnianej erupcji pogardy dla wyborców, którzy poparli PiS, a nie Jaśnie Oświeconych, szczególnie usilnie eksploatowany jest wątek wykształcenia. W myślenie upadłej elity III RP głęboko wgryzła się statystyka, wskazująca jako jedyną grupę społeczną, w której antypis wygrał zdecydowanie z PiSem Polaków z wyższym wykształceniem. Urojenie wyższościowe, będące podstawą antypisowskiej tożsamości tzw. salonu, każe to interpretować w sposób prosty, by nie rzec prostacki: wykształcenie oznacza mądrość, a więc po prostu głupota wygrała z mądrością. Powinno być odwrotnie, ale żyjemy w kraju ciemnym (bo katolickim! - podpowiadają słudzy czterech liter) więc najsłuszniejszą reakcją jest rozedrzeć szaty i wyrazić swój sprzeciw. Stanowczy! W słowach jak najmocniejszych i z użyciem jak najbardziej wymownych symboli!

W istocie, utożsamianie wykształcenia z mądrością to jak utożsamianie seksu z miłością. Fakt, że w plemiennym, postkolonialnym podziale więcej osób legitymujących się dyplomem wyższej uczelni opowiada się po stronie "Europejczyków" niż "Polaków" jest wynikiem kilku okoliczności - głównie tej, że w PRL wykształcenie szło w parze, nie zawsze, oczywiście, ale przeważnie, z zapisaniem się do kadry zarządzającej sowieckim "priwislanskim krajem", co potem uwarunkowało i pozycję społeczną, i wybór strony konfliktu konstytuującego III RP. Poza tym do "wykształconych" liczy się u nas dobre kilkaset tysięcy wyprodukowanych przez III RP posiadaczy "śmieciowych" dyplomów z politologii, zarządzania czy innych "wyższych szkół dmuchania balonów", którzy przejawiają wszystkie typowe cechy świeżego "awansu społecznego". Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie chcę deprecjonować hurtem wspomnianych dziedzin, ale ta masa fikcyjnie wykształconych, których wykształcenie nie przekłada się na nic, jest socjologicznym faktem - nawet Donald Tusk zauważył go kiedyś, radząc studentom, że lepiej by się uczyli na spawaczy albo dekarzy. Wywołało to zresztą takie oburzenie, że więcej tej rozsądnej skądinąd rady nie powtórzył.

Nawet pomijając to, istotą sprawy jest pewien szczególny sposób naszego, polskiego wykształcenia - tu już nie mówię o tym "śmieciowym", tylko takim naprawdę rzetelnym. Na świecie kształci się specjalistów - a u nas wciąż kształci się inteligentów.

Jaka to różnica? Zasadnicza. Specjalistę kształci się do rozwiązywania problemów. Uczy się go, jak rozpoznać rzeczywistość, zrozumieć ją, zanalizować wyzwania i znaleźć odpowiedź na nie.

Inteligent natomiast (pamiętajmy, że inteligencja to warstwa społeczna charakterystyczna tylko dla XIX-wiecznej Polski i Rosji, na Zachodzie nieznana - tam powstawała w tym samym czasie "klasa średnia") kształcony jest w tym, jak powinno być. Decyzje i tak zawsze należały do cara albo zaborcy - inteligent nie musiał więc w żaden sposób wykazywać się skutecznością. Interesowała go tylko słuszność. Inteligent nie analizuje rzeczywistości. Inteligent poucza ją, jaką być powinna, i każe się jej wstydzić, jeśli do jego wskazań nie dorasta.

Nasza postinteligencja, gremialnie nienawidząca dziś PiS, nie tylko nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego popularność PiS jest wciąż większa i większa - ale nawet nie chce tego rozumieć. W zupełności wystarczy jej konstatacja, że jest to niesłuszne, że to robota chamów, niewykształconych, ciemnych i wrednych. Jedyny wniosek, jaki jest w stanie wyciągnąć, to że wciąż jeszcze nie dość mocno swe potępienie dla PiS wyartykułowała, nie dość dobitnie ostrzegła przed PiS, nie dość dosadnie i radykalnie formułowała swoje potępienie dla PiS. Jedyny praktyczny wniosek natomiast, to żeby nawlec taką wielką, wielką szmatę z napisem "konstytucja" na coś jeszcze większego, niż Kolumna Zygmunta. Na Pałac Kultury, Chrystusa z Lichenia, albo może, jeśli by się dało, na Giewont.

Właśnie ta dojmująca intelektualna pustka postinteligencji sprawiła, że stała się ona otwartym polem dla kolonizacji dla rewolucjonistów spod znaku czterech liter. Jeśli nie ma się nic poza poczuciem wyższości i przekonaniem, że dobrze było tak jak było, a popsuło się tylko dlatego, że tę naszą wyższość zakwestionowano, jeśli jako substytutu programu, wizji i idei używa się słowa "Europa" - to bezradność wobec inwazji świrów malujących tęczowe aureole i paradujących, jak w Gdańsku z, za przeproszeniem, "królową cipą", jest tego najoczywistszym skutkiem, ponieważ oni przedstawiają się właśnie jako "Europa". Odwołując się do wspomnianego już na początku tekstu, heglowskiego determinizmu: to jest postęp, a postęp jest słuszny. A temu, co słuszne, postinteligent po prostu nie jest w stanie powiedzieć "nie", choćby nawet prywatnie uznawał, że jego głosiciele tu czy tam przeginają i dopuszczają się "wypaczeń". No, a już szczególnie, jeśli się chce czuć "Zachodem". (Zresztą mapka z okładki "Polityki" też jest fałszem, podobnie jak urojenia wyrosłe ze statystyk wykształcenia. Jeśli spojrzeć na mapę nie uproszczoną do województw, tylko na rozkład głosów w gminach czy powiatach, nie ma wcale Polski podzielonej na pół, tylko Polska w 80 procentach błękitna, pisowska, oraz kilka pomarańczowych plam - na KE głosowały wielkie miasta, ale jeszcze wyżej niż tam wygrała ona w PGR-ach, w Zachodniopomorskiem i Gorzowskiem, co całą wyższościową narrację skutecznie zapętla i ośmiesza).

Cieszy się z tego zarówno PiS - bo wie doskonale, że na krótką metę na tym utęczowieniu antypisu wygrywa, czego zresztą wynik wyborów najlepszym dowodem - jak i rewolucjoniści, bo ci z kolei są pewni, że powtórzą, z grubsza, historię bolszewików i mienszewików. To znaczy, przejąwszy na tym etapie masę upadłościową po michnikowszczyznie i dorwawszy się do owej "wajchy", która kiedyś pozwalała jej tak skutecznie panować nad "dystrybucją szacunku", rozgromią ostatecznie "patriarchat", "faszyzm" i stanowiący ich źródło katolicki zabobon religijny w kolejnym rozdaniu, za lat osiem czy dziesięć.

Tak czy owak, "opozycja totalna" znalazła się w strefie zgniotu. Przeciwstawić się inwazji tęczowych bolszewików nie jest w stanie, a ulegając jej, staje się coraz bardziej niewybieralna dla normalsów. Dobrym przekładem jest los pani Dulkiewicz, która rozprowadzana była na nowego lidera, miała rozbłysnąć jako gwiazda "wielkich obchodów" rocznicy niewiadomoczego za cztery dni  - a potknęła się o "paradę równości" i wywróciła zanim jeszcze wystartowała, zamiast oczekiwanym drugim Tuskiem, okazując się drugą Kopacz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje