Reklama

Reklama

PiS w krainie niemożności

Motto na dziś dla Prawa i Sprawiedliwości: "Żarty się skończyły, zaczęły się schody" - gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego?

Wytłumaczę. Kiedy się jest w opozycji, rządzenie państwem jawi się prosto i łatwo. Grunt to wygrać wybory. A potem po prostu się nakaże, dajmy na to, żeby rodziny wielodzietne dostawały za każde dziecko powyżej drugiego dodatkowe pieniądze - i państwo im te pieniądze wypłaci. Wielkie koncerny i banki, które uchylają się od płacenia podatków i wyprowadzają zyski za granicę, obłoży się podatkiem i zakaże im wyprowadzania zysków za granicę. Wyłudzeniom VAT-u położy się kres, zabraniając wyłudzania VAT i karząc tych, którzy to robią. Usunie się ze stanowisk złych ludzi, a mianuje dobrych. I tak dalej. W czym problem?

Reklama

W szczegółach. Zapewne, gdyby przeciętnemu politykowi zaproponować, żeby usiadł w kokpicie odrzutowca i zawiózł nas do Sydney, pewnie by go taka perspektywa przestraszyła. Powiedziałby: ale ja nie rozumiem tego pulpitu, który manometr co pokazuje, który przełącznik dać w górę, a który w dół... Z jakiegoś powodu natomiast perspektywa zarządzania wielokrotnie bardziej skomplikowaną maszynerią państwa nikogo nie przeraża. Wynika to z powszechnego wśród polityków wyobrażenia, że przecież my, partia, jak wygramy, będziemy jako posłowie i ministrowie tylko podejmować "decyzje polityczne", wyznaczać ogólne kierunki, konstruować strategie, a do szczegółów zatrudni się fachowców.

To naiwne wyobrażenie o zarządzaniu zespołami ludzkimi sprawia, że od ćwierć wieku każda idąca do władzy partia wpada w tę samą pułapkę, opowiadając przed wyborami, że ma "pełne szuflady gotowych ustaw". W istocie ma tylko zbiór mniej lub bardziej pobożnych życzeń i głębokie przekonanie, że - jak to śpiewał w jednej z ballad Wołodia Wysocki - "gławna dieła, szto by wola była k’pabiedie".

Po dojściu do władzy potrzeba zazwyczaj kilku miesięcy, by okazało się, że sama "wola polityczna" nie wystarcza. Że państwowa maszyneria i powiązana z nią sfera publiczna, o gospodarce nie mówiąc, to system piekielnie skomplikowany, o niezwykle dziwnych przełożeniach i poruszając jedną wajchą zawsze porusza się innymi. Zaś niższy szczebel obsługujących te wajchy urzędników ma swoje procedury i po prostu odmawia takiego czy innego posunięcia, powołując się na ustawy, procedury i przepisy. Oczywiście ustawy, przepisy można zmieniać, ale to też, o, panie prezesie, to ładne, co wymyśliliście, ale to się tak nie da, bo się zrobi sprzeczność albo luka w prawie, bo Trybunał uwali, bo już raz próbowali i wyszło, że jak się tu pociągnie, to tam się urwie, i tak dalej...

PiS właśnie wszedł w tę fazę, czego spektakularnym przykładem jest wtopa projektu podatku handlowego. Bardzo fajna idea, ściągnąć podatki z wielkich koncernów, by wspomóc drobnych kupców, okazała się w praktyce zupełnie niegroźna dla tych pierwszych, za to mordercza dla drugich.

Nie wiem, jak się ministerstwo teraz zachowa, czy będzie próbowało łatać projekt, czy wyrzuci go i poszuka innego pomysłu na zdefiniowanie przedmiotu opodatkowania - piekielnie trudna sprawa. Orban poległ na tym już dwa razy, choć podobno niektórym krajom w Unii się udało. Ale jeśli nawet nowy minister sobie poradzi, to tylko początek i przysłowiowy wierzchołek góry lodowej.

Kolejną ściana, o którą za chwilę rozbije się rządowy rozpęd, jest program 500+. Przegłosować, podpisać - pół biedy, zwłaszcza gdy głupota opozycji nie pozwala jej zdobyć się na nic więcej niż ujadanie o "dyskryminowaniu" jedynaków (bardzo śmieszne, jeśli przypomnieć sobie jak jeszcze niedawno puszyła się ta opozycja swą "karta rodziny wielodzietnej"). Ale jak to wypłacać? Jak postawić cały system, kiedy administracja samorządowa to, generalnie, banda niekompetentnych czynowników na synekurach, w dodatku pod zarządem wciąż dominujących w samorządach PO i PSL?

Nawet rzecz z pozoru najprostsza - podział łupów w spółkach Skarbu Państwa - stała się źródłem nieustających skandali, gdy kolejnych (ilu to już?) nominatów odwołuje się po paru dniach, bo okazuje się, że nominując władza nie wiedziała, w co nowy prezes czy dyrektor był poumaczany.

Co się dzieje, pytają się zdumieni tym chaosem zwolennicy "dobrej zmiany"? Ano, nic specjalnego, normalka - po prostu teraz PiS zderzył się, jak poprzednicy, z rzeczywistością postkolonialnej "kartoflanej republiki", z jej inflacją prawną, przeraźliwą biurokracją i chorym państwem zbudowanym do nadzorowania i "dojenia" mas przez rządzące elity, a nie do pomagania obywatelom.

Donald Tusk właśnie po tym zderzeniu podjął decyzję, która być może zadecydowała długofalowo o losach Polski: żeby najlepiej nie robić nic. Jeśli kiedykolwiek wierzył w głoszone idee i obietnice, to właśnie przy pierwszych problemach przyjął swą sławną doktrynę nicnierobienia, dzięki której przetrwał osiem lat. Nic nie  tykać, bo próbując czegokolwiek, się zawsze kimś zadrze - niczego nie reformować ani nie zmieniać, pozorować modernizację, póki są kredyty i jest co przejadać, wmawiać frajerom, że idzie ku dobremu i straszyć, że jak się od Tuska odwrócą, to przyjdzie straszny Kaczor i zabierze im te promocje, kredyty i aquaparki.

Reagować tylko w ostateczności, gdy będzie się miało na gardle bankructwo albo wyrok Trybunału, a wtedy po prostu omijać niesterowne państwo jakimiś "bypassami" i "specustawami", na dłuższą metę jeszcze bardziej demolującymi zdemolowany system rządzenia. Byle przetrwać, ile będzie potrzebne, żeby w chwale wypierniczyć na jakąś unijną synekurę, a potem niech kto inny się martwi.

Te osiem lat platformianych "czasów zastoju", przeżarcia szans i zaniechania koniunktury to straszne nieszczęście, z którego rozmiarów Polska zda sobie sprawę dopiero w przyszłości. Na razie widzimy ich bieżący efekt - w porównaniu z tym, co zastał PiS dochodząc do władzy w 2005, państwo jest w stanie dużo gorszym, a naprawa jeszcze trudniejsza niż to sobie zapewne były premier Kaczyński wyobrażał.

Pytanie, jak Kaczyński - bo innych znaczących polityków w obozie władzy raczej nie widać - na tę sytuacje zareaguje? Na pewno nie tak jak Tusk, i to trzeba docenić, że mamy do czynienia z innym typem człowieka niż drobny cwaniaczek z byłego KLD.

Ale fakt, że Kaczyński nie ma wad Tuska, nie znaczy, że nie ma ich w ogóle. Obawiam się, że kłopoty z wdrożeniem słusznych pomysłów umocnią go w przekonaniu, że na nikogo nie może liczyć i musi się tym zająć sam. A ponieważ jest człowiekiem pracowitym, zajmie się. Będzie przebierał w ludziach, straszył ich wyrzuceniem i niekiedy wyrzucał, ale potem pozwalał wrócić, bo nie ma ich zbyt wielu...

Co tu się rozpisywać, poczytajcie sobie Państwo o nieszczęsnych rządach Piłsudskiego, w legendzie którego żyje Kaczyński i jego formacja.

Tak się nie da. Tak się nie dało już za czasów Sanacji. Państwo wymaga nowoczesnego systemu, menedżerów - tego, co zawiera się w słowach "struktury i procedury". Kilka miesięcy temu na zadany temat, co powinien robić nowy rząd, pisałem: zacząć od reformy centrum, od gruntownej reformy administracji i uproszczenia prawa, bo bez tego ani rusz, nic się nie naprawi niesprawnymi narzędziami. No, ale PiS nie miał czasu nawet o tym pomyśleć, bo przecież trwało, trwa i będzie trwać wielkie leninowskie "kto kogo", i wszystko inne istnieje tylko w tym kontekście.

Oczyma wyobraźni widzę, jak Komendant Kaczyński czyta ten tekst, prycha z irytacją - bajki, jakie procedury, jakie struktury, jaki menadżment, państwo-korporacja, co tam ten Ziemkiewicz wie, "pan jest jeszcze młody" - zresztą nie ma czasu poświęcać mi więcej uwagi, bo w przedpokojach kłębią mu się tysiące ludzi, lobbujących za tym, żeby ich kumpel dostał posadę, a kumpel ich wroga nie dostał.

A tych posad są tysiące, w centrali i na zadupiu, i na każdą wielu chętnych, którzy nawzajem na siebie donoszą, wzajem się oczerniają i domagają u prezesa interwencji, że tamten to złodziej i układ, z potem przychodzi ten złodziej i układ donieść, że właśnie ten, który na niego donosi to złodziej i układ, usiłujący zaszkodzić prawdziwym, oddanym sprawie ideowcom - i tych spraw jest mnóstwo, i wszystko musi prezes sam, bo przekonał się, że nikomu nie może zaufać, a komu może, że nie zdradzi, ten jest niestety palant i wszystko czego się tknie schrzani, bo z jakiejś przyczyny tylko tacy przetrwali podstawowy test partyjnej lojalności.

Więc prezes wgłębia się we wszystkie możliwe duperele, wszystkich oczywiście nie ogarnie, ale stara się - coraz bardziej nie rozumie, dlaczego nie wychodzi, i coraz bardziej irytuje go, że ludzie nic nie rozumieją i o wszystko mają do niego pretensje...

To oczywiście prosta droga do katastrofy - najlepszy komputer świata zadławiłby się danymi pracując w taki sposób. Ale niestety, nie widzę w PiS  potencjału do zbudowania państwa nowoczesnego, nie widzę za grosz zrozumienia problemu. Widzę tylko przekonanie, że rządzili źli ludzie i stąd wszystkie nasze problemy, jeśli zastąpimy tych złych dobrymi, to państwo zacznie funkcjonować jak należy.

Dobrze by było, żeby opozycja na prawo od PiS - bo ta na lewo od PiS już nie stworzy nic więcej niż bezmyślny hejt i zapadająca się w sobie sekta namiętnej nienawiści do "kurdupla" - zajęła się już teraz analizowaniem wpadek i niemożności obecnego rządu.

Trzeba czytać polskie dzieje, ale bardziej jeszcze trzeba dziś czytać podręczniki zarządzania i przygotować się do władzy, żeby, na litość boską, kiedyś te "pełne szuflady" wreszcie okazały się prawdą. Czy konie... To jest, przepraszam, czy kukizowcy mnie słyszą?!

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje