Reklama

Reklama

Po co nam to państwo?

Od sprawy minęło już trochę czasu, a ja wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia. Chodzi o ten nieszczęsny komiks, który miał "popularyzować" wielkiego polskiego kompozytora o francuskim nazwisku wśród niemieckiej młodzieży, na co Ministerstwo Spraw Zagranicznych wyłożyło z naszych kieszeni 120 tysięcy złotych. A potem, kiedy ktoś ten komiks streścił i zacytował, że komiksowy Chopin rzuca mięsem, się z niego wycofało i oddało, podobno, na przemiał. Co mogło zrobić z zupełnym spokojem ducha, bo przecież dzieło spełniło swój podstawowy cel - kto miał na nim zarobić, zarobił.

W obronie komiksu wystąpili zgodnie autorzy związani z "Gazetą Wyborczą", "Polityką" i ich przyległościami w mediach elektronicznych. Że kołtuneria nie zrozumiała artysty, że śmiała jego wizja została sprowadzona do raptem trzech bluzgów, że taka jest właśnie nowoczesność, i w ogóle, trzeba być skończonym pisowcem, żeby tego nie rozumieć.

Reklama

Jeśli się chce przybliżyć Chopina niemieckiej młodzieży, to trzeba go uwspółcześnić, narysować jako punka czy innego hipstera, włożyć mu w zęby skuna i w ogóle, bo niemiecka młodzież muzyki poważnej nie słucha i nie kuma.

I ten ostatni argument jest szczególnie porażający. Zastanawiam się, czy ludzie, którzy to wypisują, są naprawdę tak głupi, czy po prostu tak silnie odczuwają nakaz środowiskowej solidarności z jakimś wyleniałym punkiem, który załapał ministerstwa taką fajną chałturę?

Czemu nikt nie zadaje najprostszego, najbardziej oczywistego pytania: a po co popularyzować Chopina wśród debili, którzy nie mają pojęcia o muzyce? I po co w takim razie robić z Chopina Michała Wiśniewskiego, bo Chopin dla debili za trudny? Co za korzyść ma dla Polski płynąc z tego, że jakiś niemiecki idiota (mniejsza zresztą o narodowość - jakikolwiek idiota) usłyszy i może nawet zapamięta nazwisko Chopin, ale kojarzyć je będzie z bohaterem głupkowatego komiksu?

Są zapewne ludzie, którym nazwiska Donatello czy da Vinci kojarzą się wyłącznie z "Nastoletnimi Żółwiami Nina". Nie są przez to mądrzejsi. Jeśli młody Niemiec nie ma pojęcia o muzyce, to nie przyczyni się ani do jego awansu, ani do poprawy znajomości w świecie polskiej kultury, że pozna komiks o ziomalu-dresiarzu nazwiskiem Chopin.

Równie sensownie byłoby wydać książeczkę dla neonazistów popularyzującą Mahatmę Ghandiego jako łysola glanującego Żydów, Arabów i Czarnuchów, bo przecież neonaziści nie mieliby szacunku dla "biernego oporu", a lutowanie asfaltom jest ich naturalnym językiem pojęciowym, do którego, żeby spopularyzować postać Mahatmy, trzeba się odwołać.

Znajdą się pewnie tacy, którzy będą się upierać, że "Nastoletnie Żółwie Nina" podniosły poziom wiedzy swych słuchaczy, bo co któryś z nich może się przez to zainteresował noszącymi te same co ich bohaterowie nazwiska malarzami. Przypuszczam, że wątpię, ale guzik mnie to obchodzi, bo to nie było zrobione za moje pieniądze. Natomiast kretyński komiks - jak najbardziej.

Sto dwadzieścia tysięcy to w skali budżetu państwa nic, w skali budżetu ministerstwa niewiele, w skali budżetu na promocję Polski w świecie suma zauważalna. Ale to niemal tyle samo, ile na cały rok działania dostała dotacji "Krytyka Polityczna", będąca najwyżej w Polsce przez ministerstwo dotowanym pismem kulturalnym.

Doprawdy, można takie pieniądze wydać lepiej, albo oddać podatnikom. I kiedy środowiska natrętnie wyliczające każdą złotówkę Instytutowi Pamięci Narodowej, środowiska przy innych okazjach głoszące się liberalnymi i ujmujące się za naszymi pieniędzmi, zupełnie na ten aspekt nie zwracają uwagi, broniąc prawa zaprzyjaźnionego z nimi artysty do popapranych wizji, to cuchnie na milę kolesiostwem i obłudą. Nikt mu nie odmawia prawa do artystycznych wizji, niech sobie rysuje Chopina choćby jako kosmitę albo drag queen, byle za swoje, względnie komercyjnego wydawcy.

Tymczasem przez Polskę prowincjonalną przechodzi fala zamykania szkół. To nie ma bezpośredniego związku z promocyjnymi działaniami MSZ, ale coś pokazuje. Państwo polskie wycofuje się z prowincji. Zamyka we wsi szkołę, bo się nie opłaca. Zamyka we wsi pocztę, bo też się nie opłaca - za daleko. Likwiduje pociąg, bo i on się nie opłaca, za mało nim jeździ pasażerów. PKS zlikwidowało już dawno.

Niech tam sobie wieśniaki siedzą, jeśli który bardzo będzie musiał do cywilizacji, no to w końcu jakoś dojedzie, a jak nie dojedzie, też nikogo to nie zmartwi. Obserwujemy proces analogiczny - nie żartuję, proszę poszukać choćby w reportażach, kto nie wierzy - do rozpadu postkolonialnych państw w Afryce.

Anglicy czy Portugalczycy wyjechali, jakieś paręnaście lat jeszcze pozostawione przez nich instytucje i infrastruktura działały siłą rozpędu, ale rozpęd się z czasem wyczerpał. Szyny kolejowe rdzewieją, semafory się psują, drogi coraz bardziej wyboiste, nie ma tego kto naprawiać...

Państwo polskie się wycofuje. A może właśnie - rozpada. Najwyżej jeszcze wyda jakiś komiks. Rafał A. Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje