Praworządność "na oko"

Kłopoty pani Aleksandry Dulkiewicz z nazwą jej komitetu wyborczego przeciętnemu Polakowi wydadzą się zawracaniem głowy, ale rzecz jest charakterystyczna. Przypomnę – zgodnie z Kodeksem Wyborczym nazwa i skrót komitetu wyborczego nie mogą być tożsame z nazwą organizacji wpisanych do oficjalnych rejestrów. Pani Dulkiewicz nazwała zaś swój komitet Wszystko Dla Gdańska, choć takie właśnie stowarzyszenie istnieje i formalnie nie ma z Komitetem nic wspólnego.

Kiedy jej kontrkandydat, Grzegorz Braun, zaskarżył z tego powodu jej rejestrację, nazwę komitetu zmieniono. Problem w tym, że podpisy będące podstawą rejestracji zostały zebrane na tę starą nazwę. Gdyby trzymać się litery prawa, należało rejestrację komitetu wyborczego obecnej komisarz Gdańska unieważnić. Wtedy jednak pojawiała się obawa, że pani Dulkiewicz nie zdąży już po raz kolejny zebrać podpisów zanim minie termin, i w ogóle nie będzie mogła brać udziału w wyborach.

Reklama

Napisałem - "gdyby trzymać się litery prawa". Ale PKW zachowała się jak w filmie "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" - tak, jury uznaje podpisy zebrane na inny komitet "awansem". Argumentowano przy tym zdroworozsądkowo, że tak czy owak, były to podpisy popierające panią Dulkiewicz, a nie tak czy inaczej nazwany komitet, który formalnie ją zgłosił.

Niby tak. Przeciętny Polak na pewno się z tego powodu nie będzie oburzał, ot, jakieś tam szczegóły, co to ma za znaczenie, kiedy była zastępczyni tragicznie zmarłego Pawła Adamowicza i tak na pewno wygra i zajmie jego miejsce.  "Litera prawa" - kogo to w Polsce obchodzi?

Otóż właśnie - niekiedy bardzo obchodzi. Wtedy, gdy chodzi nie o naszych, tylko o onych. Stosując interpretację zdroworozsądkową, by nie komplikować procedur, strona - nazwijmy to - "prawnicza" zachowała się dokładnie tak samo, jak w innych okazjach zachowuje się pisowska władza. Tylko że wtedy, gdy tak się zachowywała ona, to kręgi prawnicze zachłystywały się krzykiem o "łamaniu konstytucji" i ze sklerotyczną wręcz, maniacką skrupulatnością domagały się przestrzegania najbardziej nawet duperelnych procedur, bo jak nie, to krzyk na cały świat i nie wiadomo jakie gromkie anatemy.

Przykłady? Z najgrubszych - uznanie przez większość sejmową, że wybierając pięciu sędziów Trybunału Konstytucyjnego, choć miał prawo wybrać tylko trzech, poprzedni Sejm, ten peopeeselowski, wybrał ich jedną uchwałą, a uchwała, uznali prawnicy PiS, uchwała nie może być "częściowo ważna", tak jak jajko "częściowo świeże" - a więc nieważny był wybór całej piątki; a więc, ha, ha, uradowali się pisowcy, peopeesel sam się "zakuglował" i teraz nowy Sejm może wybrać nie tylko tych z prawa mu należnych dwóch, ale pięciu.

Na to prawniczy establishment narobił rabanu, że jednak uchwała była "częściowo ważna", w części dotyczącej trzech, nazwał nowo wybranych i zaprzysiężonych już sędziów "dublerami", i tak, z takiej właśnie kazuistyki, zaczęła się propagandowa histeria o rzekomym "łamaniu konstytucji", rozkręcona z takim sukcesem i taką szkodą dla Polski dzięki zachodnim sojusznikom polskiego establishmentu. Którzy zresztą doskonale wiedzą, że przysłowiowego króliczka złapać się nie da - ale można go, ku pomocy polskim kolesiom, długo, długo gonić, podrzucając antypisowskim mediom kolejne "zabezpieczenia" i "orzeczenia" przed kolejnymi wyborami.

W tym samym mniej więcej czasie mecenas Giertych zdradził publicznie plan, jak zamierzała "opozycja totalna" unieważnić wygrane przez PiS wybory i powtórzyć je, występując tym razem z jedną listą, tak, aby "znowu było tak jak było". Prawnym pretekstem miał tu być fakt, że PiS wystąpił w wyborach jako Zjednoczona Prawica, koalicja PiS z Solidarną Polską i partią Polska Razem - wszelako nie w formule koalicji, tylko listy partyjnej PiS z gośćmi z innych ugrupowań. Miało to znaczenie dla samego PiS, dzięki temu partyjna dotacja idzie dziś w całości do dyspozycji Jarosława Kaczyńskiego, a nie jest dzielona pomiędzy niego a Ziobrę i Gowina. Natomiast na obecność partii w Sejmie nie wpłynęło w sposób najmniejszy - próg dla koalicji to jak wiemy 8 proc., dla partii 5 proc., a lista Zjednoczonej Prawicy uzyskała prawie 38 proc.

Mimo to wykombinowano, że występując jako lista partyjna, choć w istocie był lista koalicyjną, PiS oszukał, i na tej podstawie wybory należy powtórzyć. Mówiło się wtedy, że Sąd Najwyższy był już "rozgrzany", dogadany, operacja postanowiona i tylko dopinano ostatnie szczegóły wyrażenia poparcia dla niej przez Unię Europejską. Wiedząc, jak później zachowywała się prezes Gersdorf i inni sędziowie SN, skłonny dziś jestem w to wierzyć. Akcji nie podjęto tylko dlatego, że PiS swoją "rekonwalidacją" dał, jak uznano, jeszcze lepszy pretekst do rozróby, która, jak wierzyła PO, wyprowadzi miliony Plaków na ulicę i wymusi przyśpieszone wybory po najdalej pół roku.

Jeśli sprawę pani Dulkiewicz potraktować jednostkowo, to owszem, można się zgodzić, że sędziowie PKW postąpili słusznie. Ale jeśli z jednej strony mamy takie decyzje, wbrew literze prawa, za to na tak zwany "zdrowy chłopski rozum" - a jednocześnie, gdy interesy środowiska prawniczego są inne, dokładnie odwrotnie, dosłowne i szczególanckie egzekwowanie paragrafów, a gdy, tak jak z kadencjami sędziów i innymi zapisami konstytucji, te paragrafy są wzajemnie sprzeczne, uznaniowe wybieranie sobie tego, który "podchodzi" - to jak można nie zauważać, że to zwyczajnie cuchnie?

A kiedy jeszcze prominentna sędzia, pani Kamińska, powiada otwarcie, publicznie, że dla zemsty nad PiS sędziowie będą sobie "wyinterpretowywać" z prawa co im potrzebne? No - to co? (odpowiedzi proszę nie przysyłać, poczta i tak jest przepracowana - to było tzw. pytanie retoryczne).

Każdy, kto zetknął się bliżej z tymi sprawami, wie, jakim koszmarem jest rejestrowanie partii politycznej - między innymi dlatego, że jakby człowiek nie kombinował, zawsze się okaże, że coś o podobnej nazwie już w rejestrach istnieje. Niekiedy jest to byt realny, niekiedy stowarzyszenie czy inna organizacja blokująca nam nazwę już dawno zdechły, ale nikomu się nie chciało aktualizować papierów - zawsze jest z tym dużo problemu.

Chyba, że ktoś się nazywa Biedroń i jest pieszczochem tzw. środowiska. Wtedy sobie zakłada partię "Wiosna", i, mimo że stowarzyszenie o dokładnie takiej właśnie nazwie istnieje, działa i nawet jest o nim głośno, choć zapewne nie z tych powodów, o które twórcom "szlachetnej paczki" chodziło - z punktu rejestrację dostaje.

Tak przynajmniej twierdzi - bo nikt tej rejestracji nie widział, na stronach internetowych jej nie ma. Ale musi tak być, bo inaczej sfinansowanie przez partię kosztownej konwencji na warszawskim Torwarze byłoby przestępstwem. Chociaż... Pamiętam, był już taki jeden, co miał osiem albo i dziewięć wyroków, poszedł po koncesje na handel złotem i przyjmowane wkładów od ludności, i dostał je od ręki, bo mu urząd zaufał. Przypadkiem działo się to w mieście, gdzie prokuratorzy, skarbówka, policja i wszyscy w ogóle cierpią na jeden wielki zborowy zanik pamięci - ale nie wolno o tym mówić, bo to "szczucie" i "mowa nienawiści".

Nad konwencją pana Biedronia nie chce mi się pastwić - już mnie to właściwie nudzi, że ilekroć lewica szuka swych korzeni albo ma się pojawić "nowa jakość", to zawsze okazuje się, że to aborcja i antyklerykalizm. Tyle gadać, co pan Biedroń, i nie powiedzieć ani słowa o żadnej rzeczy, która dla Polaków jest ważna - nic o służbie zdrowia, stopie życiowej, bezpieczeństwie etc. - a tylko po raz enty o legalizowaniu "małżeństw" homoseksualitom i innych takich, to jest pewien fenomen.

Ale chodzi mi o co innego. Taki pan Biedroń - przecież nie pierwszy - zapowiada owe homomałżeństwa, i ma gdzieś, że są one sprzeczne z Konstytucją, zapowiada aborcję, która też jest sprzeczna z Konstytucją, i są na to orzeczenia TK jeszcze z czasów, gdy nie było w nim bodaj ani jednej osoby nominowanej przez PiS - a jednocześnie i on, i uczestnicy jego konwencji powtarzają wciąż zaklęcia o Konstytucji, wymachują tą Konstytucją, i zupełnie nie widzą sprzeczności.

To jest coś więcej, niż obłuda. To jest swoista, prawnicza odmiana "tupolewizmu". Przecież po precedensach pani Dulkiewicz i pana Biedronia nic, teoretycznie, nie stoi na przeszkodzie, żeby założyć partię i nazwać ją Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, albo Polska Akcja Humanitarna, oczywiście bez pytania o zgodę istniejących już stowarzyszeń o takich nazwach. I jedyne, co może skłonić sąd do zablokowania takiej akcji, to jeśli z wnioskiem wystąpi "pisowiec".

Tak naprawdę nikt w Polsce nie traktuje prawa poważnie - jest ono tylko jakąś upierdliwością, przeszkodą w prostym załatwianiu spraw, historia z uznaniem pani Dulkiewicz "awansem" podpisów zebranych na jeden komitet jako podpisów na inny jest tu jednym z niezliczonych przykładów. Orzeknie się, żeby było dobrze - nam, oczywiście, a nie tamtym. Po prostu - "na oko". I to na dodatek zawsze na lewe.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje