Reklama

Reklama

Pułapka 1944

W roku 1944, po konferencji i układzie w Teheranie, sprawa Polska była już przegrana definitywnie, a utrata suwerenności na rzecz ZSSR – przesądzona. Polska została uznana za część ceny, jaką Zachód godzi się zapłacić Stalinowi za pomoc w pokonaniu Niemiec. Oficjalnie ustaleń konferencji polskiemu rządowi nie przekazano aż do listopada, ale istnieją relacje dowodzące, że kanałami prywatnymi i wywiadowczymi rząd londyński szybko zyskał wiedzę o sytuacji.

W związku z ubitym w Teheranie dilem zmienił się znacząco stosunek do sojuszniczej Polski zachodnich polityków i prasy. Nie było już mowy o wyrazach podziwu, zachwytach nad bohaterstwem ani duserach o "wzorcu dla wolnego świata", jakimi karmiono Polaków do czasu agresji Hitlera na Sowiety. Nieustannie pojawiały się za to oskarżenia, że Polacy uchylają się od walki z Niemcami, że są cichymi sojusznikami Hitlera i piątą kolumną w antyniemieckiej koalicji.

Reklama

Skokowo nasiliły się one po rozkopaniu grobów w Katyniu. Ku wściekłości Stalina i zachodnich aliantów rząd polski nie przyłączył się do oskarżenia o tę zbrodnię Niemców i nie uniósł się z oburzenia nad bezmiarem podłości i obłudy hitlerowskiej propagandy. Co prawda, nie odważył się też nigdy oskarżyć o nią faktycznych sprawców, choć dowody, którymi dysponował jeszcze przed ujawnieniem zbrodni przez niemiecką propagandę, były jednoznaczne i oczywiste. Ale samo milczenie, a zwłaszcza zwrócenie się o zbadanie zbrodni do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie, były dla ZSSR wystarczającym powodem do oburzenia i zerwania stosunków dyplomatycznych z legalnym rządem polskim (od tej pory Sowieci występują w polityce polskiego Londynu pod pobrzmiewającym absurdem mianem "sojusznicy naszych sojuszników"), dla Churchilla i Roosevelta zaś - do ostatecznego odrzucenia wobec Polaków skrupułów.

Było to tym łatwiejsze, że krótko po wybuchu kryzysu związanego ze zbrodnią w Katyniu, w samym szczycie emocji przed Teheranem, gdy Stalin wciąż odwlekał spotkanie i groził sojusznikom zawarciem separatystycznego pokoju z Hitlerem, zginął w katastrofie lotniczej - do dziś wierzy się, że przypadkowej - generał Sikorski. Ta śmierć była nad wyraz na rękę aliantom. Dzięki niej zniknął ze sceny dziejowej polski premier i Wódz Naczelny, któremu osobiście Churchill i Roosevelt składali rozmaite obietnice, i który był dla zachodniej opinii publicznej postacią rozpoznawalną, a nawet cieszył się pewnym prestiżem. Jego śmierć utorowała drogę do wspomnianego na wstępie porozumienia mocarstw - dopiero po niej Stalin zgodził się wreszcie spotkać z przywódcami Wielkiej Brytanii i USA oraz przyjąć wszelką oferowaną mu przez nich pomoc, w zamian obiecując, że nie pozostawi ich w walce z Niemcami osamotnionych.

Wszystkie związane ze śmiercią Sikorskiego archiwalia brytyjskie, a także bezprawnie przejęte przez Brytyjczyków dotyczące jej dokumenty wytworzone przez rząd i wywiad polski, zostały decyzją brytyjskiego rządu utajnione na 50 lat, o po upływie tego terminu - na kolejnych 50 lat.

Przywódcy zachodni, a szczególnie Churchill, od tego momentu naciskali na rząd Polski, by zawarł polityczne porozumienie ze Stalinem i zaakceptował przyszłe istnienie pod sowieckim protektoratem w granicach okrojonych do tzw. linii Curzona, obiecując w zamian za utracone Kresy załatwić nam rekompensatę na zachodzie. Żaden z polskich przywódców nie był jednak zdolny do pójścia w kwestii suwerenności i terytorium państwa na jakiekolwiek ustępstwa. (W końcu to o nie rozpoczęliśmy wojnę, stanowczo odrzucając nieporównanie mniejsze żądania Hitlera.)

Intensywna, antypolska propaganda w prasie Anglii i USA nie byłaby możliwa bez przyzwolenia rządów tych krajów, które zapewne liczyły na to, że zmiękczy ona nasz upór - jednak wytyczne do niej dawał bez wątpienia Stalin przez swą rozbudowaną na Zachodzie agenturę wpływu. Była ona skuteczna, bo brzmiała dla zachodnich elit bardzo prawdopodobnie. Oskarżano bowiem władze polskie o to, co rozsądek polityczny nakazywał im w zaistniałej sytuacji robić, i co na pewno robiliby na ich miejscu politycy pokroju Stalina czy Churchilla.

Logika polityczna nie pozostawiała bowiem  wątpliwości. Polacy mieli tylko dwie opcje: negocjować z Sowietami kapitulację albo walczyć z nimi, a to oznaczało de facto współdziałanie z Niemcami. Negocjować ze Stalinem, mimo zachęt, nacisków i oferowanego pośrednictwa, nie chcieli, więc wniosek był oczywisty. Opcja taka, iż rząd polski po prostu nie ma żadnego pomysłu, nic nie rozumie i liczy na cud oraz na honor zachodnich sojuszników, i że sam kieruje się honorem oraz wojowniczymi nastrojami polskiego społeczeństwa, przez nikogo przy zdrowych zmysłach nie mogła być brana pod uwagę.

Czego obawiał się z naszej strony Stalin i o co podejrzewali Polaków alianci zachodni? Skoro Polska odrzucała polityczny realizm, czyli nie chciała dobrowolnie oddać ZSSR połowy przedwojennego terytorium i stać się jego satelitą, oznaczało to, że postanowiła, tak jak przez większość swej nowożytnej historii, walczyć z rosyjska okupacją, licząc na polityczne "nowe rozdanie", gdy po zwycięstwie nad Niemcami powrócą rozbieżności pomiędzy Zachodem a ZSSR. Co na aktualnym etapie wojny czyniło polskie interesy częściowo zbieżnymi z niemieckimi. Co usprawiedliwiało podjęcie skrytych, ale stanowczych kroków przeciwko Polsce.

Poza kampanią potępiającą "prywatną wojne z Rosją", prowadzoną jakoby przez polski rząd, alianci zachodni - oczywiście pod pretekstem warunków obiektywnych, złej pogody etc. - ograniczyli do minimum pomoc dla polskiego podziemia, zgadzając się ze Stalinem i w tym, że broń dostarczana Polakom posłuży im do walki z Armią Czerwoną na jej tyłach, opóźniając oczekiwane przez Zachód wyeliminowanie z wojny Niemiec. Jedynie w czasie poprzedzającym inwazję w Normandii zrzucono do Polski nieco więcej zaopatrzenia i cichociemnych, licząc, że odciągniemy niemiecką uwagę od frontu zachodniego.

Trudno dziwić się ówczesnym analitykom. Po Teheranie i Katyniu każdy odpowiedzialny polski rząd powinien, w imię żywotnych polskich interesów, wygasić w kraju walkę z Niemcami, ograniczając ją do ochrony ludności cywilnej. W sposób oczywisty narzucało się zawarcie z Niemcami, na poziomie np. wywiadowczym, cichego porozumienia, na mocy którego AK powstrzymałaby się od ataku na niemieckie zaplecze, a Niemcy w zamian - od eksterminowania Polaków. Oczywistym interesem Polski było w tej sytuacji powstrzymanie się od sabotowania frontu wschodniego, aby obaj nasi wrogowie wykrwawiali się tam wzajemnie jak najdłużej.

Polska partyzantka natomiast powinna była skupić się na likwidowaniu komunistycznej agentury w kraju: PPR, Polskiego Batalionu Specjalnego NKWD oraz tzw. Gwardii Ludowej, ze względów polityki międzynarodowej najlepiej oczywiście rękami Niemców - tak, jak to robili komuniści, rozpracowując i denuncjując na gestapo struktury Armii Krajowej, w tym m.in. jej komendanta głównego, "Grota" Roweckiego.

Zarzuty kierowanej z Moskwy propagandy i przekonanie o ich prawdziwości usprawiedliwiały w oczach Zachodu, jako obiektywną wojenną konieczność, eksterminowanie na zajmowanych przez ZSSR terenach polskich podległej rządowi londyńskiemu partyzantki. Ale stawiała je nie tylko propaganda.

Te same zarzuty usłyszało tuż po wojnie, i - po "udowodnieniu" winy - w pokazowym procesie moskiewskim skazanych za rzekomą współpracę z Niemcami zostało szesnastu przywódców podziemnego państwa polskiego. Sowieci zresztą demonstracyjnie zrobili to w chwili, gdy były premier RP Stanisław Mikołajczyk przybył do Moskwy prowadzić tam wymuszone przez aliantów negocjacje o stworzeniu dla Polski podporządkowanego Stalinowi "rządu jedności narodowej", aby go tym bardziej przeczołgać. Pod tymi samymi zarzutami, "udowadnianymi" wiadomymi metodami w ubeckich katowniach, skazywani byli też i mordowani oficerowie i żołnierze polskiego podziemia aż do połowy lat pięćdziesiątych, później po cichu rehabilitowani w indywidualnych procesach.

Nie miał oczywiście, bo wobec sytuacji geostrategicznej nie mógł mieć znaczenia fakt, iż polscy przywódcy do samego końca dochowywali lojalności swym sojuszniczym zobowiązaniom oraz trzymali się stanu prawnego, zgodnie z którym Polska nie znajdowała się w stanie wojny z ZSSR, atak dokonany 17 września 1939 był "wkroczeniem" mającym na celu ochronę ludności polskiej przed Niemcami, a oczywiste zbrodnie sowieckie na Polakach oficjalnie nie miały miejsca. Z tego samego powodu polskie Państwo Podziemne nie prowadziło żadnych zorganizowanych akcji przeciwko komunistycznej agenturze.

Nie do końca jest prawdą, że polski rząd nie miał żadnego pomysłu. Miał, tylko że był to pomysł krańcowo naiwny. Nadal realizowaliśmy naszkicowaną przez generała Sikorskiego koncepcję "kapitału krwi", zakładająca, że po pokonaniu Niemiec państwa koalicji antyhitlerowskiej wynagrodzone zostaną w proporcji do wysiłku włożonego w wojnę, mierzonego poniesionymi ofiarami. Polacy starali się więc wzmożonym wysiłkiem i spektakularną ofiarnością (Monte Cassino) przekonać sojuszników, że ich oskarżenia o wycofywanie się Polski z walki z Niemcami są bezpodstawne. Do tych samych argumentów odwoływali się także inicjatorzy powstania w Warszawie. Krańcowe poświęcenie okazane w walce z Niemcami miało wzruszyć zachodnią opinię publiczną i skłonić zachodnie rządy, żeby jakoś wzięły nas w obronę przed Sowietami.

Poza tym nie mieliśmy wtedy żadnego przywódcy tej miary, by odważyłby się otwarcie przeciwstawić nastrojom panującym wśród Polaków. A po wszystkich zbrodniach hitlerowskich w okupowanym kraju, nieporównywalnych z tym, co działo się w państwach, które stworzyły rządy kolaboracyjne i nie szafowały dzień po dniu krwią narodu wedle zasady "twierdzą nam będzie każdy próg", dominowała powszechna żądzą odwetu na Niemcach.

Hitler zaatakował nas jawnie, głosząc hasło biologicznej likwidacji Polaków, i mordował demonstracyjnie, chwaląc się zbrodniami w przekonaniu, że złamie w ten sposób wolę oporu. Stalin "wkroczył" głosząc, że nam pomaga, a wywożąc i mordując Polaków setkami tysięcy dbał o okrycie swych zbrodni szczelną zmową milczenia, przy każdym pytaniu o los zaginionych w Rosji obrażając się i grożąc nieobliczalnymi konsekwencjami dla koalicji (z tego powodu np. uciekinierzy z Rosji, przyprowadzeni przez Andersa, mieli surowy nakaz utrzymania tego, co spotkało ich w Rosji, w tajemnicy przed rodakami, którzy z okupacją sowiecką się nie zetknęli, a polskie gazety były pod tym względem cenzurowane).

To określało świadomość przeciętnego Polaka zarówno na emigracji, jak i w kraju, który zbrodnie niemieckie widział codziennie, a o sowieckich dowiadywał się tylko z "gadzinowej", kontrolowanej przez Niemców prasy.

Z kolei, by poprawić postrzeganie Polski przez "sojusznika naszych sojuszników" i zademonstrować mu dobrą wolę, podjęto akcję "Burza", nakazując Armii Krajowej i strukturom państwa podziemnego na obszarach zajmowanych przez Armię Czerwoną udzielanie jej zbrojnej pomocy przez atak na tyły niemieckie, połączony z całkowitą dekonspiracją i ujawnieniem "wyzwolicielom" wszystkich struktur. Dowódcom i przedstawicielom cywilnym Delegatury Rządów nakazano witanie wkraczających "w roli gospodarzy". Pierwsze doświadczenia akcja "Burza" przyniosła na Wołyniu - wszyscy "witający" zostali przez sowietów aresztowani i wywiezieni w nieznanym kierunku (do dziś miejsca ich kaźni i pochówku nie są znane), odziały AK rozbrojone i częściowo wymordowane na miejscu, częściowo wywiezione - incydentalnie część szeregowców wcielano do tzw. ludowego wojska względnie bezpośrednio do Amii Czerwonej. Wiedząc o tym, Komenda Główna AK ponowiła rozkaz do wykonania "Burzy" na Wileńszczyźnie, potem w Małopolsce Wschodniej, na Lubelszczyźnie - wszędzie z takim samym skutkiem.

W ten sposób, wyjąwszy kilka oddziałów, których dowódcy łamiąc dyscyplinę wojskową odmówili wykonania rozkazu, budząca taki niepokój Stalina AK na większości obszaru kraju praktycznie przestała istnieć jako zorganizowana siła - w lesie pozostały jej rozproszone szczątki, dając początek drugiej konspiracji, zwanej dziś "żołnierzami wyklętymi".

Wyciągając doświadczenia z "Burzy" i zdając sobie sprawę z ewentualnych problemów ze spacyfikowaniem Warszawy, Stalin szczególnie wzmógł intensywność propagandowych oskarżeń w chwili zbliżania się wojsk sowieckich do Wisły. Komunistyczna polskojęzyczna prasa oraz radiostacja "Kościuszko" nieustannie wzywały ludność Generalnej Guberni do powstania i odwetu na Niemcach, przypominając wszystkie ich zbrodnie, a także zasypywały ją filipikami przeciwko "faszystowsko-sanacyjnej hitlerowskiej klice londyńskiej" oraz jej "sanacyjno-faszystowskiej" Armii Krajowej, która "stoi z bronią u nogi" i zdradziecko kuma się z Hitlerem, podczas gdy naród pod przewodem PPR i GL w bratnim sojuszu ze zwycięska Armią Czerwoną... i tak dalej.

Pułapka zastawiona przez Stalina i Zachód była prosta i nawet niektórzy politycy w Londynie zdawali sobie z niej sprawę. Jeśli w Warszawie nie wybuchnie powstanie, a oddziały AK wyjdą z miasta, to Sowieci w chwili wkroczenia nakażą demonstrację zbrojną swojej komunistycznej partyzantce, nazwą to wyzwolicielskim powstaniem ludowym i przed całym światem ogłoszą niezbity dowód, że, jak to od dawna wszyscy podejrzewali, faszystowski rząd w Londynie i AK po cichu współpracują z Niemcami. Jeśli natomiast Londyn i AK dadzą hasło do przeprowadzenia "Burzy" także w stolicy, to Armia Czerwona wskutek skomplikowanej sytuacji operacyjnej i konieczności podciągnięcia odwodów będzie zmuszona wstrzymać ofensywę na czas potrzebny Niemcom do pacyfikacji miasta i po zajęciu ruin dorżnie ewentualnie pozostające tam niedobitki.

Wobec takiego dylematu w Londynie postanowiono nie podejmować żadnej decyzji, de facto cedując ją na lokalnych dowódców w Warszawie. Wódz naczelny, Kazimierz Sosnkowski, zalecił, by powstania nie rozpoczynać, i z tym zaleceniem wysłano jako kuriera do kraju Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który jednak, jak sam wspominał, na miejscu poddał się ogólnemu entuzjazmowi i stwierdził, że powstanie wybuchnąć musi, bo zbyt długo się do niego przygotowywano i nie tylko żołnierze, ale cała ludność oczekuje odwetu na Niemcach.

Daty wybuchu powstania, wyznaczonego na godz. 17.00 1 sierpnia 1944 roku nie udało się utrzymać w tajemnicy. Niemcy przygotowali się do niego doskonale, zajmując i fortyfikując wszystkie strategiczne punkty w mieście. Nie udało się także dozbroić oddziałów szturmowych, których wyposażenie było symboliczne - generał Chruściel poradził żołnierzom, żeby kto nie ma broni brał "siekierę, łom albo kamień" i zdobył ją na wrogu.

Wieczorem 1 sierpnia nie było już wątpliwości, że próba powstania zakończyła się masakrą pierwszego rzutu, żadnego z wyznaczonych celów natarcia nie udało się zrealizować, a straty przekraczają najgorsze obawy. Zgodnie z planem, należało w tej sytuacji oderwać się od nieprzyjaciela i wyprowadzić pozostałe siły z miasta, co komendanci poszczególnych okręgów zaczęli robić, a komendant Żoliborza zdołał nawet wykonać całkowicie. Komenda Główna nakazała jednak kontynuować Powstanie, mimo braku szans, sił i perspektyw, motywując to potrzebą zademonstrowania światu niezłomnej polskiej woli walki.

Ponieważ Stalin odmówił samolotom zachodnich aliantów korzystania z lotnisk i tankowania w zajętej przez Sowietów strefie, możliwości zrzutu broni dla Powstania z Zachodu były czysto symboliczne - niemniej, sam Stalin, mimo ogłoszenia powstania akcją wymierzoną przeciwko ZSSR, zadbał, aby trawiący Warszawę płomień nie wygasł za wcześnie, podsycając go ograniczonymi zrzutami broni i samobójczym desantem części 1 Dywizji LWP. (Desant ten przedstawiano potem jako rzekomą samowolę dowódcy dywizji, Berlinga - jest to oczywisty fałsz, dywizja nie miała w ogóle środków przeprawowych, przydzieliło je dowództwo sowieckie.)

Niemcy likwidowali otoczone i podzielone ich pozycjami miasto dzielnica po dzielnicy, wykorzystując brak koordynacji działań i słabość powstańców.

Prowadzona z bezprzykładnym bohaterstwem, beznadziejna walka trwała 63 dni, do wyczerpania ostatnich możliwości oporu. Rozmiary oczekiwanego odwetu określa liczba strat niemieckich, według różnych szacunków, od tysiąca do 1,5 tysiąca żołnierzy i esesmanów. Straty powstańców wyniosły od 15 do 18 tysięcy zabitych, zginęło też ok. 180 tysięcy cywilnych mieszkańców miasta, z czego co najmniej 50 tysięcy wymordowanych w ramach wielkich akcji eksterminacyjnych (m.in. "rzeź Woli"). Pół miliona ocalałych cywili wypędzono. Historyczna stolica Polski uległa prawie całkowitemu zniszczeniu wraz z zabytkami i skarbami kultury narodowej - ocalałe resztki zniszczyli po 1945 roku komuniści w ramach tzw. odbudowy miasta, wyburzając resztki "burżuazyjnej" zabudowy pod nowe, stalinowskie założenia architektoniczne.

Jeszcze w trakcie Powstania Wódz Naczelny, generał Sosnkowski pozwolił sobie w okolicznościowym rozkazie uczynić aluzję do dwuznacznej roli sojuszników, którzy w roku 1939 popchnęli nas do wojny z Niemcami. Pod naciskiem brytyjskim został za to zmuszony do dymisji. W listopadzie 1944 na znak protestu podali się do dymisji także prezydent Raczkiewicz i premier Mikołajczyk. Ten drugi zgodził się jednak - na mocy prywatnej umowy z Churchillem, bez formalnej legitymizacji polskiej - uczestniczyć w "rządzie jedności narodowej", gdzie odgrywał rolę legitymizującej komunistów kukiełki, by w końcu w 1947 roku uciec z kraju, pozostawiając działaczy swojego Polskiego Stronnictwa Ludowego na pastwę UB.

Armię Krajową, przetrzebioną, zdezorganizowaną i w zdekonspirowaną, Leopold Okulicki rozwiązał rozkazem ze stycznia 1945. Resztki podziemia zbrojnego przetrwały w formie zorganizowanej do roku 1949, po zakończeniu wojny wspierane finansowo i logistycznie przez wywiady USA i Wielkiej Brytanii oraz mamione przez nie zapewnieniami, iż oczekiwany konflikt zbrojny między ZSSR a Zachodem jest nieuchronny i bliski.

Polska utraciła w II wojnie światowej 12 proc. obywateli - nieporównanie więcej niż którekolwiek z innych biorących w niej udział państw. Zwycięskie mocarstwa, ustalając powojennym porządek, nie wzięły pod uwagę "kapitału krwi" i potraktowały nas dokładnie tak samo, jak pozostałe państwa regionu, walczące po stronie Hitlera lub nie biorące udziału w konflikcie.

Powstanie Warszawskie pozostaje do dziś epizodem historii praktycznie nieznanym na Zachodzie i notorycznie mylone jest z rozpaczliwą próbą stawienia zbrojnego oporu podjętą przez Żydów przeciwko likwidacji warszawskiego getta w 1943.

Tak wyglądają w największym skrócie fakty dotyczące rocznicy obchodzonej z roku na rok coraz huczniej i coraz bardziej ustawianej w centrum polskiej narracji historycznej jako wzorzec dla przyszłych pokoleń. Staram się nie dodawać do nich żadnego komentarza. Wnioski pozostawiam czytelnikom.

-----

PS. Zainteresowanym pozwolę sobie przypomnieć, że więcej na ten temat znaleźć mogą w mojej książce "Jakie Piękne Samobójstwo".

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne