"Srebrna" – pułapka, która nie pykła

Najłatwiej to wyjaśnić przykładem. Wyobraźcie sobie Państwo, że pojawia się u was jakiś daleki powinowaty, przyjaciel znajomych, ktoś, kogo macie powód lubić i uznawać za osobę życzliwą – tym bardziej, że wprowadza go do waszego domu rodzina. Kolo przypadkiem jest z zawodu architektem i widząc wasze mieszkanie zaczyna z entuzjazmem namawiać was na przeróbkę. Słuchaj, z tego można taaaki wypas zrobić, ja się na tym znam, ja takie przebudowy robiłem nieraz – dobudujemy strych, tu ci zrobię schody, tam drugi salon, zyskasz fantastyczny metraż… Tłumaczycie, że nie macie pieniędzy, zezwoleń, ale facet namawia dalej, weźmiesz kredyt, opłaci się stokrotnie, ja ci to wstępnie rozrysuję – i rzeczywiście, kreśli plany, przynosi wstępny kosztorys, mówi, że już gadał z ewentualnymi wykonawcami, rozpytywał o materiały…

Żeby nie dłużyć, w pewnym momencie przychodzi ten moment, kiedy musicie mu uprzejmie wyjaśnić, że naprawdę nic z tego. I w tym momencie facet oznajmia: no dobrze, ale przecież ja już tyle zrobiłem... Przygotowałem projekt, znalazłem dostawców, wykonawców, wykonałem pracę i poniosłem koszty, no chyba należy mi się za to kasa, nie?

Reklama

Tu musimy przykład porzucić, bo metafora wyczerpała swe możliwości. Nie mówimy bowiem o prywatnym mieszkaniu. W duszonej kolanem i ciągniętej za uszy przez media "totalnej opozycji" tzw. "aferze spółki Srebrna" nie chodzi bowiem o prywatną osobę, ani nawet o prywatny biznes - tylko o fundację. A status prawny fundacji jest ściśle uregulowany (wiem, bo przymierzałem się kiedyś do założenia takowej), zwłaszcza pod kątem kontroli jej wydatków - czy zgodne są z przepisami i z jej celami statutowymi. Jeśli nie są, prawo przewiduje procedury idące w surowości dalej, niż w wypadku innych podmiotów.

Bez wiedzy o tym nie sposób zrozumieć, o co w "aferze" tak naprawdę chodzi. Czy raczej: o co miało w niej chodzić.

To pierwsze z szeregu zasadniczych kłamstw propagandowej narracji opozycji: "Kaczyński chciał zbudować wieżowiec", "Kaczyński oszukał austriackiego biznesmena", "Kaczyński okazał się bogaczem, deweloperem, robi biznesy". Widz TVN, czy inna osoba otwierająca się na propagandowy przekaz PO, właściwie nie ma skąd wiedzieć, że znienawidzony Jarosław Kaczyński występuje w sprawie nie jako Kaczyński, i nawet nie jako prezes PiS, ani jako biznesmen powiązany ze spółką "Srebrna" - tylko jako przedstawiciel fundacji, statutowo promującej dziedzictwo śp. Lecha Kaczyńskiego. I nie mogącej wydać ani grosza na cel inny.

Oczywiście, trudno rozgraniczyć "dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego" od polityki Prawa i Sprawiedliwości, i w tym sensie, rzecz jasna, zbudowanie przez fundację przynoszącego dochód wieżowca wzmocniłoby partię rządzącą. Ale sugerowanie, że wzbogaciłby się na tym osobiście prezes, że zamontowałby sobie za to w peerelowskim klocku na Żoliborzu, gdzie mieszka ze swymi kotami, złote kible i galeon, jak były prezydent Ukrainy - to zwykłe judzenie. Takie samo, jak swego czasu uparte rezonowanie przez ten sam TVN o "kilometrówkach Dudy", gdy redaktor Lis odpalił był "aferę" (kto jeszcze pamięta?), że jako poseł obecny prezydent korzystał z bezpłatnych biletów kolejowych - co jest przywilejem każdego posła RP od blisko stu lat, ale na okoliczność "pisowca" nie każdy o tym chciał wiedzieć.

Mieszać majątek fundacji z osobistym majątkiem Kaczyńskiego, to tak, jakby mówić, że "redaktor-biznesmen" Adam Michnik ma gazetę, kina, firmę ałtdorową, właśnie dokupił sobie do tego "radio Zet" i otwiera sieć fast-foodów.

Inna sprawa, że ten rodzaj kłamstwa mają "tefałeny" w repertuarze od dawna, sugerując różnymi sposobami, że majątek zakonu redemptorystów to prywatny majątek "księdza biznesmena", ojca Rydzyka (swoją drogą, to, jak w narracji opozycji podającej się za liberalną, słowo "biznesmen" zaczęło funkcjonować jako obelga, jest ciekawym przyczynkiem do badań, co to takiego ten "populizm", o który tak chętnie oskarża ona wszystkich innych).

Mniejsza jednak o to. Tym razem nie chodzi mi o wyliczanie propagandowych kłamstw i manipulacji PO i jej "tefałenów", ale o wyjaśnienie sensu dętej przez nie od tygodni "afery". Kluczem do jej zrozumienia jest bowiem proste pytanie, którego nikt publicznie nie zadał.

Mianowicie: a co by się stało, gdyby Kaczyński zapłacił panu Birgfellnerowi żądane przez niego pieniądze za prace, które wykonał w ramach przygotowań do budowy wieżowca - ale które nie zostały u niego w formalny sposób zamówione, w związku z czym nie było możliwości zgodnego z prawem udokumentowania ich umowami, fakturami i uchwałami zarządu? Gdyby machnął ręką na formalności i powiedział, nie wiedząc, że jest nagrywany: oj tam, słuchaj szwagier, przecież nie będziemy chodzić do sądu, jakoś to księgowość rozliczy, od tego ją tu mam.

Otóż wtedy zatrzasnęłaby się pułapka, którą - twierdzę z przekonaniem - ktoś zastawił na najważniejszego polskiego polityka, posługując się jego powinowatym. 

Wtedy "Wyborcza" miałaby rzeczywiście aferę do opisania, a prezenterzy i "eksperci" TVN prawdziwy temat do tokowania całymi tygodniami. Kaczyński, jako szef fundacji "rzekomo pielęgnującej dziedzictwo brata" wypłaca kasę "na lewo" członkom rodziny! Bez faktur, bez umów, bez formalnych zleceń!!!

Chyba nie muszę długo udowadniać, że propagandowa potęga opozycji, która potrafi tak skutecznie nadymać aferę z niczego, mając do dyspozycji rzeczywiste złamanie prawa wycisnęłaby zeń wszystko co można i dużo więcej. Zresztą efekt propagandowy to jeszcze mało. Przede wszystkim, zgodnie z prawem, zapłacenie Birgfellnerowi żądanych przez niego pieniędzy, bez formalnej podstawy, czyli oczywiste naruszenie prawa, stanowiłoby delikt uprawniający organ kontrolny fundacji do ingerencji - ustanowienia w fundacji zarządu komisarycznego, czyli de facto przejęcia jej.

Nie sprawdzałem, ale z racji miejsca działania organem owym jest prawie na pewno prezydent m. st. Warszawy. Pamiętając, kto sprawował ten urząd w poprzedniej kadencji, a kto w obecnej, można łatwo przewidzieć, co by przysłany komisarz z pisowską fundacją zrobił. Nawet, gdyby dobrawszy się do wszystkich jej papierów, a przez nie do papierów spółki "Srebrna", nie znalazł już żadnej więcej pożywki dla "tefałenów". A przecież taką pożywką mógłby być każdy przepływ między owymi podmiotami a, na przykład, "pisowskimi" mediami, nawet nie naruszający żadnych przepisów.

Reasumując: na kilka miesięcy przed wyborami PiS straciłby kontrolę nad istotną częścią swojego finansowego zaplecza, a "totalna opozycja" zyskałaby magazyn "haków". Zapewne mocno uprawdopodobniłoby to scenariusz wyborczy, jaki dla Polski jest najczarniejszy, a dla państw nieżyczących jej dobrze wymarzony - sytuację, w której PiS straci parlamentarną większość, ale opozycja też jej nie zyska (zresztą gdyby nawet, działając w formule koalicji wszystkich ze wszystkimi obiecującej wszystkim wszystko, po wyborach skazana jest na szybki rozpad). W takim scenariuszu w pokłóconym Sejmie o zmianach sytuacji będą decydować poszczególni "bieżeńcy" przechodzący w tę i we w tę wzorem marszałka Kałuży, i kraj jeszcze głębiej pogrąży się w wyniszczającej wojnie pomiędzy broniącym dokonanych zmian PiS a dyszącą żądzą zemsty i odzyskania wpływów PO, z szalejącymi na jej flance rewolucjonistami ze skrajnej lewicy.

"Połącz wszystkie dostępne fakty w niesprzeczną logicznie całość, drogi Watsonie, a to, co uzyskasz, musi być prawdą" - uczył detektyw wszech czasów. Staram się postępować zgodnie z tą wskazówką mojego ulubionego bohatera literackiego. Proszę poddać przedstawioną przeze mnie konstrukcję testom logiki, konsekwencji, prawdopodobieństwa. Moim skromnym zdaniem - wytrzymuje wszystkie. Gdyby Kaczyński zlecał Birgfellnerowi wykonanie prac przygotowawczych pod kątem postawienia wieżowca, nie miałby żadnych powodów nie zlecić mu ich formalnie. Na cholerę miałby wyłudzać od niego plan inwestycji, której i tak nie da się, póki Warszawą rządzi PO, zrealizować? Inicjatywa musiała zatem wyjść od tego drugiego.

Oczywiście, być może pan Birgfellner zachowuje się dziwnie, bo po prostu jest dziwny - nie wiem. Natomiast wiem, że ludzie tkwiący w podobnych jak on biznesach wpadają czasem w tarapaty, wskutek których skłonni są w zamian za przymknięcie na coś oczu czy inną grzeczność wyświadczać różne przysługi ludziom wiele mogącym, ale pragnącym pozostać w cieniu.

Nie wiem też, czy Jarosław Kaczyński, skrupulatnie chroniony, z czego tak często i głupio szydzą "tefałeny", w ogóle nie wziął pod uwagę - ani jego ochrona - że ktoś może go nagrać, i czy mógł to zrobić byle neptek standardową komórką, czy też trzeba było do tego bardziej wyrafinowanego sprzętu, zdolnego przebić się przez "szumidła", oraz instrukcji, jak go obsłużyć.

To, i parę innych kwestii, powinno zostać wyjaśnione, choćby panowie Giertych i Dubois nie wiem jak głośno krzyczeli, że ich klient jest przesłuchiwany zbyt długo i niepotrzebnie. Nie chodzi o Jarosława Kaczyńskiego, którego można lubić albo nie lubić. Chodzi o to, że ktoś próbował poprzez uderzenie w niego zdestabilizować sytuację polityczną w Polsce i wywołać, przy gorliwej współpracy miejscowych targowiczan, poważny kryzys polityczny. Zaraz, zaraz... Czy to aby nie sam "prezydent Europy" Tusk ostrzegał niedawno przed "ingerencją z zewnątrz" w wybory w krajach UE? Rozumiem, że kiedy rękę obcych służb w sprawie "dwóch wież" dostrzega Manuela Gretkowska to można ją wyśmiać, ale czy Tuska też?

Jedno jest pewne - Jarosław Kaczyński zachował się w sposób, którego zdaje się nie przewidział ktoś, kto zna stosunek prezesa do "imposybilizmu prawnego" i jego inteligencki nawyk przedkładania związków rodzinno-towarzyskich nad formalne. Powiedział: nie mogę panu zapłacić, chciałbym, ale nie mam podstawy prawnej, jedyny sposób, to niech pan idzie do sądu, sam zeznam, że pan tę pracę wykonał, sąd mi nakaże zapłatę, i wtedy będę mógł zapłacić, bo będę miał zgodną z przepisami postawę prawną. Powiedział tak właśnie, prawda? Sprawdźcie. Czy to są słowa człowieka, który chciał od biednego austriackiego biznesmena wyłudzić, nic mu za wykonaną pracę nie płacąc, plany budowy, potrzebne mu na przysłowiowy plaster wiecie Państwo gdzie?

Pan Birgfellner, jak wiemy, zamiast iść do sądu, gdzie by swe pieniądze prawdopodobnie odzyskał, wolał pójść do "Wyborczej", choć w tej sytuacji nie bardzo miał z czym. Pułapka się nie zatrzasnęła, Kaczyński umknął z niej bezwiednie, chyba przez zwykłą poczciwość, tam samo jak (uwaga, wtręt dla erudytów) pilot Pirx w opowiadaniu "Rozprawa" umknął z pułapki bez wyjścia wymyślonej przez przebiegłego replikanta - bo nie wiedząc, jak się zachować, zachował się normalnie. W efekcie to, co miało wstrząsnąć Polską, stało się materiałem na marne hepeningi Giertycha z żądaniem "zwrotu" jakiejś łapówki, którą Austriak miał jakoby dać sam nie wie komu i sam nie wie, co się z nią w końcu stało. Z "dowodami", że Birgfellner podejmował pieniądze z własnego konta i z uwypuklaniem "powiązań", które nawet faktycznie są systemowymi patologiami III RP, ale dotyczącymi tak samo PiS i "Srebrnej", jak "Agory" i kolejnych partii, którymi ona służyła.

To oczywiście dość, by wprawić w podniecenie, czy raczej, by podtrzymać w nieustającym podnieceniu żelazny, nienawidzący Kaczyńskiego "target" - ale ten target podnieca się wszystkim, że prezydent jak był posłem to miał darmowe przejazdy, że Kacper Płażyński dostał na ogólnie obowiązujących zasadach pieniądze przysługujące mu na założenie firmy, albo że jak wypłacą po 1100 zł wszystkim emerytom, to Kaczyńskiemu też.

Przecież nie o to chodziło - sprawa, jak to mówią, "nie pykła", to, co z niej zostało i czym pożywił się agit-prop totalnej opozycji to ledwie ochłapy. Odkładając na bok należne gratulacje, trzeba zapytać: czy to już wszystko w temacie "afer", które mają obalić "antyeuropejską" władzę, czy też na Kaczyńskiego przygotowano jeszcze jakieś inne zasadzki - i co z nich wyszło?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje