Reklama

Reklama

Święto Hejtu

Z punktu widzenia konserwatywnego publicysty, styczeń jest miesiącem szczególnego hejtu. A już maksymalnie nasila się ów hejt w dniu dorocznego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Po prostu nie nadąża człowiek z kasowaniem wpisów, które są tak do siebie podobne, jakby ich autorzy wypełniali jakiś formularz: "ty katolicka k..., ch... p...y , nie dorastasz Jurkowi do pięt, w tym roku dam mu cztery razy więcej pieniędzy, zamiast wsadzać w d... pisowcom i tłustym biskupom, żebyś zdechł". Czasem dodawany jest jeszcze "argument", że "jak się nie podoba, to nie korzystaj ze sprzętu kupionego przez WOŚP", czasem jeszcze, w stylu pani Dryjańskiej, życzenia śmierci i chorób dla żony oraz dzieci. Kto ciekaw, może galerię charakterystycznych okazów obejrzeć na profilu Łukasza Warzechy, któremu, w przeciwieństwie do mnie, chciało się przez cały dzień skrinować i zawieszać.

Wszystko wskazuje na to, że mimo zauważalnej jednostajności, te paroksyzmy nienawiści wyznawców Owsiaka nie mają charakteru zorganizowanego, nie są dziełem wklepujących masowo zadany przekaz pracowników internetowych odpowiedników "call center", ukrywających się pod pojemnym pojęciem "marketingu sieciowego". Oczywiście, nie chce mi się na poważnie dyskutować z demagogią - za sprzęt oznaczony serduszkami zapłaciliśmy wszyscy, także ci, którzy nigdy nie wrzucili do puszki ani złamanego grajcara, w podatkach. Odkąd Orkiestra, bardzo szybko niestety, przestała być spontaniczną, niszową i bardzo sympatyczną akcją środowiska rockendrollowego, a stała się oficjałką III RP, odpowiednikiem peerelowskiego "banku miast" czy (niech się gotują, trudno, ale jedynie prawda jest ciekawa) niemieckiej "zimowej pomocy" z lat trzydziestych, jej siła zbudowana została przecież na ogromnym zaangażowaniu środków publicznych.

Reklama

Przyznaję, że jeden argument niezmiennie używany na rzecz Owsiaka ma swoją moc - pieniądze trafiają do potrzebujących. Niemniej trzeba być ślepym, by nie zauważać, że, jak śpiewał mistrz Młynarski, "ktoś nas tutaj robi w konia". Czy w krajach, które uważamy za wzorzec normalności, istnieje coś takiego? Nie, normalność to setki "małych orkiestr codziennej pomocy", a nie jakaś wypasiona, jednorazowa akcja, w której narzuca się moralny obowiązek uczestnictwa wszystkim i, mówiąc językiem "totalnej opozycji", dzieli się ludzi na jakiś lepszy i gorszy sort - tych z serduszkiem i bez. Natomiast wszystko to było właśnie we wspomnianej akcji dobroczynnej Hitlera - i znaczki, i aktorzy, i zaangażowanie mediów oraz wszystkich służb państwowych, i retoryka "łączenia się całego społeczeństwa" wokół bezdyskusyjnego, charytatywnego dobra. Jeśli nikomu nie daje to do myślenia, jeśli nikomu nie chce się zadumać nad listą gości zapraszanych przez Owsiaka co roku do indoktrynowania młodzieży na "Przystanku Woodstock", to trudno. Ja nie mam z tym problemu, i zawsze, uważam, lepiej, żeby leming, skoro chce w taki sposób walczyć z Kościołem i PiS, dawał kasę Owsiakowi na dzieci, niż Kijowskiemu na ajfona i perfumy.

Fakt, że tegoroczny paroksyzm nienawiści skrajnie sekciarskiej części wyznawców, jakich sobie Owsiak wychował, był nieporównywalnie silniejszy niż kiedykolwiek dotąd, łatwo jest wytłumaczyć. Oczywiste jest dla mnie, że charytatywny wymiar jego działalności jest tu tylko pretekstem, o tyle ważnym, że nadającym mu immunitet nie podlegania jakiejkolwiek krytyce czy wątpliwościom. W istocie Owsiak jest dla swych najzajadlejszych wyznawców symbolem jedynego właściwego porządku, utraconej stabilności III RP, człowiekiem z jej elit, w czym szczególnie legitymizuje go niechęć okazywana mu przez środowiska obecnie rządzące.

Co więcej, jest Owsiak nie tylko "świeckim świętym", ale też praktycznie jedynym świętym, jaki im pozostał. No, można oczywiście kurczowo zamykać oczy na prawdę o Wałęsie, ale przecież nawet idiota wie w duchu, że nie wygrywał on co miesiąc w totolotka. I gdyby jeszcze siedział cicho i pozwalał się bronić sprytniejszym od siebie, ale on codziennie podkłada się jakimiś kolejnymi nieudolnymi krętactwami. Zresztą, już kilkanaście lat temu dostał Wałęsa w wyborach ułamek procenta, i dziś dostałby tyle samo albo jeszcze mniej, Polacy dawno już zawyrokowali, że miejsce tego pana jest w muzeum i zdania nie zmienią. Petru okazał się równie poważny jako Kazio od Izabel, Schetyna wyszedł na ostatniego jełopa, zresztą charyzmy miał zawsze tyle, co starszy referent, sędzia Rzepliński okazał się cwaniaczkiem bez zażenowania czerpiącym obrywy z lewych "ekwiwalentów" i kolacji na koszt podatnika, o Kijowskim lepiej już w ogóle nie wspominać... No, jakbyś łbem nie kręcił, horyzont opustoszał, "nigdzie drogi ni kurhanu".

Na dodatek sytuacja ogólna dobija. Państwo nie zbankrutowało, gospodarka, mimo hiobowych zapowiedzi, rośnie, budżet ma nadwyżkę, płace rosną, ratingi nie opadają - naprawdę ciężko przekonać Polaków, że im źle i powinni wyjść "w obronie wolności" na ulicę. A paroksyzm nadziei, związany z rozpaczliwym szturmem z 16 grudnia, zakończył się żenuą, kacem i pobrzękiwaniem Muchy na sejmowej mównicy.

Ci ludzie są naprawdę dziś głęboko tam, gdzie mówił sp. Kisiel, a dodatkowo dobija ich świadomość, że powinni się tam urządzać na długie lata, bo prędko nie wyjdą. I w tej trzęsącej ich furii Owsiak pozostał ostatnią jasną gwiazdą na firmamencie. Cóż dziwnego, że oddają mu całą plwocinę, jaką są w stanie z siebie utoczyć, że ekscytują się, jakie to męczeństwo go spotkało, bo telewizja wygumkowała serduszka z "Wiadomości", podniecają się wielkim zwycięstwem nad PiS w postaci pobicia kolejnego rekordu zbiórki, i kibicują bohaterstwu jakiegoś kogoś tam, że rozpiął w telewizji koszulę, a na tiszercie miał zakazany symbol "lepszego sortu".

Na miejscu Owsiaka cieszyłbym się, że obecna władza odpięła się od niego i wycofała z akcji wojsko, straż, państwową pocztę i inne takie. Fakt, że wykonała przy tym wiele małostkowych gestów też bym zignorował, bo szkodzi tymi gestami raczej sobie, niż jemu. Odebranie orkiestrze wymiaru państwowego jest dla niej jak najbardziej korzystne i daje szanse korekty w kierunku normalnej akcji charytatywnej.

Ale zdaje się, że projekt jest już tak sformatowany, iż do pierwotnej, sympatycznej, powtórzę raz jeszcze, formy, nie ma już powrotu. Miejsce wycofanego z charytatywnego cyrku państwa natychmiast zajęły korporację. Orkiestra gra dla Pleja, dla Mastercard, dla kogo tam jeszcze. Nie budzi to mojego szacunku. Bank, który dyma Polaków na co dzień najwyższymi na całym świecie prowizjami, rzuci demonstracyjnie na "czarity" kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt milionów, które dla niego są drobnicą, zresztą i tak pójdą "w koszta" - a dymani się cieszą? To może inna sytuacja, niż kiedy w ten sam sposób robiła sobie wizerunek dymająca nas sitwa polityków od ośmiorniczek, ale czy to jest naprawdę ta dobroczynność, która nam imponuje?

Powie ktoś, że ten hejt, o którym piszę na początku, to jakaś skrajna palikociarnia, margines, że przecież w zbiórkę pieniędzy na sprzęt do leczenia dzieci i seniorów angażuje się tylu ludzi dobrej woli, szczerych, serdecznych, robiących to nie na złość Kaczyńskiemu czy komukolwiek, ale po to, żeby pomóc potrzebującym. I to jest wszystko prawda, wcale nie chcę im tego odmawiać. Ale osobiście preferuję inne akcje charytatywne, bo, na szczęście, wybór jest tu coraz większy. 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje