To się nazywa frustracja

Jest coś takiego, jak "kara Boża", cokolwiek tam księża mówią.

W czasach potęgi michnikowszczyzny, gdy jej wyroki miały moc wykluczania z życia publicznego, jej ulubioną obelgą było słowo "frustrat". Każdy, komu nie podobało się cokolwiek był wyszydzany i ośmieszany właśnie jako "frustrat".

Reklama

Przypomnę młodszym, że ta banda, która dziś skamle i piszczy o "obronie konstytucji", przy okrągłym stole zapewniła sobie na wiele lat praktyczny monopol w mediach. Jest to osobna historia, obejmująca peerelowski jeszcze system przydziału papieru dla gazet (spytajcie, kto ciekaw, Ryszarda Bugaja, dlaczego nazwał spółkę "Agora" "ostatnim uwłaszczeniem nomenklatury", objaśni wam ten mechanizm), opanowanie dystrybucji prasy, polityczne sterowanie ówczesnym rynkiem reklam, "likwidację" RSW "Prasa-Książka-Ruch" czy przejęcie przez nową siłę przewodnią Radiokomitetu przy jednoczesnym zablokowaniu na wiele lat powstania prywatnej radiofonii i telewizji chamówą "tymczasowych zezwoleń" dla Michnikowych funfli, przeciąganiem w nieskończoność prac nad stosowną ustawą, a w końcu stworzeniem całkowicie opanowanej przez sojuszników z Magdalenki Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Wszystkie te świństwa zrobiono, oczywiście, mówiąc słowami pana Rzeplińskiego, "w stanie swoistej vis maior" - po to, by nie dopuścić do eksplozji populizmu i faszyzmu, fali pogromów, egzekucji i obsunięcia się Polski w wyznaniową dyktaturę, co niewątpliwie by się stało, gdyby polskiemu motłochowi tak po prostu dać wolność słowa i wyboru, bez kurateli oświeconych i wyposażonych w odpowiednie narzędzia kontrolne elit. Nie wierzycie? Poczytajcie publicystykę Michnika z tego heroicznego czasu - albo moją "Michnikowszczyznę" (wciąż dostępną w dobrych księgarniach) gdzie wszystko to jest zacytowane i udokumentowane. Nie namawiam tu, wbrew pozorom, do rycia w zamierzchłej historii, bo to, co dzieje się dziś, jest dogrywką tamtego boju. Powiedziałbym: rekonkwistą tej Polski, która nie chciała się zblatować z komuną i za karę za to została przez dzieci Magdalenki na ćwierć wieku stłamszona, pozbawiona własnego głosu (spektrum poglądów w mediach: od postkomunistów, z Michnikiem w centrum, po Dominikę Wielowieyską jako "benczmark" prawicowości), a także możliwości demokratycznego wyboru, bo cokolwiek Polacy wrzucili do urny, i tak wyskakiwał z niej Balcerowicz.

I właśnie wyśmiewanie "frustracji" owych zepchniętych na margines debaty publicznej, zakrzyczanych i pozbawionych dostępu do mediów stanowiło szczególnie ulubioną formę pastwienia się na nimi pijanej sukcesem gówniażerii, która uczepiwszy się michnikowej poły korzystała z kasy, zagranicznych wojaży i karier. Że korzystała - jej fart, "odmienna wojny kolejka", jak mawiał sienkiewiczowski Kuklinowski, ale że uwierzyła na tej podstawie we własną lepszość, to był niewątpliwy błąd.

Każdy, komu się ówczesne nieporządki nie podobały, był dla nich "frustrat". Kierowanie się "frustracją" przypisywano dla zdyskredytowania ich argumentów nawet takim ludziom jak Zbigniew Herbert (bo pewnie, że go nie chcą już słuchać, skoro popiera lustrację), jak Marek Nowakowski (bo zazdrości, że to młodsi, zdolniejsi od niego, jak Shuty czy Kuczok są przekładani, i to ich książki idą w świat, a on już nudny z tym swoim antykomunizmem)... Co dopiero mówić o pozbawionych możliwości dotarcia do opinii publicznej i oblewanych regularnie wiadrami łajna centroprawicowych politykach.

I rzeczywiście, muszę przyznać, uczucie zniechęcenia, depresji i temu podobne, nie były nam obce. Co mógł człowiek czuć, gdy krakowski "Czas" bankrutował, mając pierwsze miejsce w regionie pod względem czytelnictwa i sprzedaży, zduszony zmową reklamodawców? Gdy numer "Najwyższego Czasu" z listą Macierewicza, absolutnie nieosiągalny w sprzedaży, ówczesny monopolista "Ruch" skierował w całości na przemiał, informując redakcję o prawie stuprocentowych zwrotach? Gdy po świetnym starcie tygodnik "Spotkania" został przez francuskiego wydawcę nagle zamknięty, bo "przyjaciele przyjaciół" z Polski ostrzegli go, że redakcję opanowali faszyści? Gdy w identyczny sposób zakończył się rynkowy sukces telewizji RTL-7? Gdy wszyscy ludzie mający odwagę nie zachwycać się jedynie słusznym modelem transformacji byli za pomocą podobnych donosów, jako faszyści czy antysemici, eliminowani z możliwości zagranicznych wyjazdów, korzystania ze staży i stypendiów czy nawet tylko kontaktów ze światowymi mediami? (Bo tak właśnie "hartowała się stal" i stawało zwyczajem oczernianie, donoszenie i obmawianie przed światem politycznych przeciwników, wywiedzione zdaje się z podziemnej metody eliminowania niepodległościowej konkurencji  "szeptanką", które dziś podniesione zostało do rangi oficjalnej polityki opozycji w Europarlamencie i innych ciałach UE).

Ale, jako się rzekło, jest nie tylko nagroda za wytrwałość - jest i kara Boża. Nikt chyba nigdy nie przekonał się tak dobitnie, jak teraz przekonują się owe środowiska, co to jest ta frustracja, którą tak ochoczo przypisywali innym.

Przy czym o ile obóz umownie nazywany prawicą w pierwszych dziesięcioleciach III RP gorzkniał, nie mogąc pokonać ograniczeń, nazwijmy to, instytucjonalnych, których przykłady podałem wyżej, ale nigdy nie stracił wiary w to, że Polska w większości jest "prawicowa", katolicka, patriotyczna i tradycjonalistyczna, i prędzej czy później uda się ją "przebudzić" - to obóz "kompradorski" został dziś ugodzony dużo boleśniej.

Nadal przecież ma w swych rękach większość narzędzi "dystrybucji szacunku". Niemal zmonopolizowane kontakty z Zachodem, zarówno na poziomie polityków, jak środowisk "opiniotwórczych" i mediów. Najlepiej się sprzedające gazety, najbardziej oglądane telewizje... - przechwala się tym zresztą, przy każdej okazji, powołując się na dane Nielsena, według których "Fakty" i TVN-24 "wymiatają". Teoretycznie, powinno więc wszystko działać jak dawniej, wymyślone przez opozycję "fakty prasowe" (określenie Bronisława Geremka), w rodzaju "wielokrotnego łamania konstytucji" powinny zostać wtłoczone prostym Polakom do głów równie skuteczne, jak "nadużycia władzy" czy "zaszczucie Blidy" za poprzednich rządów PiS.

Tylko że tym razem w żaden sposób posiadana medialna potęga nie przekłada się na skuteczność - im usilniejsza propaganda, że ginie wolność i demokracja, że PiS niszczy, zawłaszcza, wprowadza państwo wyznaniowe i faszyzm, tym mniej osób na ulicznych protestach i tym lepsze dla PiS sondaże, mimo zawsze pomocnych i chętnych do strofowania Polski przyjaciół "totalnej opozycji" z Zachodu.

Ba, wyraźnie ubywa chętnych do publicznego występowania przeciwko PiS "autorytetów". Naprawdę nie ma już w Polsce innych prawników, niż profesorowie Matczak i Chmaj oraz magister Stępień? Pewnie są, ale nie chcą być "kojarzeni". Albo przyjmują stanowisko "nie nadające się na antenę", jak sędzia Piwnik czy profesor Łętowska. Jeśli Monika Olejnik przepytuje w kółko tych samych kilku gości, i to takich jak Roman Giertych, Michał Kamiński i Kazimierz Marcinkiewicz, to widać lepsi naprawdę nie chcą już przychodzić. Jeżeli trzeba nagłaśniać kolejne szalone wolty profesor Staniszkis, to widać, jak ubyło w porównaniu z poprzednimi laty chętnych do polansowania się na krytykowaniu PiS.

W ogóle, z autorytetami, z liderami, ma umowna tamta strona straszny problem nawet jak ich znajdzie - bo co znajdzie, to okazuje się, że znalazła, hm, no nie takich, jak potrzebuje. Lansowany na lidera "walki o demokrację" i "nowego Wałęsę" facet okazał się nieodpowiedzialnym dandysem, alimenciarzem i kanciarzem.  "Ekolodzy" walczący o Puszczę Białowieską okazali się patronować budowie szemranego zamczyska w chronionej "Naturą 2000" Puszczy Noteckiej. Kandydaci na "niezłomnego sędziego" i twarz "praworządności" też mało kryształowi i jeden cieńszy od drugiego - ten kombinował na ekwiwalentach urlopowych jak "nowy Wałęsa" na fakturach, ów dorobił się na sędziowskiej pracy dwudziestu nieruchomości, a jeszcze z pazerności wytoczył własnej dorosłej córce proces o zwrot alimentów, z kolei "niezłomna" prezes kluczy i kombinuje, jak by tu miękko wylądować, tłumacząc co i raz, że to i tamto zrobiła "bezrefleksyjnie"... O kłamstwach jej zastępcy już nie wspominając. Nawet z najbardziej oddanego dawnemu układowi środowiska aktorskiego zostały albo stare dziadygi, albo kompletne oszołomstwo.

No i jeszcze do tego wszystkiego Wałęsa, w którego zaplątało się to towarzystwo samo, organizując marsze w obronie jego "czci", gdy "Wielki Eks" ośmiesza siebie i swoich stronników co dnia kolejnymi nonsensami, kłamstwami i wyskokami. Jeśli pojawienie się Wałęsy i jego przemowę na protestach pod Sądem Najwyższym "Fakty" kompletnie przemilczają, za to obszernie relacjonują ją "Wiadomości" - to, jak mawiał nieoceniony ksiądz Natanek, "wiedzcie, że coś się dzieje"!

I nikt nie może się pocieszać, jak się pocieszała umowna "prawica", że nas wypinkowali, zepchnęli na margines, nie możemy dotrzeć do ludzi ze swym przesłaniem, ale jak wreszcie dotrzemy, to naród powstanie i nas poprze. Nie, docieracie ze swoim posłaniem i swymi autorytetami pewnie wciąż szerzej, niż władza. Tylko ludzie was olewają.

Teraz wiecie, co to frustracja?

Wiecie. Ja wiem, że wiecie, bo czytam wasze wpisy w necie, artykuły, obserwuję zachowania, coraz bardziej absurdalne, coraz bardziej chamskie i coraz bardziej rozpaczliwe. Macie teraz swoich "frustratów".

To jest właśnie "kara Boża". 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje