Reklama

Reklama

​Trąd u ołtarza

Na temat głośnego filmu "Nie mów nikomu" mamy w tak zwanej przestrzeni publicznej dwa przekazy, które usiłują się nawzajem zagłuszyć. Pierwszy przekaz to "Sekielscy ujawnili bezmiar ohydy i zepsucia w polskim Kościele, systemowe ukrywanie przestępców seksualnych i ogromną krzywdę wyrządzoną ofiarom". Przekaz drugi natomiast to "Sekielski zrobił ten film na polityczne zamówienie, to grająca na emocjach propaganda wymierzona w Kościół, a poprzez niego w PiS, która ma wpłynąć na wynik wyborów i dać wygraną lewicy".

Z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu każdy, kto w wypełnianiu owej "przestrzeni publicznej" bierze udział, jest przez medialne żandarmerie sztorcowany, że musi się pod jednym z tych przekazów podpisać, a drugi potępić. Tymczasem wcale przecież nie są one sprzeczne - i moim zdaniem oba są prawdziwe. To, że jeśli nawet nie sami autorzy filmu (choć, przypominam, to przecież ten sam Sekielski, który przed laty ukrytą kamerą "wkręcał" w alkowie pani Beger posła Lipińskiego, przygotowując ogłoszenie przez PO pierwszego, kompletnie już dziś zapomnianego "ciamajdanu"), to na pewno organizatorzy jego ogromnej medialnej promocji mają określone polityczne intencje i rachuby - wcale nie wyklucza faktu, że film po prostu pokazuje prawdę. A prawda ma to do siebie, że nie można jej unieważnić pytaniami "kto za tym stoi" i "komu to służy".

Reklama

Trafienie jest celne i bolesne, i polscy katolicy mają cholerny problem. Nawet nie tyle z pedofilią i z wypieraniem, chronieniem oraz usprawiedliwianiem "swoich" pedofilów, bo to istnieje i przybiera formy zorganizowanych mafii w różnych środowiskach - choć, oczywiście, pełna zgoda, że od kapłanów i Kościoła wymagać trzeba wielokrotnie więcej, niż od sfer artystycznych, biznesowych czy od polityków. Problemem prawdziwym jest skala niesterowności, rozkładu i zgnilizny, jaka ogarnęła polski Kościół w bezpiecznym ciepełku i bezruchu, jakiego zażywał on przez dziesięciolecia w cieniu wielkości Jana Pawła II - bezruchu, który zamienił się w zaduch "brudnej wspólnoty", kryjącej nawzajem swoje grzechy i odstępstwa, czego ukoronowaniem było sławne "nie chcemy żadnych świstków wielokrotnie kserowanych" prymasa Glempa. Widać przecież, jak silnie powiązane były nadużycia pedofilskie z wewnątrzkościelną sitwą homoseksualną (czego Sekielski zdaje się nie zauważać, choć z pokazanych w filmie przypadków tylko jeden dotyczy molestowania dziewczynki) oraz z byłą agenturą SB (o czym wie na pewno, bo mówił to w wywiadach, ale w filmie temat ominął - podobnie, jak ominął litościwie tych przełożonych księży-pedofilów, którzy kojarzeni są z "kościołem otwartym" i liberalnym salonem). 

Jeśli nie zdobędziemy się na szybkie i stanowcze działania zaradcze, jeśli nadal będziemy kościołem Pieronków i Głodziów, a nie Isakowiczów-Zaleskich, to legenda Jana Pawła II może zostać zniszczona (On to przecież, a nie jakiś Cybula czy Jankowski są prawdziwym celem ataku), Kościół zaorany jak w Irlandii i Polska straci bodaj czy nie ostatnią zaporę, chroniącą ją przed przerobieniem na, za przeproszeniem, tęczowy burdel z perspektywą stopniowego "wrogiego przejęcia" przez islam, wedle wzorców zachodnioeuropejskich.

Polacy-katolicy, powtórzę więc, mają ze swoim Kościołem cholerny problem - co zresztą dla większości tzw. prawicowych publicystów nie jest żadnym zaskoczeniem, a tylko smutnym spełnieniem ich przestróg.

Natomiast czy problem ma PiS i czy spełnią się nadzieje opozycyjnych salonów, już pijanymi ze szczęścia, że im Sekielski ze Smarzowskim wygrali wybory - to ja bym wątpił. Owszem, przez chwilę mogło się tak wydawać. Ale "totalna opozycja", jak zawsze, okazała się niezawodna. Przykryć sugestywne, wstrząsające twarze ofiar pedofilii z filmu Sekielskich agresywną gębą nabuzowanego posła Nitrasa i obrazkami z sejmowego cyrku z wymachiwaniem transparentami i rzucaniem w Jarosława Kaczyńskiego dziecięcymi bucikami to naprawdę pijarowski majstersztyk. Po raz kolejny wraca natrętne pytanie, ile im wszystkim Kaczyński musi płacić. I kiedy wszyscy ci opozycyjni pajace zakrzykną wreszcie zgodnie: panie prezesie, meldujemy wykonanie zadania! - już po przegranej "totalnej opozycji" za tydzień, po jej przegranej w wyborach krajowych na jesieni, czy dopiero po tym, jak definitywne utopienie formacji lewicowo-liberalnej przypieczętują przegraną Tuska w wyborach prezydenckich w przyszłym roku?

Media antypisu i oddane układowi z Magdalenki "elity opiniotwórcze", które rzuciły się radośnie konsumować sukces filmu Sekielskich, bliskie są powtórzenia czegoś, co nazywam "efektem Kwaśniewskiego-Mariotta". Kilka razy mieliśmy w polskiej polityce podobną sytuację, odpalenia krótko przed wyborami propagandowej bomby, która miała zupełnie zmieść przeciwników, co zresztą ciekawe, wtedy po stronie umownie prawej. Myślę o pokazaniu filmiku z mocno "filipińskim" Aleksandrem Kwaśniewskim i Markiem Siwcem, "jajcującymi" sobie z Jana Pawła II w kampanii prezydenckiej Mariana Krzaklewskiego oraz o nagraniu z hotelu Mariott, dokumentującym matactwa Janusza Kaczmarka, Ryszarda Krauzego i Andrzeja Leppera. W obu wypadkach (i kilku podobnych, pomniejszych) wyborcza wunderwaffe zawiodła - i w obu przypadkach dokładnie z tej samej przyczyny. Ponieważ pierwszy, bulwersujący przekaz, został szybko przegrzany i doprowadzony do groteskowej parodii. Kiedy wizytę Kaczmarka u Krauzego pokazała telewizja raz, i jeszcze po pierwszej powtórce, sondaże mocno wychyliły się na rzecz PiS. Kiedy nadgorliwie zaczęto ja grzać po kilka razy dziennie, nawet najbardziej oporny wyborca zauważył, że ktoś próbuje go emocjonalnie nakręcać w jakimś sobie wiadomym celu. A tego nikt nie lubi.

Licytacja między Biedroniem, Schetyną, panią Scheuring-Wielgus i innymi, kto zawsze walczył z pedofilami, a kto ich chronił albo wezwań dla walki nie podchwytywał, licytacja między PO z PiS na projekty ustaw zaostrzających kary, cały ten sejmowy cyrk z wczoraj, wiodą do tego samego skutku. Podobnie jak to dęte tworzenie pozorów, telewizyjną propagandą oraz groteskowo przesadzonymi słupkami jakiejś partyjnej sondażowni-krzak, że  niby nastąpił "nowy sierpień", ludzie masowo powstają przeciwko znienawidzonemu Kościołowi i jego sprzymierzeńcom z PiS, tłumy wychodzą na ulicę z tęczową pianą na ustach i ustawiają się w kolejki do urn. Pamiętam takie wzmożenia, choćby w czasie drugiego "ciamajdanu", tego "w obronie wolności słowa" - "martwy" Diduszko, "policja użyła gazu, to ich moralny koniec", zdyszane relacje z rewolucji w tefałenach, sugerujące kadrowaniem, że Sejm szturmowany jest przez rewolucyjne tłumy, Warszawa płonie, a państwowa telewizja już wyleciała w powietrze... Zawsze jak dotąd trwały one bardzo krótko i za każdym razem krócej.

Tyle, że wybory do europarlamentu to sprawa mało istotna, po nich będą następne, po nich znowu następne... A upadek Kościoła, jeśli do niego dopuścimy, może być katastrofą rozpoczynającą długie pasmo nieszczęść dla Polski. Coś z tym wreszcie trzeba zrobić, i to coś radykalnego.

"Biada złym pasterzom, którzy prowadzą do zguby owce mojego pastwiska". To nie ja mówię. To mówi Pan. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy