​Wojna frustratów

Dziennikarskim półświatkiem wstrząsnęło nieprzedłużenie przez tygodnik "Polityka" umowy o pracę z Rafałem Wosiem - czyli jego, mówiąc prościej, wylanie z pracy. Jeszcze nie tak dawno "Polityka" bardzo się chlubiła pozyskaniem z "Dziennika Gazety Prawnej" wschodzącej gwiazdy lewicowej publicystyki (słusznie zresztą, bo intelektualnie tzw. lewica, którą promować chce tygodnik redaktora Baczyńskiego, to w Polsce ziemia jałowa, gdzie tylko przepisuje się slogany i frazesy albo z peerelowskich zjazdów partii, albo z zachodnich czerwonych kampusów). Dziś ten sam tygodnik odcina się od publicysty skompromitowanego i jednoznacznie odrzucanego przez lewicową publiczność.

Czym tak strasznie podpadł lewactwu Woś, człowiek szczerze wierzący w lewicowe ideały, w sprawiedliwość społeczną i krzewiące je państwo-regulatora, zajadły krytyk tzw. neoliberalizmu (głupia nazwa na coś, co jest w istocie recydywą feudalizmu) i głoszonego od ćwierć wieku dogmatu, że w imię "pragmatyzmu" ten, który ma pieniądze, powinien móc zrobić co chce z tym, który ich nie ma, a wszelkie demokratycznie wybierane instytucje podporządkować się powinny maksymalizacji zysków wielkich podmiotów gospodarczych?

Reklama

Ano, właśnie tym, że okazał się przesadnie przywiązany do tego, co głosi.

Woś bowiem, na zaproszenie innego lewicowego Don Kichota, Grzegorza Sroczyńskiego, który nie bardzo wiem, jakim cudem jest jeszcze tolerowany w mediach w "Agory", napisał artykuł w cyklu z zasady mającym przedstawiać inne od jedynie słusznego punkty widzenia i tym samym prowokować do myślenia. I rzeczywiście sprowokował, ale nie do myślenia, bo myślący tego rodzaju mediów od dawna już nie czytają - tylko do ataku wścieklizny. Woś bowiem zwrócił uwagę na rzecz dla ludzi niemiotanych histerią oczywistą: że jeśli ktoś poważnie traktuje lewicowe postulaty, to te postulaty wprowadza w życie właśnie PiS, a nie PO. I jaki by ten PiS nie był, nie należy apriorycznie odrzucać myśli o wsparciu go w jakichś konkretnych, propracowniczych czy prosocjalnych - na przykład - posunięciach.

Kto ciekaw, niech sobie poszuka, ile pomyj, wściekłych obelg i pryncypialnych pouczeń spadło na Wosia po tym, nader przecież umiarkowanym postulacie, ze strony "obrońców demokracji". Demokracja, w przekonaniu ich obrońców, będzie dopiero wtedy, gdy ostatniego pisowca powieszą, poćwiartują i przebiją każdy kawałek z osobna osinowym kołkiem. Na razie - o normalnym, demokratycznym rozumieniu polityki jako ucierania poglądów pomiędzy partiami reprezentującymi poglądy i interesy różnych grup społecznych nie ma mowy. Na razie trzeba "odsunąć PiS od władzy", bo PiS "niszczy demokrację", i kto by chciał go traktować jako normalną demokratyczną władzę, a o opozycję jako normalną demokratyczną opozycję, ten się dopuszcza myślozbrodni.

A za myślozbrodnię się wylatuje z pracy. Tak jak już dawno temu wyleciał za wątpliwości z "Gazety Wyborczej" Roman Graczyk. Szczerze mówiąc, dziwię się, jeśli ktoś się dziwi, bo dla mnie to, że "lewicowość" lewicy jest u nas, generalnie, fikcją, przynajmniej w jej odłamach salonowych, i stanowi tylko "przykrycie" dla czysto plemiennej nienawiści - to żadna nowość.

Podobnie jak fakt, że tak samo jest z "prawicowością" PiS. Ot, z pewnych powodów Hutu i Tutsi postanowili u nas udawać, że nie są Hutu i Tutsi, tylko chodzi o coś zupełnie innego, i wzięli sobie sztandary ze składnicy haseł i identyfikacji politycznych krajów zachodnich - ale to przecież tylko przykrywka do plemiennej wojny. Przy czym określenia Hutu i Tutsi są tu jak najbardziej na miejscu, bo w te ruandyjskie plemiona w istocie wytworzone zostały przez kolonizatorów - tak samo jak i u nas, kraju równie postkolonialnym, acz nieco bogatszym, zaborcy, okupanci i komuniści wytworzyli plemię "ludzi rozumnych i na pewnym poziomie" gardzące "prawdziwymi Polakami", i plemię "patriotów" gardzących "zaprzańcami".

Furię, której ofiarą padł Rafał Woś, stosunkowo łatwo zrozumieć. Plemię umownie zwane lewicą, a ostatnio samo siebie nazywające "obrońcami demokracji" dostało w de aż się zakurzyło i do dziś nie może się otrząsnąć z klęski, ba, pogrąża się w niej coraz głębiej, z czym nierozerwalnie wiąże się frustracja i złość. Prześladowanie odstępców we własnym obozie, którym jeszcze realnie można coś zrobić, jest brzydkie, ale w tej sytuacji nie zaskakuje.

Bardziej dziwią aberracje po stronie zwycięskiej, "patriotycznej". Tu przecież powodów do frustracji nie ma - PiS rządzi, nic mu nie zagraża, sondażowe słupki prężą się, zupełnie niewrażliwe na propagandę "tefałenów".

A tymczasem "patriotów" roznosi złość nie mniejsza niż demokratów i równie wiodąca do aberracji. Przykładem wybuch kretyńskiej radości, że "nasza" pani Dominika dała w twarz "ichniej" pani Magdalenie, posuniętej nawet do swego rodzaju bluźnierstwa - bo trudno inaczej nazwać przyrównanie pani, która przyłożyła drugiej pani (nie żebym żałował tej drugiej, od dawna starającej się coś podobnego sprowokować) zza bezpiecznych barierek do sławnej "Inki". Albo reakcja najwyrywniejszych przedstawicieli pisowskiego agit-propu i żelaznego elektoratu na konferencję naukową o perspektywie odzyskania reperacji wojennych z Niemiec, zorganizowaną przez Instytut Zachodni. Zwyzywanie przez nich profesora Żerki za to, że z rzetelnością i chłodem naukowca rozwiewa marzenia o reparacjach, pokazując stan prawny i zaszłości polityki międzynarodowej, od zdrajców niemieckich i folksdojczów złamanych jest może mniej spektakularne, niż wylanie z pracy Wosia, ale równie chore.

I, jako się rzekło, mniej zrozumiałe, bo przecież "kibolom" PiS frustracja, drążąca peowców, powinna być obca. A, jak widać, nie jest.

Nie umiem tego wyjaśnić inaczej, niż świadomością stronników partii rządzącej, że sprawy nie idą tak dobrze, jak to władza usiłuje przedstawić. Niby, oficjalnie, nikt się nie odważy mówić, że nie jest byczo - ale skoro tak łatwo ulegają pisowcy emocjom, to widać jednak zdają sobie podskórnie sprawę, że sukcesy ogłaszane są trochę na wyrost.

Trochę jak w balladzie Wysockiego "Spotkanie w Porcie", znanej u nas z przekładu Kaczmarskiego. Amerykanin chwali się tym, tamtym, owym, za każdym razem czym innym, a Ruski ma tylko wbite w łeb przez propagandę: "Kreml w niebo śle rakiety, bez wysiłku wielkich rzek odwraca bieg", i jeszcze, że rosyjski balet. Narrator tej piosenki miał takie argumenty przynajmniej trzy. Pisowcom pozostaje na razie tylko jeden - 500 plus. PiS odnosi sukcesy! Jakie? 500 plus. Polakom żyje się lepiej, Którym? Tym, co dostali 500 plus. PiS dotrzymuje obietnic! - a konkretnie? Konkretnie, to... sami wiecie.

Owszem, jedna spełniona obietnica z kilkudziesięciu to i tak więcej, niż spełniła PO, a wcześniej SLD, AWS czy Unia Wolności. Ale gdzieś tam, wypychane poza skraj postrzegania jak Lovecraftowski Cthulu czają się strachy - podatki rosną zamiast spadać, elektromobilności nie ma, ustawy frankowej nie ma, koncernów się opodatkować nie udało, dekoncentracja mediów czy reforma TVP poszły się czochrać już dawno. Zostaje tylko 500 plus, zostaje dodać do niego 300 plus, i jeszcze cośtam plus dla emerytów, i może dla przedszkolaków...

Ale jak się skończy koniunktura i kasa, to co?

To w mordę rudą! I tego profesora, co się mądrzy, zamiast stać przy polskiej racji stanu!

Żal nie powiem co ściska, gdy się patrzy na to starcie frustratów. Bardzo bym się śmiał, gdyby to było za jedną czy druga granicą - ale to u nas, niestety...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy