​Zmęczona epoka

Dzieliłem się już z czytelnikami tą zuchwale, a nawet zarozumiale brzmiącą refleksją - czuję się, jakbym czytał własne powieści i opowiadania sprzed 20 lat. Jest wszystko to, z czego konstruowałem przyszłościowe (wtedy) fabuły - i państwo islamskie, i "zielone ludziki" na Ukrainie, i Europy powolne się rozpadanie, i hybrydowy wymiar nowoczesnych wojen... Cóż, nie było trudno tego wszystkiego przewidzieć, wystarczyło tylko nie pozwolić sobie nałożyć na oczy, jak miliony przeżuwaczy, końskich klapek i różowych okularów. Bardzo celnie ktoś to ujął w twitcie podrzuconym mi przez znajomych na tajmlajn: zamordowani w Nicei są późnymi ofiarami tej właśnie rewolucji, której rocznicę obchodzili.



Laicyzacja, która sprawiła, że Europejczykom przestało się chcieć służyć jakiemukolwiek celowi, wykraczającemu poza sprawienie sobie przyjemności, przestało im się nawet chcieć mieć dzieci. "Sprawiedliwość społeczna", która zdławiła przedsiębiorczość i zubożyła klasę średnią. "Powszechne prawo wyborcze", dające teoretycznie taki sam wpływ na republikę świętemu, profesorowi, debilowi i prostytutce - a więc budowa oligarchii, w dodatku zupełnie nieodpowiedzialnej ze skutki swych działań nieco bardziej odległe w czasie niż koniec kadencji prezesa czy ministra i okres realizowania "opcji menadżerskiej".

Reklama

Długo by gadać - demograficzna dziura, która usiłowała Europa załatać importując imigrantów, znikąd się przecież nie wzięła, i znikąd nie bierze się ideologiczny obłęd, w którym imigrantów tych poszukano w obszarze cywilizacji islamskiej, akurat najbardziej ze swej istoty niezdolnej do pokojowego współżycia z innymi.

Ale czuję się nie tylko jakbym czytał swoje stare teksty, ale jakbym je na nowo pisał - choć, oczywiście, herezje przeciwko "postępowi", jakie tam zawarłem, dziś nie są już tak odosobnione w publicznym obiegu.

Przypomina mi się zwłaszcza czas pisania "Walca Stulecia", powieści, którą do dziś uważam za najbardziej w swym dorobku udaną, a już na pewno z tej jego części, która należy do SF. Ponieważ rzecz opowiada częściowo o czasach bezpośrednio poprzedzających Wielką Wojnę (którą potomni nazwali I wojną światową), a ściślej, o człowieku, który o tych czasach opowiada, przekopałem na tę okoliczność ogromną liczbę tekstów z epoki. Esejów, wspomnień, publicystyki, dzienników - publicystyka i dzienniki były szczególnie ciekawe, bo stanowiły zapis ducha czasów. Tego, co ludzie wtedy czuli i myśleli, nie wiedząc jeszcze, co się zdarzy. To wielka przewaga diariuszy nad spisywanymi po latach, uładzonymi memuarami.

Nie tyrałem jeszcze wtedy na tylu etatach co dziś, więc zaliczyłem tych lektur znacznie więcej niż było to potrzebne dla napisania powieści i z ręką na sercu mogę Państwa zapewnić - jest trudne do nazwania, ale wręcz uderzające podobieństwo nastroju tamtych czasów do nastrojów dzisiejszych. Niby wszystko jest inaczej, upadły trony i ołtarze, zmieniły się zupełnie społeczeństwa, mentalność, obyczaje - a nastrój bijący z pożółkłych kart dawnych dzienników i z ekranów wrzeszczących żółtymi paskami o kolejnej masakrze - identyczny.

Nazwałbym go: nastrojem historycznego zmęczenia. Nawet więcej, przemęczenia. Europa jest znowu zmęczona sama sobą, tak jak wtedy. Za długo trwały pokój i spokój, tak jak wtedy. Za bardzo uwierzono, że stworzony ład jest jedynym możliwym, doskonałym i ostatecznym, można oczywiście jeszcze coś usprawnić tu i ówdzie, ale co do zasadniczych spraw - koniec historii, nic więcej i lepiej nie da się wymyślić.

W źródłach z fin de siecle’u najbardziej uderzało oczekiwanie intelektualistów i w ogóle elit z utęsknieniem na jakieś wielkie bum, i zgoda, wręcz potrzeba, żeby coś, z przeproszeniem, pierdzielnęło co się zowie, bo to spokojne życie jakieś za ciasne, duszne, pozbawione smaku. Panicze z najlepszych rodów zadawali się z anarchistami, synowie bankierów przystawali do bolszewickich konspiracji, córki zostawały sufrażystkami, a wszyscy chcieli coś zmienić nie dlatego, że mieli pomysł na lepszy świat czy, inaczej, wierzyli, że naprawdę te pomysły, które się pojawiały, są dobre - ale po prostu dla samej zmiany, "just for kick" - jak mówią Amerykanie. A jak już pierdzielnęło, to ulice Paryża, Berlina, Wiednia i Petersburga zalane były radością i entuzjazmem, młode mięso armatnie maszerowało do poboru śpiewając wesoło i pokrzykując, kobiety obrzucały przyszłych nieboszczyków kwiatami, a wszyscy razem wiwatowali na cześć Najjaśniejszego Pana czy Republiki.

Otóż taki właśnie nastrój się rodzi tam, gdzie uwierzono, że "Bóg umarł". Świat zrobił się dla kolejnego pokolenia nudny, męczący i nie do zniesienia - uczciwie przyznać trzeba, że nie bez powodu, pokolenia poprzednie wiele zrobiły, by pogrążyć go w  absurdzie.

Powie ktoś, że zaprzeczam sam sobie - bo przecież przed stu laty nie było w Europie muzułmańskiej imigracji? Ale ja nie uważam wcale islamskiego terroryzmu za przyczynę, tylko za skutek.

Natura próżni nie znosi, gdzie jedna cywilizacja gnije i słabnie, tam wciska się druga, nie czekając nawet na całkowite zwolnienie miejsca, rozpychając się. Czy się ona nazywa Hunami, czy Wizygotami, czy kalifatem, to naprawdę drugorzędna sprawa.

Bodajże we "Viagrze Maci" przypominałem o prostym eksperymencie, w którym dawano szczurom w bród pokarmu i nie wymagano od nich niczego. Okazywało się to dla populacji zabójcze. Te szczury, które o żywność musiały walczyć, pozostawały sprawne i zorganizowane. Te karmione bez ograniczeń albo popadały w apatię, albo wariowały, rzucały się na współbraci i zagryzały ich bez żadnego powodu, nawet samice, paskudziły do wspólnej karmy. Jeśli ktoś chce tutaj powiedzieć, że przecież ludzie to nie szczury, to proszę bardzo - zostawiam wolne miejsce na tę optymistyczną uwagę.

Może darowałbym sobie te wszystkie słowa, gdyby nie jeszcze jedna myśl.

Ćwierć wieku temu Polacy zwolnili się z myślenia o świecie i przyszłości. Nasze elity, a w ślad za nimi rzesze zwykłych obywateli uznały, że wszystko, co słuszne, zostało już wymyślone - tam, na Zachodzie. A jeśli coś jeszcze pozostaje do wymyślenia, to też oni, tam, to wymyślą. Nam wystarczy naśladować, implementować standardy i pławić się w radosnej bezmyślności. Oni tam wiedzą, dokąd prowadzą świat, a my małpujemy i wypełniamy zalecenia, dzięki czemu u nas też będzie tak samo.

Może to jest ten właśnie moment, kiedy powinniśmy się zapytać, czy naprawdę tego chcemy? 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje