Proces oskarżonych o napady na dwa kantory

Dwóch, z trójki oskarżonych o napad, właścicielka jednego z białostockich kantorów rozpoznała we wtorek w sądzie jako sprawców rabunku. Na kolejnej rozprawie w połowie czerwca, zaczną się przesłuchania pierwszych świadków.

Sąd Okręgowy w Białymstoku zajmuje się sprawą trzech oskarżonych o dokonanie przed ponad rokiem, napadów na dwa kantory w mieście. Zarzucono im kradzież ponad 400 tys. zł w różnych walutach. Pieniędzy dotąd nie odzyskano.

Reklama

Sąd przesłuchał we wtorek właścicielkę jednego z tych dwóch kantorów oraz jej syna, który został napadnięty, gdy rano przywiózł do placówki pieniądze z banku. Kobieta opisywała, jak widziała przebieg napadu, który miał miejsce na ulicy, tuż przy drzwiach do jej kantoru.

Jak mówiła, dwóch oskarżonych rozpoznaje z całą pewnością jako uczestników napadu, co do trzeciego była pewna sylwetki, ale nie miała pewności co do twarzy.

Do napadu na ten kantor doszło przed jego otwarciem. Syn właścicielki podjechał samochodem pod drzwi, został napadnięty zanim wszedł do środka. Kobieta mówiła, że gdy wybiegła przed kantor, jeden z napastników "przyduszał" chłopaka, drugi chwycił torbę z pieniędzmi, a ją samą zaatakował gazem.

Kobieta nie była w stanie gonić uciekających, w sumie trzech napastników, próbował to zrobić jej syn, ale jeden z przestępców postraszył go przedmiotem przypominającym pistolet. Mówiła też, że choć napad miał miejsce w ruchliwym miejscu Białegostoku, nikt nie zareagował na krzyki o pomoc.

Właścicielka miała opory, by odpowiadać na pytania dotyczące szczegółowo kwoty, którą przetrzymywała w skrytce bankowej, sposobu dojazdu do kantoru czy zabezpieczeń. Mówiła, że takie informacje przedostają się, wbrew jej woli, do mediów. Przyznała, że pieniądze nie były ubezpieczone.

Do napadów na osoby prowadzące białostockie kantory w centrum miasta doszło w marcu i kwietniu 2009 roku. Sprawcy obezwładniali napadniętych używając gazu pieprzowego, a w jednym przypadku także młotka. Jeden z napadów miał miejsce na ulicy, drugi w lokalu, gdzie mieści się kantor.

Oskarżeni mają od 25 do 33 lat; są recydywistami, od zatrzymania przebywają w areszcie. Grozi im od trzech do 15 lat pozbawienia wolności.

Żaden nie przyznaje się do udziału w napadach na kantory. Pierwszy zaprzecza wszystkim zarzutom, przed sądem odmówił składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania stron. Drugi obciąża trzeciego oskarżonego i zaprzecza nawet temu, że to on (choć rozpoznany przez właściciela kantoru) jest na nagraniu napadu, pochodzącym z kamery przemysłowej.

Trzeci oskarżony mężczyzna twierdzi, że w pierwszym napadzie nie brał udziału, zaś w drugim był jedynie kierowcą i myślał, że chodzi o tzw. wyrwę, czyli napad na osobę wychodzącą z banku z dużą sumą. Przyznaje się jedynie do posiadania narkotyków.

Po napadach policja zwracała uwagę, że w obu przypadkach właściciele kantorów nie uważali za konieczne zabezpieczyć się na wypadek takiego zdarzenia. W pierwszym przypadku mężczyzna, niosący torbę ze znaczną kwotą, nie korzystał z ochrony ani innych zabezpieczeń.

W drugim przypadku właściciel kantoru i kasa nie były zabezpieczone np. szybą pancerną. Co prawda w obiekcie był monitoring, dzięki czemu szybko ustalono dwóch sprawców, ale wobec braku innej ochrony sprawcy w ok. 20 sekund zdołali zaatakować mężczyznę i ukraść pieniądze.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy