Reklama

Reklama

Czy czeka nas katastrofa demograficzna?

Obecnie ubywa ludności na około 70 proc. obszarów kraju, a w 2050 roku to zjawisko będzie dotyczyło około 90 proc. powierzchni / Arkadiusz Ziolek /East News

Obecnie ubywa ludności na około 70 proc. obszarów kraju, a w 2050 roku to zjawisko będzie dotyczyło około 90 proc. powierzchni, więc nie tylko wsi, ale również w znacznym stopniu miast. W najbardziej optymistycznym scenariuszu będziemy potrzebowali około 1,5-2 milionów "rąk do pracy", a w pesymistycznym będzie brakowało nawet około 7 mln - ostrzega prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN. Jego zdaniem w takiej sytuacji konieczne będzie w przyszłości wydłużenie wieku emerytalnego. - To jest oczywiste, choć politycy udają, że tego nie wiedzą - powiedział prof. Przemysław Śleszyński.

Reklama

Monika Krześniak-Sajewicz, Interia: Polskie społeczeństwo się starzeje i jest nas coraz mniej...

Prof. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN:  - Tak, a do tego dane GUS dotyczące liczby ludności odbiegają od stanu faktycznego, bo są niedoszacowane i to znacznie. W Polsce nie mieszka 38,4 mln osób, jak podaje ten urząd, ale około 36 mln osób.  Ta różnica dotyczy osób najbardziej mobilnych. Dramatycznie niedoszacowane są dane dotyczące emigracji, bo poza granicami Polski na stałe przebywa więcej osób, niż by to wynikało z oficjalnych danych.  To samo dotyczy liczby urodzeń w Polsce. Część z tych, które wykazują statystyki, dotyczy rodzin zamieszkujących za granicą, ale ich dzieci rejestrowane są w Polsce, między innymi ze względu na świadczenia socjalne. Są to różnice liczone w tysiącach.

Reklama

Niemiarodajny jest także wskaźnik dzietności, który jest liczony dla populacji kobiet w wieku 15-49 lat, bo przecież średni wiek urodzenia dziecka zbliża się do 30 lat, więc przedział wiekowy, jaki powinien być brany pod uwagę to moim zdaniem te 30 lat +/- 7 lat, a przynajmniej w ocenie zmian liczby urodzeń brane powinny być pod uwagę pięcioletnie grupy wieku kobiet i ile w nich rodzi się dzieci. Gdyby tak był liczony, to efekt 500 plus na wskaźnik dzietności byłby dużo bardziej widoczny.

Kiedy w Polsce faktycznie zaczęła się depopulacja?

- W Polsce depopulacja nie zaczęła się około 2000 roku, jak podają roczniki, ale jakieś 10 lat wcześniej. Obecnie ubywa ludności na około 70 proc. obszarów kraju, a w 2050 roku to zjawisko będzie dotyczyło około 90 proc. powierzchni, więc nie tylko wsi, ale również w znacznym stopniu miast. Generalnie, jest kilka obszarów, które tradycyjnie się wyludniają: Opolszczyzna, region sudecki, wschodnia Lubelszczyzna, Ponidzie, Podlasie, Warmia, Mazury, Kurpie, Pomorze Środkowe. W tym coraz poważniej zaczęły się wyludniać miasta. Z kolei od stosunkowo niedawna intensywniej niż kiedyś wyludnia się zachodnia i środkowa Polska i za chwilę mało które rejony poza "Wielką piątką" utrzymają swoją pozycję. W Warszawie z kolei mieszka 200 tys. ludzi więcej niż 1,8 mln, jak podają oficjalne dane.

Jakie są skutki tak dużych różnic między danymi oficjalnymi a rzeczywistymi?

- Wiedza o rzeczywistych, a nie wirtualnych procesach demograficznych ma kolosalne znaczenie dla polityki społecznej, rozwoju przestrzennego, zapotrzebowania na różne usługi publiczne. Przykładowo dla trafności prognoz, które są dla całego kraju przeszacowane. Powinny być one robione wariantowo, czyli przy różnych scenariuszach. W taki sposób powinny być robione prognozy dotyczące imigracji do Polski, gdyż wszystko na to wskazuje, że Polska z kraju emigracyjnego może stać się krajem imigracyjnym.

Które prognozy są przez to najbardziej obarczone błędem?

- Dotyczące rynku pracy, bo tu jest najwięcej niewiadomych zmiennych, dotyczących koniunktury. Ale pamiętajmy, że nie po to robi się prognozy, żeby wiedzieć co będzie, bo tego się nie da dokładnie przewidzieć - chyba że się trafi szóstkę w lotka, ale po to, żeby zakładać różne warianty dostosowania się do różnych scenariuszy, jakie mogą wystąpić.

Jakie scenariusze demograficzne są najbardziej prawdopodobne w dłuższej perspektywie?

- Jeśli policzymy podaż i popyt na rynku pracy, czyli z jednej strony osoby w wieku produkcyjnym, a z drugiej zakładane miejsca pracy w różnych wariantach, to w najlepszym, czyli najbardziej optymistycznym scenariuszu, w roku 2050 będziemy potrzebowali około 1,5-2 milionów "rąk do pracy" i to przy założeniu, że rozwinie się robotyzacja, automatyzacja itp. Dla gospodarki to są złe wiadomości. W najbardziej pesymistycznym wariancie będzie brakowało nawet około 7 mln rąk do pracy. Żeby jeszcze bardziej zobrazować tę sytuację - dziś mamy trochę ponad 16 mln osób pracujących, a wskaźnik aktywności ekonomicznej ludności wynosi jakieś 60 proc., jeśli uwzględnić nierejestrowaną emigrację zagraniczną. Natomiast w roku 2050 będzie nas na terytorium kraju jakieś 15 mln osób w wieku produkcyjnym. Zatem, żeby utrzymać obecną liczbę miejsc pracy, musielibyśmy pracować wszyscy w wieku 18-65 lat i jeszcze brakowałoby ponad jednego miliona. Widać więc o jakim problemie mówimy.

Narastającym problemem będzie brak rąk do pracy, co już jest odczuwalne i z tego między innymi wynika liczna, bo sięgająca ponad jednego miliona osób, imigracja zarobkowa np. z Ukrainy, ale będzie jeszcze znacznie gorzej.  Dlatego nie ma się co łudzić - konieczne będzie w przyszłości wydłużenie wieku emerytalnego. To jest oczywiste, choć politycy udają, że tego nie wiedzą. Tylko trzeba to robić stopniowo, edukować ludzi i tłumaczyć dlaczego jest to konieczne, że na przykład żyjemy coraz dłużej i w coraz lepszym zdrowiu, a nie wprowadzać tak drastycznych zmian systemowych w zasadzie bez konsultacji społecznych, jak to było w 2013 roku.

Nie mamy co liczyć na większą imigrację zarobkową do Polski?

- Możemy i powinniśmy, ale do tego potrzebna jest sensowna i długofalowa polityka.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje