Drugi dzień procesu: Dowódca się nie przyznaje

Kpt. Olgierd C. - dowódca żołnierzy oskarżonych o zabicie cywili w afgańskiej wiosce Nangar Khel - nie przyznał się dziś przed sądem do stawianych mu zarzutów. Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie kontynuuje proces siedmiu żołnierzy.

- Nie przyznaję się do winy - powiedział kpt. C. Odmówił składania wyjaśnień, prosząc by sąd odczytał jego pisemną odpowiedź na akt oskarżenia.

Reklama

Kpt. Olgierd C. mówił w śledztwie, że prokuratura wojskowa nie zna specyfiki działań wojennych, zaś on jest niewinny, a mimo to został aresztowany - z czym nie może się pogodzić.

Sędzia Mirosław Jaroszewski odczytuje wyjaśnienia kpt. C., jakie składał on w Wydziale ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Poznaniu. Kpt. C. mówił wtedy, że ma wiele zastrzeżeń do działań prokuratury. Powtarzał to później w odpowiedzi na akt oskarżenia, zarzucający mu wydanie rozkazu ostrzelania wioski, do czego on się nie przyznaje.

"Wszystko, w co wierzyłem: zasady, wiara w państwo prawa, przestały się liczyć, gdy zaczęły się liczyć czyjeś koniunkturalne interesy" - napisał kapitan w odpowiedzi na oskarżenie. Protestował przeciw temu, że jego nazwano zbrodniarzem, a "tragedię, która się wydarzyła - ludobójstwem". Żandarmerii Wojskowej zarzucił "brak podstawowych zasad szacunku dla munduru i stopnia wojskowego" przy zatrzymywaniu go.

Olgierd C. zaprzecza, by wydał taki rozkaz i by meldowano o gotowości do strzelania z moździerza. W śledztwie twierdził, że były informacje o pobycie talibów w tym rejonie - ale w innej miejscowości.

Kpt. C. mówił w śledztwie, że inny oskarżony - plut. Tomasz Borysiewicz "Borys" (on i chor. Andrzej Osiecki "Osa" oraz ppor. Łukasz Bywalec - "Bolec" zgadzają się na podawanie danych) - pytał go przed wyjazdem, po co w ogóle biorą moździerz. "Odpowiedziałem, że do ostrzelania linii gór. Gdy Borysiewicz spytał, czy to znaczy, że będziemy też strzelać do miejscowości, odpowiedziałem "tak, jeśli zajdzie taka potrzeba". Dla osób znających zasady użycia broni było jasne, co to oznacza" - mówił oskarżony w listopadzie 2007 r.

Wcześniej mówił on, że "Borys" oraz "Osa" byli doświadczonymi żołnierzami i to pod ich wpływem miał pozostawać por. Bywalec - młodszy od nich i niedoświadczony jeszcze oficer. "Uznałem, że choć jest on młody, to z takimi pomocnikami sobie poradzi i szło dobrze, póki wszystko było dobrze" - powiedział w śledztwie Olgierd C. W wyjaśnieniach ze śledztwa wskazywał też, że rozmawiał z mieszkańcami ostrzelanej wioski i przekonywał ich, że strzały padły przez pomyłkę, a Afgańczycy to zaakceptowali.

Kpt. Olgierd C. zaprzecza, że to on sugerował żołnierzom, by tłumaczyli, iż ostrzał był odpowiedzią na atak bojowników talibańskich.

"Nie użyłem określenia, że ich zadaniem będzie napier.... wiosek, ja takich słów w ogóle nie używam. Mówiłem o "napylaniu" po górach. Nigdy nie powiedziałem, że gniew boży ma spaść na te wioski" - mówił, odnosząc się do przypisywanych mu przez współoskarżonych stwierdzeń.

C. mówił śledczym (sąd odczytuje jego wyjaśnienia z prokuratury wojskowej - red.), że będąc w bazie po otrzymaniu informacji, iż "żołnierze strzelali do wioski, bo taki mieli rozkaz", powiedział, że "tak tłumaczyli się naziści w Norymberdze".

Odnosząc się do faktu, że ostrzał Nangar Khel nastąpił kilka dni po śmierci w Afganistanie jednego z polskich żołnierzy, mówił, że "nigdy nie dawał podstawy, by obarczać za tę tragedię ludność cywilną".

W śledztwie C. zeznał, że w plutonie, z którego pochodzą oskarżeni, nie było "dobrej atmosfery". Przypomniał, że kilku żołnierzy chciało wrócić do kraju już po kilku tygodniach trwania misji, m.in. z powodu zbyt słabego opancerzenia pojazdów. Jak opowiadał, żołnierze z plutonu chcieli się wyróżniać - nosili na mundurach "trupie główki", a rysunek czaszki z piszczelami traktowali jak swój emblemat. "Po zajściu wojsko się podzieliło na pierwszy pluton i resztę zespołu bojowego. W toalecie pojawiły się napisy - mordercy i zabójcy dzieci" - mówił w śledztwie.

Jak relacjonował, dochodziły do niego informacje, że "żołnierze uzgadniali między sobą wersję, żeby obciązyć go całą odpowiedzialnością" i że "jest wrabiany". "Byłem przekonany, że mi się wierzy, bo nawet raz nie byłem w Afganistanie przesłuchany, przełożeni mi ufali" - ocenił w śledztwie. Wskutek ostrzału wioski przez polskich żołnierzy 16 sierpnia 2007 r. na miejscu zginęło sześć osób - dwie kobiety i mężczyzna (pan młody przygotowujący się do uroczystości weselnej) oraz troje dzieci (w tym dwoje w wieku od trzech do pięciu lat). Trzy osoby, w tym kobieta w zaawansowanej ciąży, zostały ciężko ranne (kobieta w wyniku obrażeń urodziła martwe dziecko).

Prokuratura oskarżyła siedmiu żołnierzy - sześciu z nich: chorążego Andrzeja O., plutonowego Tomasza B., kapitana Olgierda C., podporucznika Łukasza B., starszego szeregowego Jacka J. i starszego szeregowego Roberta B. o zabójstwo ludności cywilnej, za co grozi kara dożywotniego więzienia. Siódmego - starszego szeregowego Damiana L. - oskarżono o ostrzelanie niebronionego obiektu, za co grozi kara od 5 do 15 lat pozbawienia wolności i - w wyjątkowych przypadkach - kara 25 lat więzienia.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje