Reklama

Reklama

Funkcjonariusz CBŚ ostrzegał zabójców?

Nowy wątek w śledztwie dotyczącym zabójstw właścicieli kantorów bada krakowski wydział Prokuratury Krajowej - poinformował naczelnik wydziału prok. Marek Wełna.

- W ramach śledztwa ze sprawy zabójstw kantorowców, zakończonej skierowaniem do sądu aktu oskarżenia, wyłączono do oddzielnego prowadzenia materiał dowodowy dotyczący ewentualnego dopuszczenia się przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych w związku z dokumentowaniem tzw. czynności operacyjnych policji - powiedział prok. Wełna.

Reklama

Z uwagi na charakter postępowania, związany z badaniem materiałów objętych tajemnicą państwową, prokuratura odmawia podania bliższych szczegółów postępowania.

Pytany, czy chodzi o współpracę jednego z oskarżonych o zabójstwo z Centralnym Biurem Śledczym, prok. Wełna odmówił odpowiedzi, zasłaniając się tajemnicą państwową.

O tym, że tajny współpracownik CBŚ brał udział w serii pięciu morderstw właścicieli kantorów, jaka miała miejsce między końcem 2005 roku a wiosną 2007 roku, napisał w poniedziałek "Dziennik". Według gazety krakowscy prokuratorzy badają, czy swoją współpracę wykorzystywał on jako parasol ochronny dla zbrodniczej działalności. "Dz" podaje także, że to, iż bandyta był współpracownikiem, z pewnością opóźniło zatrzymanie morderców.

Według rozgłośni RMF, zabójcy właścicieli kantorów mogli być informowani o ruchach policji przez funkcjonariusza CBŚ, który zwerbował do współpracy swojego znajomego, obecnie oskarżonego o zabójstwa.

Prokuratura oskarżyła Tadeusza G., Jacka P. i Wojciecha W. o dokonanie zabójstwa w Kraśniku (w grudniu 2005 roku), usiłowanie zabójstwa w Sosnowcu (w styczniu 2006 roku), zabójstwo w Tarnowie (styczeń 2007), zabójstwo i usiłowanie zabójstwa w Piotrkowie Trybunalskim (styczeń 2007) i podwójne zabójstwo w Myślenicach (luty 2007).

Ofiarami napastników padli właściciele kantorów lub osoby związane z obrotem walutą. Napady poprzedzone były długotrwałą obserwacją, a napastnicy najpierw strzelali, a dopiero potem rabowali. Z tego powodu media określały ich mianem "gangu zabójców".

Do zrabowania większych sum pieniędzy doszło jednak tylko podczas napadu w Kraśniku (70 tys. zł) i Myślenicach (164 tys. zł).

Do każdego napadu napastnicy przygotowywali specjalnie broń, by nie można jej było zidentyfikować jako wykorzystaną w innym napadzie, przewidywali również likwidację ewentualnych świadków, w tym dzieci.

Wszyscy oskarżeni pochodzą z rejonu Kielc i Skarżyska Kamiennej. Decydujący - według prokuratury - o napadach Tadeusz G. jest rolnikiem, hodowcą truskawek. Wojciech G. pracował w zakładach Mesko i pomagał przy zdobywaniu i przerabianiu broni. Jacek P., bezrobotny, był na utrzymaniu rodziny.

Wszyscy oskarżeni postrzegani byli jako tzw. normalni, sympatyczni i życzliwi ludzie, mieli rodziny. Tylko jeden z nich był w przeszłości karany za umyślne paserstwo.

W śledztwie tylko Jacek P. przyznał się do winy i wyrażał skruchę. Pozostali oskarżeni nie przyznali się do winy. Grozi im kara dożywocia.

Jak poinformował prok. Marek Wełna, do przełomu w śledztwie doszło po napadzie w Myślenicach. Policja, w wyniku wykorzystania pogłębionych procedur analitycznych, uzyskała wtedy dowody, które pozwoliły na typowanie sprawców i znalezienie powiązań pomiędzy napadami dokonywanymi w innych częściach kraju.

Z informacji ze śledztwa wynikało, że mogły to być wyniki badań balistycznych łusek, które znaleziono na miejscu napadu w Myślenicach. Prokuratura podkreślała jednak, że przestępcy dbali o to, by nie zostawiać śladów na miejscu napadu.

Dowiedz się więcej na temat: prokuratura | oskarżeni | zabójstwo | Myślenice | Wełna | prok | funkcjonariusz | CBŚ

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje