Reklama

Reklama

Jerzy Borowczak: Lechu powiedział, że czwartek pasuje

Jerzy Borowczak /Marcin Bruniecki /Reporter

"Jak rozpoczynałem strajk, tego się bałem najbardziej. Tej odpowiedzialności. Jak zamkną ojca dwójki dzieci, co ja powiem jego żonie? Przeklną mnie! Mój bezpośredni przełożony mówił, że na początku byłem blady, jak ściana" - mówi w rozmowie z Interią Jerzy Borowczak, inicjator strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku. "Lechu był najważniejszy. Kto inny miałby stanąć na czele? Umówiliśmy się o 5 rano przy bramie" - wspomina.

Maciej Słomiński, Interia: Po co pan właściwie wywołał strajk w sierpniu 1980 roku?

Reklama

Jerzy Borowczak, inicjator strajku w Stoczni Gdańskiej w 1980 roku: - Od małego fascynował mnie Gdańsk. Oglądałem filmy o Westerplatte, o II wojnie światowej. W 1970 roku z kolegą Zbyszkiem Łuczakiem chcieliśmy jechać do Gdańska - w telewizji pokazywali, że tam na ulicach wojna, że warchoły strajkują. Próbowałem pakować plecak, ale rodzice udaremnili ten wyjazd, miałem 13 lat. Mój ojciec był sołtysem, w 1970 roku władza przyjeżdżała do nas do domu i pytała, jak się okoliczni obywatele zachowują. Wokół mieszkali ludzie, co już trochę od władzy ludowej wycierpieli. Byli przesiedleńcy z "Akcji Wisła". Jak popili, to głośno gadali, co ich spotkało. Ponadto Ukraińcy, Łemkowie, prawosławni.

Urodził się pan w Białogardzie, jak m.in. były prezydent Aleksander Kwaśniewski.

- Na tych terenach stacjonowała Armia Czerwona, więc polityka była obecna w moim życiu od samego początku. Ojciec słuchał Radia Wolna Europa, leżąc na ziemi jako bobas, siłą rzeczy też słuchałem. Byłem z domu chłopskiego, ojciec miał kilka hektarów, obok był PGR w miejscowości Dobrowo. Jeszcze w szkole poczułem, że mimo iż oficjalnie jest socjalizm, w tym systemie są równi i równiejsi. PGR-wskie dzieci miały za darmo mleko, bułkę - my nie. Mnie to wkurzało. Nauczyciele byli za dziećmi z PGR, na nas krzyczeli, że jesteśmy kułacy. W szkole podstawowej dorobiłem się ksywy "Adwokat". Pielgrzymowałem do naszej nauczycielki śp. pani Kowalczyk z pytaniami: - Czemu Maniek Woźniak zapomniał zeszyt i dostaje dwóję, a Danusia Ślusarska zapomniała i nic?. Na co pani nauczycielka: - Ja Danusi ufam. 

- Dorastaliśmy w otoczeniu Rosjan, mieliśmy z nimi konflikty, przełazili z koszar przez płoty, odwiedzali nasze dyskoteki, wtrącali się. Z 17 lat miałem, gdy zdemolowali naszą piwiarnię, myśmy im w rewanżu rozwalili kasyno. Milicja zdecydowała, żeby sprawy nie ruszać, bo się rozniesie, że przyjaźń polsko-radziecka jest zagrożona. Takie były pierwsze moje kroki w polityce (śmiech).

Do Gdańska przyjechał pan za robotą?

- Okrężną drogą. Najpierw poszedłem do wojska, do Krakowa, potem do Piły. Chorąży pyta: "Chcecie jechać na misję stabilizacyjną na Bliski Wschód?". Oczywiście, że tak! Koledzy się pukali w czoło: "Tam strzelają, zabiją cię!".

Tam przynajmniej cieplej.

- Nie wiedziałem wtedy, że będzie padać raz w roku. Wybrali mnie, mimo że nie miałem 170 cm wzrostu. Byłem za to sprawny, dobrze rzucałem nożem, szybko biegałem, małpi gaj to była dla mnie pestka. Nie należałem do ZSMP (Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej). Sierżant Soboń był dowódcą naszego plutonu, mówię do niego: - To fikcja, po co się będę zapisywał? Ja bym się zapisał, ale to by musiało prężnie działać!. Przyszedł 21 grudnia 1978 roku, dostałem rozkaz wyjazdu. Byłem w Syrii i na półwyspie Synaj, tam poznałem kolegów z Gdańska. Dowódcą 1800 chłopaków, którzy pojechali na misję, był pułkownik Edward Wejner. W grudniu 1970 roku jako porucznik dostał kompanię i rozkaz odblokowania Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Nie wykonał tego rozkazu.

Odmówił?

- Nie tyle odmówił, bo by go od razu zastrzelili, ale wyjaśnił, że tam jest tylu stoczniowców, żeby ich musiał kłaść seriami amunicji. Wrócił z kompanią do jednostki, od razu pod sąd polowy. Na jego szczęście Gomułkę zmienił Gierek i się rozeszło. Zasłużony dla LWP, jako młody żołnierz, był na misjach w Korei i Wietnamie. Pochodził z dobrej rodziny, nie ukrywał, jakie posiadłości mieli kiedyś, aż dziwne, że go tak awansowali. Mówię mu: - Panie pułkowniku, pan to nie bardzo pasuje do ludowego wojska.

Młody żołnierz śmiał mówić pułkownikowi, że nie pasuje do komunistycznej armii?

- Tam było inne życie, byliśmy bardziej wolni niż w Polsce. Po kilku miesiącach poznaliśmy się i lody puściły. W październiku 1979 roku wyszedłem z wojska. Na jeden dzień wróciłem do domu, ojciec chciał, żebym przejął gospodarkę po nim. Ale miałem inne plany, dostałem pracę w Stoczni Gdańsk imienia Lenina. Nawet się nie spodziewałem, że tak szybko dostanę robotę, ale działał tzw. łapacz. Za każdego złapanego do pracy dostawał premię.

Dziś byśmy powiedzieli "head hunter".

- Podałem mu dowód, ten wstawił pieczątkę "Stocznia Gdańsk".

W dowodzie była pieczątka zakładu pracy?

- Oczywiście! Jak ktoś niezatrudniony, znaczy "niebieski ptak" i do więzienia.

Dzięki temu nie było bezrobocia.

- Milicja, jak zatrzymywała, to nie patrzyła na adres, tylko gdzie zatrudniony. Od razu skierowanie na badania. Masz mapkę Stoczni, tu się zgłosisz. Tu masz kwaterę. Sopot, Pogodna 8.

Stocznia dawała mieszkanie od ręki?

- Kwaterę. Na piętrze były trzy pokoje, jeden był dla mnie.

Płacił pan za ten pokój?

- Nie, za wszystko Stocznia. Za bilety dojazdowe też. Myśmy za nic nie płacili.

Wszystko działo się szybko.

- Wszedłem na halę w Stoczni. Pomyślałem: "Co ja tu będę robił?". Hala cztery hektary pod dachem, kupa blach, dwie suwnice nad głową zasuwają. Zostałem pomocnikiem i zaraz zacząłem ściszonym głosem pytać - co tu się w grudniu działo? Wszyscy na mnie, że pewnie jakiś kapuś albo prowokator. Któregoś dnia jadę kolejką do roboty, idzie gość z ulotkami. A tam adres Bogdana Borusewicza. Poszedłem. Otworzyła siostra Bogdana, Róża. Zmierzyła mnie wzrokiem: - Nie, nie, to już nieaktualne, nikt tu taki nie mieszka. Nie dawałem za wygraną i wciąż wracałem. To było koło Wszystkich Świętych.

Miesiąc po przyjeździe do Trójmiasta?

- Nawet nie, krócej. Z takim celem przyjechałem, w ogóle tego nie kryłem. Po to, by nawiązać kontakty. Od lat słuchałem Wolnej Europy, wciąż mówili, że kogoś zamykali. Albo Annę Walentynowicz, albo najczęściej Lecha Wałęsę, Bogdana Borusewicza, a jeszcze częściej Jacka Kuronia lub Adama Michnika. Poszedłem któregoś razu i otworzył "Borsuk". Zaczął mnie pytać, gdzie pracuję, na którym wydziale, kogo znam, gdzie mieszkam. W grudniu już się dobrze znaliśmy i ufaliśmy, dał mi do rozwieszenia klepsydry.

Dziś w sopockich lasach jest "Szlak Borsuka", można się przejść ścieżką, którą opozycja uciekała przed SB-kami.

- Uważałem, że to nie miało sensu, ale Bogdan ciągnął za sobą ogon, żeby ich zmęczyć. Nie da rady ich tam zgubić, drzewa liściaste, nie świerki, tam widać na 100 metrów naprzód. Któregoś dnia przyszedł do mnie Borusewicz z Alinką Pienkowską. Myślałem, że to córka. Jak podała mi rękę, to dłoń miała jak dwa moje palce. "Borsuk" wyznaczył mi trasę do Szczecina, znam te okolice: Sławno, Koszalin, Białogard. Zorganizowałem grupę, dwóch-trzech zaufanych chłopaków i jeździłem po kościołach. Niektórzy księża mnie wypraszali za teren. Inni grzecznie prosili, by ulotki rozdawać zza płotu, bali się, że kościół budują, że cementu nie dostaną.

Lato roku 1980 było wyjątkowo gorące.

- W lipcu strajkował Lublin, pojechaliśmy do Warszawy do Jacka Kuronia.

Z roboty wziął pan wolne?

- Nie było z tym problemu, 17 tysięcy ludzi na stoczni robiło, kolega kartę odbił. Mój szef Kuba Świetlicki mrugał oczami i mógł udawać, że nie widzi, że mnie nie ma. "Borsuk" zabrał mnie i Bogdana Felskiego, by nas poznać z KOR-owcami. A tam w stolicy się z nas nabijają, że Lublin strajkuje, a Gdańsk pracuje. Przodował w tym Kuroń, tym swoim barytonem. "Borsuk" na to: - Jeszcze was zaskoczymy.

Na ambicję wam chcieli wjechać?

- Chyba tak. Wróciliśmy do Gdańska. Na 3 Maja byliśmy pod pomnikiem Sobieskiego, do puszki zamknęli przemawiających Dariusza Kobzdeja i Tadeusza Szczudłowskiego. Jak zamknęli, to musieli trzy miesiące później wypuścić, czyli na początku sierpnia. Na Sienkiewicza 10 zrobiliśmy imprezę powitalną, jak wychodzili. Przyszła Ania Walentynowicz. Powiedziała, że ją zwolnili ze stoczni. To był 7 sierpnia.

Jednak strajk w końcu udało się zacząć, 14 sierpnia.

- Mieliśmy zacząć 13 sierpnia w środę, ostatecznie zaczęliśmy dzień później. Dziwię się dziś, że byliśmy tak profesjonalnie przygotowani. Mieliśmy dużo ulotek, mapę Stoczni, tu mój wydział, tu Felskiego, tu trzeba zablokować most, żeby nam go nie otworzyli, bo jak podzielą stocznię na pół, to będzie po herbacie. W ulotkach żądaliśmy przywrócenia Ani Walentynowicz do pracy, ani słowa o strajku. Gdybyśmy o tym napisali, a protest by się nie udał, ponieślibyśmy konsekwencje, z kilkumiesięczną odsiadką włącznie. Ania miała trzy odznaczenia: brązowe od Bieruta, srebrne od Gomułki, złote od Gierka! Chciałem, żeby o tym nie pisać, ale Bogdan mówi: - Te medale na dzień stoczniowca wywrotką przywozili, każdemu dawali!.

Od razu mieliście w głowach słynne 21 postulatów?

- A gdzie! Trzy! W tym dwa płacowe. Plus przywrócenie Ani do pracy. Bogdan mówi, żeby napisać, że chcemy 200 złotych podwyżki. Na co Felski: - Tyś chyba zwariował! Kto będzie za tyle strajkował! Ania pracowała na W2, gdy ją zwolnili, nikt się za nią nie wstawił.

Nie była lubiana?

- Nie bardzo. Walczyła ze wszystkimi. Indywidualistka. Do końca nie zmieniła swego charakteru. Ludzie znali jej życiorys, że była w Lidze Obrony Kraju, że pojechała na zjazd komunistów do Berlina. O tym, że była Ukrainką, nawet SB nie wiedziało.

Baliście się?

- Co miałem do stracenia? Tę kwaterę, co dostałem od stoczni?

Dziesięć lat wcześniej strzelali do ludzi.

- Najważniejsza kwestia: co zrobić, żeby ludzie nie wyszli na ulice jak w 1970 roku? Trzeba zarządzić minutę ciszy i zaśpiewać hymn, żeby przypomnieć o ofiarach Grudnia. Wałęsa mówił, że nie może sobie tego darować. Był w komitecie strajkowym i pozwolił ludziom wyjść na ulice. To była prowokacja! Po co palić Komitet Wojewódzki? Wiadomo, że jak się takie rzeczy robi, to władza musi odpowiedzieć. Przecież to chuliganeria. Starczy jeden prowokator w tłumie, wybije szybę w sklepie i potem pójdzie.

Skąd się wzięło się opóźnienie strajku o jeden dzień?

- Środa, 13 sierpnia, Wałęsie nie pasowała. Urodziła mu się córka Ania i musiał ją zarejestrować. Lutek Prądzyński pojechał do Lecha na Stogi, pisze mu, co i jak. Używało się takiego znikającego atramentu, by nie zostawiać śladów. Wałęsa był zajęty, chyba wypełniał totolotka. Pojechałem nazajutrz i mówię mu: - Lechu, jutro widzimy się przed piątą przy drugiej bramie, pamiętasz? A on: - Co? Ja nic nie wiem! - Nie było u ciebie Lutka? - No był, coś pisał. Jutro mi nie pasuje, muszę iść do urzędu, Danka mnie zabije! - A czwartek? - Tak, w czwartek mogę!

Czemu Wałęsa był dla was taki ważny?

- Gdy w 1979 roku pod Stocznią organizowaliśmy dziewiątą rocznicę grudnia, Lechu przemawiał.

Ilu ludzi przyszło?

- Z siedem tysięcy. Stocznia specjalnie zrobiła dzień wolny od pracy. Wtedy już wiedziałem, z kim mam gadać. Tu chłopaki z Tczewa, tu z Wejherowa. Że im się chciało przyjechać, pomyślałem, to musi być duża rzecz. Lechu przemawiał: "Jeśli za rok, na dziesiątą rocznicę grudnia, władza nie postawi pomnika ku czci pomordowanych stoczniowców, to każdy z nas przyniesie kamień i z tych kamieni usypiemy go!". To był urodzony wódz.

Teraz już rozumiem.

- On był najważniejszy. Kto inny miał stanąć na czele strajku? Jakie ja miałem doświadczenie? Byłem ledwie dowódcą drużyny. Felski niemowa, Prądzyński jeszcze gorzej. Umówiliśmy się o 5 rano przy bramie, przez nią wchodziło siedem-osiem tysięcy ludzi. Chodziło o to, żeby przemycić tych, którzy nie pracowali w stoczni, na jej teren, czyli Lecha i "Borsuka".

Czyli to, że Wałęsa przeskoczył przez płot to jest jedynie ludowa legenda?

- On w ogóle nie przyszedł!

Jak to? Ale najpierw niech pan powie, jak pan spał tej nocy przed rozpoczęciem strajku?

- W ogóle nie spałem. Nie dlatego, że strajk. Mój kolega mieszkał na kwaterze w Sopocie, napisał anons matrymonialny do gazety "Nowa Wieś". Nie wiem, czy takie gazety teraz jeszcze są?

Nie ma. Teraz randki przeniosły się do internetu.

- On dostawał tyle "zgłoszeń", że listonosz odmawiał przynoszenia listów. Musieliśmy iść na pocztę odebrać je sami. Potem je czytaliśmy, ja brałem dziewczyny poniżej 160 cm, on powyżej. Jedna mnie się spodobała, Basia Sroka, mieszkała w Warszawie. Zaprosiłem ją do Trójmiasta. Dostała z siostrą wczasy na Kaszubach i odezwała się do mnie tuż przed strajkiem. Jak się tu ich pozbyć, myślałem, bo miałem ważniejsze rzeczy na głowie. Zaproponowałem nocleg, ale one, że nie, że chcą do ośrodka na Kaszubach. To świetnie się składa, bo Stocznia ma 18 zakładowych autokarów, które rano dowożą ludzi do pracy, to może wrócą nimi do tego ośrodka. Autobus ruszał spod dworca PKS, poprosiłem kierowcę, żeby je podwiózł. Zaraz biegiem pod Stocznię, piękna pogoda, słońce, czekam i czekam, nikogo nie ma. Za kwadrans szósta. Co się stało, że nikogo nie ma? Idzie Ludwik. Co robimy? Zaczynamy! Na co on: - Ja nie mam ulotek. - Jak nie masz? - Bogdan miał mieć. - A plakaty masz? - Nie.

Dramat. Nie wiem, jakim cudem ten strajk się udało zacząć?

- Biegniemy do mnie na wydział, trochę ulotek miałem. Kawał drogi, aż na "copek", ale byliśmy młodzi, wysportowani, szybko poszło. Była mowa, że zaczynamy na szatni, wtedy dajemy ulotki. Gdy weszliśmy, część ludzi już była, nie trzymałem ulotek u siebie w szafce, bo SB-cy ciągle sprawdzali. Jeden chłopak się zwalniał, dał mi swoją szafkę i kłódkę. Dałem Lutkowi ze trzy plakaty i koło tysiąca ulotek. Plan był taki, że jak staniemy na K5, od razu na K3 wysłać trzeba gońca. Olek Żelazo, stary majster, miał 60 lat, na mnie patrzył i mówi: - Ty "Borówa" do pierdla pójdziesz, matka ci będzie paczki wysyłać. Ty wiesz co ty robisz?

- Na halę nie chciałem iść, bo tam był Jasiu Łabędzki, członek biura politycznego, był spawaczem, prawdziwy komunista, zasuwał za trzech. Janek mówi: - Jurek, co ty robisz, to będzie lawina! Ja na to: - Dziękuję ci Jasiu, jak ty mówisz, że lawina to na pewno się uda. Trochę nam zajęło obejść od wydziału do wydziału. Ogromny teren.

Stocznia to jak miasto w mieście.

- 160 hektarów. Ten chce schować narzędzia, inny krzyczy: "czekajcie maszynę wyłączę!"

Porządni ludzie, nie rzucali narzędzi pracy w nieładzie.

- Każdy miał je na stanie. Przecież to kosztuje, lewarek, jak ukradli, to pięć tysięcy trzeba było płacić. Nie pilnujesz, to płacisz. Pod trzecią bramą postaliśmy trochę z transparentami, żeby ludzie w tramwajach zobaczyli, co się dzieje. Wtedy pojawił się Felski.

Wszyscy stoczniowcy się przyłączali do strajku, czy byli oporni?

- Ja im wyłączyłem prąd, wszystkie prostowniki do spawania w dół.

Kiedy pojawił się Wałęsa?

- O 10.30. W samą porę, sam bym nie dał rady. Hymn odśpiewany, zarekwirowaliśmy koparkę i w trójkę na niej stoimy. Mówimy z Lutkiem i Felskim, że zwolnili Annę Walentynowicz, że Gdynia stoi, K3 stoi, K5 stoi. Kłamałem, bo Gdynia nie stała, ale trzeba było jakoś tych ludzi podpompować. Żądamy 1000 zł podwyżki, dodatku drożyźnianego. 12 tysięcy ludzi mnie słuchało. Wybieramy komitet strajkowy i zbieramy postulaty. Proszę do komitetu takich, co znają stocznię, ludzi z autorytetem w brygadach. A tu się zgłaszają same gołowąsy. Gdy miałem zapisanych 20 osób do komitetu, przyszedł do nas dyrektor Klemens Gniech: "Zapraszam komitet do mnie, a reszta do roboty". Od dziecka był w Stoczni i po nazwisku wzywa ludzi, by wracali do swych zajęć. Ja stałem na tej koparce i myślę: "Aha, no to już zaprotestowaliśmy. Ludzie wrócą do roboty i koniec strajku". Przyznam szczerze, że zastanawiałem się, gdzie uciekać. Nagle patrzę, biegnie. Lechu.

Pojawił się w idealnym momencie.

- Jak u Hitchcocka. Wszedł na koparkę, od razu go dopisałem do komitetu na 21. miejscu. Zaczął przemawiać. Gniech skulił się w sobie.

Wie pan, co mówią? Że Wałęsę przywiozła motorówka.

- Różne dyrdymały słyszałem. Żaden uczciwy stoczniowiec w to nie uwierzy. Motorówką niemożliwe kogoś przywieźć, każdy wie, jakie są wysokie nabrzeża w Stoczni. Poza tym to nie jest tak łatwo, musieliby podnieść most, dyspozytor musiałby dać zgodę. Nawet SB nie miała takiej mocy, by to nakazać. Wtedy były procedury, nie to co teraz, że lądują gdzie chcą, a samolotem prezydenckim zamiast pilota leci instruktor.

Co by się stało, gdyby Wałęsa przyszedł później?

- Strajk załamałby się na samym początku. Nie wiem nawet, czy byśmy poszli do dyrektora na rozmowy? Ja bym nie poszedł, uciekłbym. O siebie się mało bałem, byłem w gorszych sytuacjach na Bliskim Wschodzie. Bałem się o innych. Rozmawiałem z Anią Kowalczyk, ona miała 16 lat, gdy była w Powstaniu Warszawskim.

Pracowała w stoczni?

- Nie. Mieliśmy samokształcenia, ciężko pracowaliśmy. Prawie każdego dnia mieliśmy spotkania z kimś ważnym. Ktoś kto był na Syberii albo z przedwojennym profesorem albo z kimś z powstania.

Kto te spotkania organizował?

- Bogdan Borusewicz. Albo Ruch Młodej Polski - Bożena Rybicka i Magda Modzelewska.

Jak się komunikowaliście? Telefony pewnie były podsłuchiwane.

- Wiadomości były przekazywane na kartce. Albo na spotkaniu już się umawialiśmy na następne. Przeważnie spotkania były w prywatnych mieszkaniach. Latem, gdy było cieplej, we Wrzeszczu w teatrze leśnym koło Jaśkowej Doliny. Tam poznałem Andrzeja Gwiazdę. Opowiadał, jak ojciec po wojnie za alkohol załatwił, żeby ich wypuścili z Kraju Rad po sześciu latach.

Co z tą Anią Kowalczyk i Powstaniem?

- Opowiadała, jak zwykli warszawiacy wylewali wrzątek na nich, rzucali, czym mieli pod ręką. Wiedzieli, że jak zginie jakiś Niemiec, ci od razu będą to miejsce bombardować. Ludzie przepędzali powstańców, strzelali do nich, zabijali ich! Jak rozpoczynałem strajk, tego się bałem najbardziej. Tej odpowiedzialności. Jak zamkną ojca dwójki dzieci, co ja powiem jego żonie? Przeklną mnie! Mój bezpośredni przełożony Kuba Świetlicki mówił, że na początku strajku byłem blady, jak ściana. Dyrygowałem ludźmi, w lewo, w prawo i oni mnie słuchali. A przecież posturą nie grzeszę. Mam 167 cm wzrostu.

Jak Maradona.

- No tak (śmiech). Wracając do Wałęsy, gdy on przyszedł z trzech postulatów zrobiło się siedem. Pojawił się pomnik pomordowanych stoczniowców, przywrócenie już nie tylko Ani, ale też Lecha do pracy, już nie tysiąc, a dwa tysiące podwyżki.

A co by się stało, gdyby komuniści spełnili te siedem postulatów?

- Nad tym się najdłużej zastanawialiśmy przed rozpoczęciem protestu. Jak mówiłem, mieliśmy wszystko zaplanowane. Środa, czwartek, jak się uda dociągnąć do weekendu, ktoś się na pewno dołączy. Obok mamy Stocznię Remontową, Stocznię Północną.

Kiedy w Stoczni pojawił się Borusewicz?

- W sobotę dopiero. Pytałem go, dlaczego, to mówił że musiał przypilnować innych spraw. Jakby się nie udało, pewnie bym drążył, a tak to nieważne.

Chcieli was przekupić?

- Nie po to zaczynaliśmy strajk, by skończyło się na misce. Lublin wziął michę i zakończył. Myśmy mierzyli wyżej. W siedmiu postulatach były legalne wolne związki zawodowe. Dyrektor Gniech nie chciał z nami rozmawiać. Mówił, że to nie jego kompetencja: "Może to przekazać do Warszawy?". Pomnik? "To nie teren stoczni. Możemy dać tablicę obok sali BHP, tam, gdzie jest tablica upamiętniająca pomordowanych w Stutthof. Chyba godne miejsce, prawda?".

Kiedy pojawiła się idea strajku solidarnościowego?

- Gdy przyjechał Polifarb z Oliwy, Wałęsa mówi: - Jurek, jedź do nich, podtrzymaj tę załogę na duchu. Byłem w Elektromontażu u Florka Wiśniewskiego, mówiłem, że będziemy z nimi solidarni. Pojechałem do ZNTK, tam pracowało 12 tysięcy ludzi. Jak powiedzieli przez mikrofon, że przyjechał Jerzy Borowczak ze Stoczni, ludzie ruszyli na płoty, jak na meczu.

Wasze żądania spełniono dość szybko.

- Zażądaliśmy od Gniecha nagłośnienia obrad na całą Stocznię, wielkie głośniki stały co 100 metrów. Heniek Mechliński mówi do Gniecha: - Panie dyrektorze, ja zarabiam 1800 zł. Gniech chwycił za mikrofon: - Czy załoga mnie słyszy? Ten komitet nie reprezentuje załogi Stoczni. Udajcie się na swoje wydziały, niech każdy wydział wybierze swoją trójkę reprezentantów. Z komitetu strajkowego 22-osobowego, bo jeszcze Ania doszła, zrobiło się 150 osób, cała sala BHP. Gniech przyszedł w sobotę i powiedział przez głośnik, że daje dwa tysiące podwyżki i na wszystkie postulaty się zgadza. Chłopaki pierwsze, co zrobili, to do szatni się przebrać i do domu. Zwycięstwo! Środek sierpnia, dzieci z kolonii wracają.

Koniec strajku.

- Mieliśmy pełne portki, "Borsuk", Lechu i ja wyszliśmy na zewnątrz - co tu robić? W innych zakładach pracy daliśmy słowo, że będziemy solidarni. Wróciliśmy na salę i Wałęsa mówi: - Ja jestem demokratą, będziemy głosować, kto jest za kontynuowaniem strajku? Nawet Ludwik Prądzyński zagłosował za zakończeniem, kopnąłem go w dupę ze złości.

Dosłownie?

- Tak! 25 osób za kontynuacją strajku, 125 za zakończeniem. Może źle Wałęsa to zrobił, ale jak demokracja, to pełna. Wziął mikrofon i powiedział, że uważa strajk za zakończony. I ciach odcięli mu fonię. Miał jeszcze powiedzieć, że kończymy swój strajk, a zaczynamy solidarnościowy z innymi zakładami. Nikt go już nie usłyszał. Gniech nadawał od siebie komunikat: "Kto do godziny 18 nie opuści terenu Stoczni, ten nie dostanie podwyżki". Jak ci ludzie biegli, jeden przez drugiego! Uciekali ze Stoczni! Pozabijali się prawie! Teraz jest "500 plus" i co się dzieje, a wtedy były dwa tysiące. 99,9 procent wyszło. Została nas niecała setka. Źle to rozegraliśmy.

Strajk uratowały kobiety?

- Kolejna legenda. Sienkiewicz był od pokrzepienia serc i dusz. Ja będę mówił prawdę, jak było, i niejeden kolega ma pretensje. Był koncert naszego barda Jacka Kaczmarskiego, zawsze wolałem gdzieś z tyłu, nie pchałem się na afisz. Na scenę poproszono Bogdana Borusewicza, Bogdana Felskiego, Ludwika Prądzyńskiego, oni siedzieli w pierwszym rzędzie. Zanim ja doszedłem do sceny z tylnego rzędu, trochę minęło, "Borsuk" mówi: - Jurek się spóźnił. Na co ja: - Ważne, że wtedy byłem na czas. Nie ma się co licytować.   

Pracować nie trzeba było, Stocznia wynajmowała kwaterę w Sopocie, wczasy zakładowe były. Dlaczego ten strajk? Chodziło o Katyń i obalenie ZSRR?

- Najwięcej zrobiła Służba Bezpieczeństwa. Gdyby nas nie prześladowali, nie zamykali, nie mielibyśmy z działalności opozycyjnej takiej frajdy. Zamykają nas, straszą, Bożena Rybicka nie pęka, Alina Pienkowska nie pęka, czemu ja mam pękać? Wkurzało nas to, że towarzysze biorą wszystko, że bez rekomendacji partyjnej nie można się dostać nigdzie. Zły byłem na mego ojca i mu to mówiłem. Jak weterynarz przyjeżdżał do krów, ojciec nie dość, że mu płacił, to jeszcze czapkował. - Co ty robisz, tato? - pytałem. Zapisał się do partii, nie z przekonań. Było tak: mieliśmy sześć czy siedem krów, była komasacja gruntu i nasza łąka zniknęła. Ojciec poszedł do gminy, gdzie jest łąka Borowczaków? W gromadzkiej radzie kazali iść do partii. A partia, jak dzisiejsze związki - pan nie jest naszym członkiem, więc nie pomożemy.

Chciałem uniknąć zahaczenia o czasy obecne, ale z przekąsem mówi pan o dzisiejszych związkach, o "Solidarności". Nie ma ona wiele wspólnego z tą pierwszą?

- Nie ma. Dziś to typowy związek zawodowy. Muszę przyznać, że całkiem skuteczny, tak samo OPZZ. Nie muszą strajkować, a dostają, co trzeba. Dziś to rząd jest bardziej związkowy, niż sam związek. Związek mówi: Chcemy 1860 zł płacy minimalnej. Wyszła premier Beata Szydło i mówi: dwa tysiące.

Jak się zatem udało uratować tamten strajk?

- Ze Stocznią Remontową przedzieleni byliśmy tylko bramą. Jak oni usłyszeli przez swoje głośniki, że dostaliśmy podwyżki, takim wózkiem spalinowym do nas przyjechali, krzyczą: - Co wyście zrobili, sprzedaliście nas! Robimy zatem Międzyzakładowy Komitet Strajkowy - MKS. Wchodzą do niego m.in. Alina, Wałęsa, Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis, Andrzej Kołodziej, Józek Przybylski, Florek Wiśniewski, Lech Bądkowski, AK-owiec i pisarz, żeby ktoś intelektualistów reprezentował. Razem 18 osób, działaczy lub przynajmniej sympatyków WZZ. 

- Ktoś wpadł na świetny z dzisiejszej perspektywy pomysł, żeby zrobić mszę na terenie Stoczni. Delegacje Remontowej i Północnej przyszły do nas na mszę. Pojechała delegacja do biskupa Kaczmarka, żeby wyznaczył księdza do odprawienia nabożeństwa. Biskup powiedział, że to nie jego decyzja, żebyśmy załatwiali to z Tadeuszem Fiszbachem, sekretarzem KW PZPR. Pojechali do niego, Fiszbach mówi, że nie ma nic przeciwko. Chwilę trwał pat, koniec końców msza się odbyła. Biskup zadzwonił do Henryka Jankowskiego, powiedział mu, że Stocznia leży na terenie parafii św. Brygidy, wiec mszę odprawi. Na nabożeństwie było 1500 osób. Na trzy stocznie - garstka ludzi.

Koniec weekendu, ludzie wracają do pracy.

- Poniedziałek. Przed bramą numer dwa - pięć tysięcy ludzi, godzina 5.30 rano. Stali, jak te kozy przeprawiające się przez rzekę w programie na Discovery. Przyszedł Lechu, radiowęzeł nam zabrali, więc wszedł na bramę, chwycił mikrofon: - Jak ktoś chce strajkować - to do Stoczni, jak przeszkadzać - to do domu. I znów, jak na Discovery. Najpierw dwóch, potem trzech, potem cały tłum przechodzi przez bramę, my im brawo bijemy. Ogólnie na Stoczni strajkowało 12 tysięcy osób. Przez weekend żony stoczniowców im suszyły głowę, że zdradzili, ci nie mieli wyjścia. Był taki Marian z Pruszcza, jego żona robiła w Północnej, taką mu awanturę zrobiła, że koniec. Wiele było takich przypadków.

Czyli jednak kobiety.

- Problem pojawił się potem. Myśmy pilnowali bram, żeby żaden obcy element nie wchodził. Jak pojawił się "Borsuk", władza to wykorzystywała, że pojawiły się elementy antysocjalistyczne, wichrzyciele, kontrrewolucja. Ludzie słuchali oficjalnych mediów i się bali.

Kiedy w stoczni pojawili się tzw. doradcy?

- Po pierwszej wizycie wicepremiera Jagielskiego, to chyba było 23 sierpnia. Są raporty SB na ten temat, Cenckiewicz to umieścił w internecie. Następnego dnia przyjechali Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Od razu się rozniosło, że ten pierwszy był w ambasadzie francuskiej attaché kulturalnym, drugi posłem w KIK-u.

To działało na korzyść?

- Nie bardzo. Kto wie, czy ich władza nie przysłała? A może to dobrze, że ich przysłali? Oni od razu powiedzieli, że decyzji nie chcą podejmować, a występować jako "eksperci". Dobrze, że się pojawili, bo to oni wymyśli formułę "Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych", my chcieliśmy "Wolnych Związków Zawodowych". Czuliśmy się silni, a tu potrzebny był kompromis. Władza była pod ścianą, a ktoś przyparty do muru może zachować się nieobliczalnie. Nawet szczur.

Kiedy do NSZZ doszła "Solidarność"?

- Miesiąc po Sierpniu. Zaczęły się rejestrować NSZZ, dziwiliśmy się - jak to, oni nie strajkowali, a teraz zakładają? Wtedy chyba Karol Modzelewski powiedział: - Nasz NSZZ będzie się nazywał "Solidarność".

W "Człowieku z żelaza" Andrzeja Wajdy widać ogromne zainteresowanie mediów zagranicznych.

- Na niedzielną mszę wpuściliśmy media, wcześniej nie. Pierwsza była telewizja fińska, wywiad z nami robili, siedzieliśmy we trójkę: Felski, Prądzyński i ja. Wielu korespondentów przyjechało na festiwal w Sopocie.

Odbywał się normalnie?

- A jak! Dlatego tak dużo dziennikarzy tu było. Andrzej Wajda mnie poprosił, bym zaopiekował się Polską Kroniką Filmową, zewsząd ich wyrzucali, bo mieli logo "TVP", strajkujący krzyczeli, że kłamią. Mówię, że oni są od Wajdy - wpuścić! Dzięki temu wszędzie mieli wejście i powstał film "Robotnicy '80".

Kiedy poczuliście, że strajk zwycięży?

- Kiedy przyjechała delegacja rządowa. Najpierw przyjechał Tadeusz Pyka, zaproponował rozmowy w Urzędzie Wojewódzkim. My zaprosiliśmy do nas, co będziemy chodzić po komitetach. Po dwóch dniach Pyka wyjechał i przyjechał Jagielski z całą ekipą. Do końca nie wiedzieliśmy, jaki wariant wybierze strona rządowa. Wiedzieliśmy, że to wymuszamy. Huta Lenina w Krakowie powiedziała, że wygasi piece, straty poszłyby w miliony. Huta Warszawa dołączyła jeden dzień przed zakończeniem strajku, Ursus niewiele wcześniej. Ostatecznie sześć milionów ludzi strajkowało.

Nie było tak, że cała Polska stanęła.

- Spółdzielnia Mleczarska "Maćkowy", służba zdrowia, stacje paliw, produkcja żywności, oni wszyscy mieli pracować za zgodą MKS. Nawet w części Stoczni trwała praca, był kontrakt z Kolumbijczykiem, za jego zerwanie groziły ogromne kary.

Jak pan wspomina 31 sierpnia, dzień porozumień sierpniowych?

- Nie odebrałem tego jako zwycięstwa. Zresztą Wajda to na filmie pokazał. Z "Borsukiem" do czwartej rano zabieraliśmy ze Stoczni, co się dało. Maszyny, papier, matryce. Szykowaliśmy się do dalszej walki. Cieszyliśmy się, że było nas trzech, a teraz mamy tylu kolegów.

Jak wyglądały następne miesiące?

- Władza nie bardzo chciała realizować porozumienia. Ludzie chętnie się przyłączali, gdy organizowaliśmy pogotowia strajkowe. Ale w 1981 roku już się wkurzali, rzucali legitymacjami "Solidarności". Ludzie byli umęczeni, mówili do mnie: - Wy się w politykę nie bawcie, pilnujcie praw pracowniczych!

Mieliście w planach strajk generalny.

- Po pobiciu Jana Rulewskiego w Bydgoszczy. Ostatecznie strajk generalny został odwołany, ale w zamian za to wyhandlowaliśmy zarejestrowanie "Solidarności" rolniczej. Wtedy wyszło cwaniactwo Wałęsy, ktoś napisał tekst o odwołaniu strajku, Lechu mówił, że nie bardzo widzi, co tu napisane. Andrzej Gwiazda, największy zwolennik strajku generalnego, czyta, że odwołuje strajk. Lechowi komputer pokładowy podpowiadał cztery ruchy naprzód. 

Co dla pana się zmieniło po Sierpniu?

- Po 31 sierpnia poszedłem na wydział i robię swą robotę. Przyszedł kierownik Kaziu Gruszka: - Co ty tu robisz? Jesteś oddelegowany do roboty związkowej. Mówię mu, że mnie działalność legalna nie interesuje.

Pan nie chciał działać legalnie, bo był bardziej rewolucjonistą?

- Lechu na Stogach też miał ostrą grupę. Jedziemy tramwajem, a tam na Przeróbce takie hasło: "Partia z narodem". Lechu mówi: - Byście się tym nie zajęli? Kolega mówi: - Dasz na ćwiartkę, będzie spalone. I tak się stało, skopciliśmy to.

Przewidywaliście, że się zbliża stan wojenny?

- Tak. Donosili nam różni milicjanci, co się dzieje. Gdy była Komisja Krajowa w Stoczni, przyszedł Olek Hall i mówi, że zakupiono 200 sztuk łomów, że ze szpitali wypisano wszystkich lekko chorych. Wszystko na to wskazywało. Myśleliśmy, że zrobią to 16 grudnia, wtedy miał być marsz gwiaździsty na Warszawę. To Urban namówił Jaruzelskiego na 13 grudnia.

Internowali pana?

- Na początek udało mi się uciec. Z Moreny doszedłem do Gdańska, gdzie tu się schować? Wszyscy moi koledzy działają przecież. Doszedłem do dworca, widziałem, jak z "Heweliusza" zabierali moich kolegów z Komisji Krajowej. Na dworcu spotkałem Zbyszka Bujaka i Zbyszka Janasa, mówią: - Ukryj nas. Ale gdzie? Janas przypomniał sobie, że ma koleżankę w Brzeźnie. Po tygodniu poszedłem do domu, mówili mi, że komuchy mają taki burdel, że nie wiedzą, kogo mają, kogo nie. Poszedłem po rzeczy do domu, bo cały tydzień w jednej koszuli i portkach. Już chciałem skakać przez okno, a tam czekał żołnierz. Wzięli mnie na Okopową, potem do Starogardu i do Iławy, stamtąd wyszedłem w marcu 1982 roku. Puścili nas wtedy chyba 17, wszystkich ze Stoczni. Sytuacja w kraju się "normalizowała".

Pierwsza "Solidarność" to najlepszy czas w pana życiu?

- Na pewno wielkie przeżycie. Byłem jednym z niewielu kawalerów w prezydium, więc wysyłali mnie, żebym zakładał związek do Tarnobrzega, Stalowej Woli. Dostać się tam, to był wyczyn. Gdy dotarłem, po rękach mnie prawie całowano, ludzie autografy brali. Jak na stadionie w Chełmie było spotkanie, że przyjechał delegat ze Stoczni, to owacja, jakby Polska strzeliła gola. Ciężka praca, trochę zakładów przez te 16 miesięcy odwiedziłem - wciąż w pociągu, przesiadki, dworce nie były takie, jak dziś.

Namawiano pana na współpracę?

- W Iławie mówię do klawisza, że chcę do biblioteki. Wchodzę, a tam Jurek Osuch, który odpowiadał za bezpieczeństwo w Stoczni. Myślałem, że też go zamknęli, a on się przedstawia jako kapitan SB. Pracował w Stoczni Gdynia, żona i dziecko, mieszkania dawali tylko "robolom". Poszedł więc do SB, od razu dali mieszkanie. Nie namawiał mnie nawet, żebym donosił. Wiedział, że nic nie wskóra. Mówił, że teraz będą komunistyczne zawodowe związki, że "Solidarności" już nie będzie.

Po wyjściu od razu rzucił się pan w wir konspiracji?

- Dostałem pismo, że jestem zwolniony z paragrafu 52, że nie stawiłem się do pracy. Absurd. Z moimi papierami roboty nie mogłem znaleźć. U Jankowskiego dary rozwoziłem dla tych, co siedzieli, nie paliło mnie się do innej pracy. W końcu przyjęli mnie do Stoczni. W 1982 roku zdelegalizowano "Solidarność", musieliśmy odpowiedzieć strajkiem. Dwa dni potrwał. Trzeciego już czekali koło szafki: - Nie szarp się, mamy cię wyprowadzić za bramę Stoczni. Zabrali przepustkę, wypłacili pieniądze. Potem kolejno w 11 miejscach pracowałem. W kinie "Leningrad" byłem zaopatrzeniowcem, dwa dni. W pogotowiu - jeden dzień. Kadry wysyłały moje papiery do SB w celu weryfikacji, od razu mnie zwalniali. Pracowałem w Szczecinie, Gryfinie, w Podjuchach, skończyłem w "Świetliku".

Druga połowa lat 80. to marazm, ludziom nie paliło się do działania.

- W maju 1988 roku ledwie 300 osób strajkowało, a byłoby jeszcze mniej, gdybyśmy za niego nie płacili.

Jak to?

- Stocznia ogłosiła, że jak ktoś nie strajkuje w Hali "Olivia", jest do odebrania dniówka. Lechu podjął decyzję, że jeśli oni płacą za niestrajkowanie, my będziemy płacić za strajkowanie! Jacek Merkel był księgowym, dzięki temu jest pełna lista osób strajkujących w maju. Wałęsy i mnie tam nie ma, my nie braliśmy pieniędzy.

Jak pan odebrał porozumienie z komuną w 1989 roku?

- Byłem przeciwnikiem Okrągłego Stołu. Uważałem, że to nie ma sensu. Jak ja będę z Urbanem przy stole siedział? Nie bardzo sobie to wyobrażałem. Nabrałem przekonania, gdy Tadeusz Mazowiecki został premierem. Wałęsa ograł komunistów, odwracając sojusze, z czerwonej na naszą stronę przeciągnął ZSL i SD. To był pomysł braci Kaczyńskich. To im trzeba oddać.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje