Reklama

Reklama

Kijowski: Nie chcę nikomu zaglądać w życiorys

O obecności KOD na pogrzebie Inki i Zagończyka, wizytach na meczach Legii, zaczepnych transparentach i planach na rocznicę powstania Komitetu Obrony Robotników z Mateuszem Kijowskim, liderem Komitetu Obrony Demokracji rozmawia Adam Drygalski.

Adam Drygalski: Po co poszliście na pogrzeb Inki i majora Zagończyka z flagami? Żeby prowokować?

Mateusz Kijowski: - Nie. Poszliśmy w około trzydzieści osób pod Bazylikę Mariacką, bez flag. Natomiast tam było po prostu morze flag: od transparentów klubowych Lechii, Arki, Śląska, po te ONR-u i Młodzieży Wszechpolskiej. Trudno się było w tym wszystkim połapać. Roiło się od tego rodzaju demonstracji i wtedy nasi ludzie stwierdzili, że jednak przyniosą flagi, choćby dlatego, żeby łatwiej się znaleźć. Mieliśmy trzy.

Reklama

- Natomiast ja z Radomirem Szumejdą spóźniliśmy się nieco i zostaliśmy zaatakowani zanim w ogóle pojawiliśmy się w okolicach tychże flag. Krzyczano na nas, popychano. Radek został otoczony przez tłum kilkunastu bandytów, którzy zaczęli go szarpać. Policjanci wyciągnęli go z tego oblężenia i wtedy okazało się, że ma skaleczoną dłoń. Zwykłym plastrem nie udało się zatamować krwotoku, więc sanitariuszka zabandażowała rękę. Atak na nas nastąpił w zupełnie innym miejscu, nie miał żadnego związku z tym, że mieliśmy flagi.

Można się było spodziewać takiego przyjęcia. Może to przekalkulowaliście, że zrobi się wokół was gorąco i temat wypłynie. Dobry KOD padł ofiarą złego ONR-u.


- Nie spodziewaliśmy się, że w Polsce ot tak można lżyć ludzi i że można zostać zaatakowanym za chodzenie po ulicy. Nie spodziewałem się, że podczas mszy świętej można się tak zachowywać. Nie spodziewałem się, że podczas podniesienia sakramentu można wrzeszczeć: "Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę", bez jakiegokolwiek szacunku dla miejsca i dla okoliczności. Nikt przy zdrowych zmysłach nie bierze pod uwagę takich zachowań na pogrzebie. Dla mnie Inka i major Zagończyk to polscy bohaterowie. Poszedłem tam uczcić ich pamięć. Ci ludzie tę pamięć profanowali.

Flagi, które podziałały jak płachta na byka, zabrano wam...

- Tydzień później byliśmy na grobach Inki i Zagończyka złożyć wieńce. Podczas marszu w Gdańsku ktoś podszedł do jednego z naszych porządkowych i dał mu zawiniątko. Były to wyprane i uprasowane flagi, które zabrano nam na pogrzebie i wrzucono do toi-toia. Świat nie jest czarno-biały. Wiele osób podczas tej zawieruchy nas broniło. Naszej koleżance, którą też szarpano, pomógł jeden z kibiców. Wyszedł zza transparentu klubowego, podał jej torebkę, która upadła na ziemię. Obronił przed innymi, którzy za tym transparentem stali. Liczyliśmy, że wszyscy są tacy. Że możemy mieć różne poglądy, ale skoro wszyscy jesteśmy Polakami i czcimy tych samych bohaterów, to możemy razem oddać im cześć.

Historia żołnierzy wyklętych jest zawłaszczana przez środowiska prawicowe, ale pewnie dzieje się tak dlatego, że poprzednia władza w ogóle nie zawracała sobie nimi głowy. To był błąd, bo teraz trudno uczciwie rozmawiać o żołnierzach wyklętych. Popadliśmy ze skrajności w skrajność.

- Oczywiście, są takie próby, czynione przez jedynie panującą partię i środowiska, które ona wspiera, natomiast nie zgadzam się, że pamięć o żołnierzach wyklętych nie była czczona i pielęgnowana. Inkę upamiętniano znacznie wcześniej. Prezydent Bronisław Komorowski ustanowił przecież Dzień Żołnierzy Wyklętych. Miejsc pochówku szukano tak samo, jak szuka się teraz.

Ale nie było pogrzebów państwowych, prezydent Komorowski nie był tak aktywny, jak prezydent Duda.

- Prezydent Komorowski oddawał cześć żołnierzom wyklętym, ale bez wmontowywania pamięci historycznej w bieżącą politykę. Na tym polega różnica. Dziś pamięć o żołnierzach wyklętych w znacznej mierze służy rozgrywce politycznej. Dzieleniu ludzi. W KOD-zie są potomkowie żołnierzy wyklętych. Ojciec Olgi Krzyżanowskiej, która demonstrowała z nami w Gdańsku, był dowódcą oddziału, w którym służyła Inka. Historia Polski nie jest własnością prawicy, ani bojówek ONR-owskich. Jestem za tym, żeby pozwolić historii być nauką, która zajmuje się poszukiwaniem prawdy, a nie zdobywaniem poparcia, obojętnie dla której opcji.

Żołnierze wyklęci mogą być wzorem dla młodego pokolenia. Na przykład dla tych, którzy zasilą szeregi obrony terytorialnej. To jest spójny system. Młodzi są uczeni patriotyzmu, mają więc wzory.


- To jest spójny system budowania dziwnych koncepcji. Koncepcji wykluczania, koncepcji zawłaszczania, koncepcji agresji. Mamy bojówki ONR-owskie, mamy grupy kibolskie, mamy jednostki, które chcą się do tej obrony terytorialnej zapisywać, aby poczuć się silnymi. To jest próba stworzenia wspólnoty opartej na jakimś bardzo wąskim kręgu. Naród to szerokie pojęcie. Mamy różne poglądy, różne wyznania, różne orientacje. Żadna z grup nie może powiedzieć: "tylko my jesteśmy Polakami".

-Może pan przesadza z tymi górnolotnymi słowami o wspólnocie narodowej. Nie są to po prostu zwykli chłopcy do pałowania przeciwników politycznych? Już kiedyś było to przerabiane przez ORMO, pomijając rzecz jasna kwestie światopoglądowe.

- Ktoś o nas powiedział, że stoimy tam, gdzie stało ZOMO, ja wolałbym unikać takich porównań, chociaż czasami cisną się one na usta. Nie chcę nikogo obrażać, wolę pokazać drugiej stronie, że każdy może myśleć inaczej, ale nadal jesteśmy jednym narodem. Radek Szumejda spotkał ostatnio takiego dość postawnego, łysego i wytatuowanego pana, który spytał go, czy był na pogrzebie Inki. Kiedy Radek potwierdził, usłyszał: "Dziesięć lat temu, to bym ci przywalił, ale teraz zrozumiałem, że tak nie można".

Pan sprawdza tolerancję Polaków w różnych miejscach. Był pan ostatnio na Legii. Widziałem zdjęcie z loży VIP. Rozumiem, że na Żyletę jednak by pan nie poszedł.

- Pewnie nie, bo z reguły nie chodzę do miejsc, w których możne pojawić się agresja. Nie mówię już tylko o tej wymierzonej we mnie.

Może niech pan powie, czy wybiera się na jakiś kolejny mecz, żeby był czas na wykonanie pamiątkowego transparentu.


- Nie mam żadnego problemu z Legią, natomiast faktem jest, że taki transparent był i zawierał treści karalne. ("KOD, Nowoczesna, Olejnik, Lis, inne ladacznice, dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice" - red.). Grożenie komuś szubienicą to jest jawne łamanie prawa. Rodzi się tylko pytanie, co z tym dalej zrobić i jak wytępić język nienawiści.

- Rzeczywisty problem polega na tym, że sortowanie ludzi na lepszych i gorszych idzie niestety ze strony władzy. Przecież sam minister Mariusz Błaszczak po pogrzebie Inki powiedział, że nie powinniśmy tam się znaleźć. Premier Beata Szydło, że poszliśmy prowokować. To samo wicepremier Jarosław Gowin. To są praktyki rodem z państwa faszystowskiego. Kiedyś były strefy "nur fur Deutsche"; boję się, że niedługo zaczną się pojawiać strefy "tylko dla prawdziwych Polaków".

Mówi pan o mowie nienawiści, a na waszych marszach też widziałem mocno zaczepne transparenty. Jarosław Kaczyński "przerobiony" na Kim-Ir Sena. Biorąc poprawkę na język ulicy, to przecież coś takiego jest dużym przegięciem.

-
Oczywiście, że jest i zawsze staram się mitygować właścicieli takich transparentów. Nie jestem w stanie dopilnować wszystkich, ale jak widzę treść, która obraża, to reaguję. Pamiętam transparent, na którym zestawiono nazwiska dyktatorów, tyranów z nazwiskami obecnej władzy i stwierdziłem, że nie. Jednak nie. Poprosiłem, żeby ten transparent zdjąć (19. grudnia 2015, demonstracja pod Sejmem - red.).

- Problem polega na tym, że władza nie słucha obywateli i emocje się kumulują, czasem osiągając nieakceptowalną formę. Krótko mówiąc, kto sieje wiatr, zbiera burzę.

Media publiczne, czy jak kto woli media narodowe, nakręcają spiralę "hejtu"? Jak pan odbiera pracę Jacka Kurskiego? To szef telewizji, czy minister propagandy?


-
Telewizja kiedyś publiczna, teraz niby-narodowa a tak naprawdę rządowa, stała się tubą propagandową. O jakości najlepiej świadczy malejąca widownia. Sam prezes Kurski znany jest z wielu wypowiedzi i zachowań, które nie przynoszą mu chwały. Czy ciemny lud to kupuje? Chyba nie. Natomiast to, co robią funkcjonariusze prezesa Kurskiego, bywa obrzydliwe. Po tym, co "Wiadomości" pokazały po wydarzeniach w Gdańsku, złożyliśmy protest do KRRiT. To były kłamstwa i szczucie.

Ale z tym tworzeniem państwa podziemnego to chyba pan jednak "yaycował".

- Nigdy nie mówiłem, żeby tworzyć państwo podziemne. Jestem za tym, żeby tworzyć niezależne instytucje obywatelskie i kulturalne, które będą chronić to wszystko o co instytucje państwowe nie dbają lub wręcz niszczą. "Państwo podziemne" było przenośnią, a niektórzy potraktowali ją dosłownie.

Jak będzie wyglądała jesień w KOD-zie?

- Już 24 września będziemy świętowali czterdziestą rocznicę powołania Komitetu Obrony Robotników. Planujemy dużą demonstrację, na którą już wszystkich zapraszamy. Nie będziemy bawić się w martyrologię. Spotkamy się z tymi, którzy KOR zakładali i tworzyli. Będziemy chcieli pokazać, jakie wartości były w KORze ważne i jak je przenieść w dzisiejsze czasy. Budowanie więzi społecznych to jest to, co wtedy wyszło. Potrafiliśmy wtedy, jestem pewien, że potrafimy i teraz. W czasach "Dobrej Zmiany" musimy przypomnieć sobie te wartości. Hasło marszu to "JEDNA POLSKA - DOŚĆ PODZIAŁÓW". Startujemy o godzinie 15 spod Trybunału Konstytucyjnego.

W tym przypominaniu wartości nie będzie trochę przeszkadzała Platforma Obywatelska, która jest ostatnio jak kula u nogi? Hanna Gronkiewicz-Waltz jest w olbrzymich kłopotach, w dodatku Grzegorz Schetyna w czasie marszu może skręcić w prawo.

- Jak Platforma będzie chciała z nami maszerować, to pomaszeruje. Nie chcę nikomu zaglądać w życiorys. Jeśli Hanna Gronkiewicz-Waltz ma te same przekonania co my, to jest to jedyna istotna kwestia. Nie będę nikogo lustrował ani rozliczał. Oczywiście zobaczymy, co się wydarzy po tym zadeklarowanym skręcie w prawo, ale mam nadzieję, że wspólnie uda się nam jeszcze wiele osiągnąć.

Nadal będziecie bronić Trybunału? Nawet wtedy, kiedy w lipcu przyszłego roku matematyczną większość stracą, nazwijmy ich dla uproszczenia, "starzy sędziowie"? Uznacie wtedy, że to sąd marionetek?

- Zawsze będziemy bronić Trybunału. Jeśli ten organ podporządkuje się całkowicie władzy PiS, to prawdopodobne, że będziemy przeciw temu protestować. Jestem przekonany, że Trybunał jeszcze nie zginął; poza tym wierzę głęboko w to, że osoby powołane w Polsce do bronienia konstytucji będą jej nadal bronić. Oczywiście do tego wszystkiego jest potrzebna nowa ustawa, bo po roku konfliktu zrobił się taki bałagan, że wszystko należałoby opisać od nowa. Zgodnie z zasadami państwa prawa, po przeprowadzeniu debaty publicznej.

Prawicowe media twierdzą, że jest pan ociosywany. Że pobiera prywatne lekcje, między innymi u profesora Baumana i jest pan trochę jak ten czarny charakter w Bondzie, z którego robi się ideał, ale i tak stoi za nim Blofeld.

- Mam ogromny szacunek do profesora Baumana, ale nie spotkałem się z nim nigdy. Muszę rozczarować moich przeciwników. Nikt mnie nie trenuje, nie mam wielogodzinnych sesji. To wszystko tylko pokazuje nam, jak strasznie jesteśmy dla nich ważni. Jest czymś totalnie oczywistym, że jestem absolutnym przeciwnikiem stosowania takich metod, o które się mnie posądza. Gdyby ktoś znał mnie choć trochę, albo przynajmniej się zapytał, z pewnością nie pisałby takich banialuk. Jest to trochę śmieszne, i trochę słabe, bo służy szczuciu.

Ale ile jest prawdy w tym waszym starcie w wyborach? Czy to samorządowych, czy w dalszej perspektywie - parlamentarnych? Powtarza pan, że nie wystawicie swoich list, ale zawsze można wystartować z innych? Na przykład z Nowoczesną.

- Żadnych ludzi na żadnych listach. Jedyna możliwość jest taka, że będziemy parasolem dla szerokiego porozumienia, ale bez umieszczania kogokolwiek, gdziekolwiek. Natomiast zachęcam ludzi, żeby zapisywali się do partii najbliższych ich przekonaniom, z bardzo prostej przyczyny. Partie w Polsce są dosyć słabe, mało ludzi się angażuje, bo wielu uważa politykę za coś brudnego i potem mamy do czynienia z sytuacją, że idą tam tylko ludzie, którzy nie widzą, że coś jest brudne.

Rozmawiał Adam Drygalski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje