Lubnauer: Pani minister postanowiła ostatecznie umyć ręce

- Działania minister Anny Zalewskiej wskazują, że nie zamierza poważnie potraktować nauczycieli. Dlatego rozumiem ich decyzję o strajku, chociaż wolałabym, żeby do niego nie doszło – komentuje zapowiedź związkowców Katarzyna Lubnauer. Przewodnicząca Nowoczesnej ma nadzieję, że protest nie odbędzie się w dniu przeprowadzania egzaminów. – To byłby zbyt duży koszt dla młodzieży – wskazuje.

W czwartek w Centrum Partnerstwa Społecznego "Dialog" odbyły się negocjacje pomiędzy nauczycielskimi związkami zawodowymi a Ministerstwem Edukacji Narodowej. Temat  - podwyżka płac, której domagają się wszystkie związki. Sekcja Krajowa Oświaty i Wychowania NSZZ "Solidarność" chce wzrostu wynagrodzeń nauczycieli na poziomie 15 proc. od stycznia 2019 roku, z kolei Związek Nauczycielstwa Polskiego i Forum Związków Zawodowych domagają się podwyżek na poziomie 1000 zł brutto.

Reklama

MEN zapewniło, że przedstawiało związkowcom kilka konkretnych propozycji. Związkowcy z kolei przekonują, że w ofercie MEN nie pojawiało się nic nowego.

Najbardziej rozczarowani negocjacjami są przedstawiciele ZNP. "Rozpoczynamy procedurę zmierzającą do wszczęcia sporu zbiorowego" - powiedział w czwartek Sławomir Broniarz. Oznacza to, że dojdzie do strajku generalnego. W trakcie jego trwania nauczyciele, którzy zdecydują się wziąć w nim udział, powstrzymają się od pracy.

Nie wiadomo, kiedy odbędzie się strajk. Szef ZNP przyznał, że wśród terminów "bardzo poważnie brany jest pod uwagę czas egzaminów".

- Wolę protest w formie strajku generalnego, niż przechodzenie na L4, dlatego, że wszelkie formy wykorzystywania zwolnień lekarskich budzą moją wątpliwość moralną, jeśli chodzi o to, na ile lekarze są zmuszani do wydawania zaświadczeń, które nie poświadczają prawdy. Choć akurat nauczyciele cierpią na tzw. choroby zawodowe. Dotychczas, często kosztem swojego zdrowia, nie korzystali z tych zwolnień i zdecydowali się na to dopiero ze względu na formę protestu. Mimo wszystko wolę grę w otwarte karty i zgodną z prawem formę protestu, niż protesty, które mają taki zakamuflowany charakter  - komentuje w rozmowie z Interią Katarzyna Lubnauer, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. 

"Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie"

Liderka Nowoczesnej uważa jednak, że przeprowadzanie strajku w dniu w egzaminów byłoby zbyt dużym kosztem dla młodzieży.

- Pamiętajmy, że dla nich to są jedne z najważniejszych momentów w życiu. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nauczyciele są bardzo odpowiedzialną grupą zawodową i myślę, że zapowiadają ten strajk już teraz, po to, żeby do momentu, w którym będą egzaminy końcowe czy matury, sprawa została rozwiązana. Nie sądzę, żeby protesty rozlały się również na okres przeprowadzania matur - stwierdza. 

- Wszyscy muszą być odpowiedzialni - zaznacza, choć wskazuje, że tej odpowiedzialności i dobrej woli do dialogu zabrakło po stronie rządu. 

- Pani minister postanowiła ostatecznie umyć ręce od problemu i przerzucić odpowiedzialność za dalsze podwyżki na samorządy. Nie wiem jak nazwać takie działanie, bo wiadomym jest powszechnie, że już dziś subwencja oświatowa nie pokrywa kosztów edukacji i często największym wydatkiem, szczególnie małych gmin, są pieniądze dokładane do funkcjonowania szkół. Takie hasło oznacza, że pani Zalewska nie zamierzała i nie zamierza poważnie potraktować nauczycieli. Dlatego rozumiem ich determinację i rozumiem ich decyzję o strajku, chociaż wolałabym, żeby do niego nie doszło - mówi.  

Winą za obecne napięcia w oświacie Lubnauer obarcza wprost minister Annę Zalewską.

- Rolą rządu jest rozładowywanie konfliktów społecznych. Pani minister Zalewska miała trzy lata na to, żeby rozwiązać problem płac. Nauczyciele wielokrotnie protestowali, a wtedy ona ich lekceważyła - uważa.

"Podwyżka na koszt nauczycieli"


Minister przyznała nauczycielom podwyżki na poziomie 15 proc. rozłożone na trzy lata. Środowisko uznaje je jednak za niewystarczające. Pierwszą podwyżkę na poziomie ok. 5 proc. nauczyciele otrzymali już w roku poprzednim. Zgodnie z projektem rozporządzenia, płace zasadnicze nauczycieli mają wzrosnąć także w tym roku w 2019 r., od 121 do 166 zł brutto. Z tabeli, która jest załącznikiem do projektu wynika, że wynagrodzenie zasadnicze nauczycieli z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym będzie wynosiło: dla nauczyciela stażysty - 2538 zł brutto (wzrost o 121 zł brutto), nauczyciela kontraktowego - 2611 zł (wzrost o 124 zł), nauczyciela mianowanego - 2965 zł (wzrost o 141 zł) i nauczyciela dyplomowanego - 3483 zł (166 zł). Ostatnią transze podwyżki zaplanowano na rok 2020.

- Ta podwyżka została zrobiona w dużym stopniu na koszt nauczycieli, ponieważ w tym samym czasie MEN wydłużyło etapy awansu zawodowego nauczycieli, każdy z dwóch do trzech lat i zlikwidowało część dodatków dla nauczycieli - wskazuje Lubnauer.

Czy jednak suma 1000 zł brutto i to już od tego roku dla nauczycieli, a także pracowników oświaty - bo tego domagają się związki zawodowe - nie jest zbyt wygórowana?

- Na pewno to jest kwota negocjacyjna. W ciągu ostatnich trzech lat płace w sferze gospodarki wzrosły o ok. 20 proc. - a pani minister zaproponowała 15 proc. rozłożone na trzy lata i to do przodu - oznacza to, że zarobki nauczycieli i innych grup zawodowych coraz bardziej się rozjeżdżają - mówi szefowa Nowoczesnej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje