Miłosierdzie według "Gazety Wyborczej"

Dziesięć lat milczałam o okolicznościach choroby i śmierci Jacka Kalabińskiego, korespondenta "Gazety Wyborczej" w Waszyngtonie w latach 1991-1997. Teraz przerywam milczenie - pisze dziś w "Rzeczpospolitej" żona Jacka, Barbara Kalabińska.

"Uważałam, że nie mam moralnego prawa oceniać postępowania innych. Zarazem było mi bardzo trudno przez te dziesięć lat zapomnieć obraz Jacka w cierpieniu i chorobie" - pisze Barbara Kalabińska.

Reklama

"Przerywam milczenie sprowokowana sprawą Maleszki. W tej historii, jak w soczewce, skupia się dwuznaczność kryteriów, jakimi kieruje się kierownictwo "Gazety Wyborczej". Z jednej strony "Gazeta" latami kryje, chroni i opłaca gangstera moralnego, jakim jest Maleszka, nazywając to "aktem miłosierdzia chrześcijańskiego" oraz stosowaniem kryteriów "socjalnych i humanitarnych". Określa ponadto samą siebie jako "ofiarę", a Maleszkę jako "tragiczną postać".

"Z drugiej strony to samo kierownictwo "Wyborczej" - pisze w "Rz" Kalabińska - pozbawiło pracy swojego wieloletniego korespondenta Jacka Kalabińskiego, gdy był śmiertelnie chory i Jego życie zbliżało się do końca. Wobec Jacka Kalabińskiego "GW" nie zdobyła się ani na "akt miłosierdzia chrześcijańskiego", ani na zastosowanie kryteriów "socjalnych i humanitarnych".

Jak przypomina Barbara Kalabińska, Jacek umarł w wieku 59 lat, 24 lipca 1998 r. Chorował półtora roku. Raz odwiedził go bawiący w Waszyngtonie Adam Michnik. Miał okazję na własne oczy zobaczyć, jak ciężki jest stan Jacka. Michnik, żegnając się ze mną przy szpitalnej windzie, powiedział: "Jesteś dzielna. Dasz sobie radę".

Barbara Kalabińska informuje też o telefonie Heleny Łuczywo, zastępcy Adama Michnika, do Jacka Kalabińskiego. "Rozmowa przebiegła następująco (co przepisuję z diariusza, bo pamięć jest ułomna):

Helena Łuczywo: Jak się czujesz?

Jacek Kalabiński: Lepiej. Właśnie szykuję się wrócić do pisania.

Helena Łuczywo: Nie musisz. Właśnie dyskutowaliśmy tu w redakcji i zdecydowaliśmy, że "Gazeta" nie może ponosić ryzyka trzymania nieubezpieczonego korespondenta.

Jacek Kalabiński: ??

Helena Łuczywo: Zaraz dostaniesz faksem zwolnienie. Widzisz, nie jesteśmy bezwzględnymi kapitalistami, tylko humanitarnymi demokratami, dlatego nie dzwoniliśmy do ciebie w lutym, kiedy gorzej się czułeś.

Jacek Kalabiński został pozbawiony pracy i poczucia bezpieczeństwa, gdy potrzebował go najbardziej. Z humanitarną pomocą przyszła Jackowi "Rzeczpospolita" w osobach Maćka Łukasiewicza i Kazia Dziewanowskiego. Gdy umierał 24 lipca 1998, od trzech tygodni był na etacie w tym dzienniku. Umarł przed ekranem komputera z zaczętą korespondencją - pisze Barbara Kalabińska.

Jacek Kalabiński (1938-1998), dziennikarz, korespondent polskiej prasy, radia i telewizji w Stanach Zjednoczonych, komentator BBC. W latach 1980-1984 był prezesem warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W 1984 wyemigrował z rodziną do Stanów Zjednoczonych, podejmując pracę w rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa. Pracował w "Gazecie Wyborczej" i "Rzeczpospolitej".

Był tłumaczem słynnego przemówienia Lecha Wałęsy w Kongresie USA w 1989 roku, zaczynającego się od słów "My, Naród" - czyli identycznie jak preambuła Konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Te dwa słowa wypowiedziane przez Kalabińskiego były ważniejsze od całego przemówienia i odbiły się echem na całym świecie.

Dowiedz się więcej na temat: "Wyborcza" | 'Wyborcza' | gazet | milczenie | gazety | Gazeta Wyborcza | 'Gazeta Wyborcza'

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy