Reklama

Reklama

PiS: Znane nazwisko przyciągnie wyborców, co potem zobaczymy?

Choć politycy partii rządzącej w oficjalnych rozmowach przyznają, że liderzy ich listy do europarlamentu mają za cel dostać się do Brukseli, to już w nieoficjalnych rozmowach nie zaprzeczają, że to zabieg mający pomóc zdobyć jak największą liczbę mandatów. A niektórzy liderzy zostaną jednak w Warszawie, torując drogę kolejnym kandydatom z listy.

We wtorek późnym wieczorem Komitet Polityczny PiS zatwierdził listy wyborcze w majowych wyborach do europarlamentu. I tak znaleźli się na nich m.in.: Joachim Brudziński, minister spraw wewnętrznych i administracji; Anna Zalewska, minister edukacji; Krzysztof Jurgiel, były minister rolnictwa; Beata Mazurek, posłanka i rzecznik PiS; Beata Szydło, była premier, Beata Kempa, minister - członek Rady Ministrów.

Reklama

- Lista kandydatów do europarlamentu pokazuje, jak ważne są to dla nas wybory. Wbrew opiniom opozycji, PiS nie jest partią eurosceptyczną. Dostrzegamy, że w europarlamencie rozgrywają się ważne kwestie, jak te związane interesami poszczególnych państw, kwestiami budżetowymi czy sprawami funduszy europejskich. Stąd waga polityki europejskiej prowadzonej w europarlamencie rośnie. Potrzeba silnych merytorycznie i politycznie liderów - mówi Interii poseł PiS Marek Ast.

- Mamy teraz tyle osób w partii i w rządzie, które znają się na różnych obszarach i mają wieloletnie doświadczenie, że przebywanie w Brukseli może się przydać, żeby te tematy tam kontynuować, jak wyborcy nam zaufają. To np. wspólna polityka rolna, regionalna czy spójności - dodaje Krzysztof Jurgiel, były minister rolnictwa, który ma być nr 2 na liście z okręgu obejmującego Podlasie oraz Warmię i Mazury.

Opozycja: To bardzo dziwny manewr

Opozycja nie wierzy w te zapewnienia i wskazuje, że część liderów list może zostać "użyta" do przyciągnięcia wyborców, a potem nie obejmą mandatu.

- To bardzo dziwny manewr - albo chodzi o uzyskanie jak najlepszego wyniku w wyborach do europarlamentu, żeby zdobyć jak największą liczbę mandatów, a potem rezygnację liderów listy, albo o ewakuację, która może być wynikiem obaw o wyniki jesiennych wyborów. Trudno sobie wyobrazić taką sytuację, gdy z polityki krajowej znikają najważniejsi politycy tej partii, jak Joachim Brudziński, a zostaje sam Jarosław Kaczyński - zastanawia się w rozmowie z Interią Kidawa-Błońska.

- W przypadku pani Kempy, Zalewskiej czy Szydło, to jest oczywiście forma nagrody. Trzeba też pamiętać, że Beata Szydło jest popularna w swoim regionie i może pociągnąć listę. Jest też w dalszym ciągu popularna w partii i może to być chęć osłabienia jej pozycji, poprzez pozbycie się jej z kraju - dodaje wicemarszałek Sejmu.

Wybory niełatwe dla PiS

Jeden z posłów PiS zapytany, czy wariant "lokomotyw wyborczych i rezygnacji z mandatu" jest możliwy, przyznaje, że "zdarza się, iż po wyborach, w wyniku oceny sytuacji politycznej i interesu kraju, politycy decydują się na rezygnację z zajmowanych stanowisk". - Na szczęście mamy wybory proporcjonalne, więc mandat przechodzi na kolejną osobę z listy. Dotyczy to przede wszystkim polityków kluczowych z punktu widzenia kraju i partii" - dodaje polityk PiS.

Sama Beata Mazurek, rzeczniczka PiS i przyszła "dwójka" w okręgu lubelskim, stwierdziła w środę w Sejmie, że "jak zdobędzie mandat, to zdecyduje, czy go zrealizuje".

Marek Ast zwraca uwagę, że "europejskie wybory nie będą łatwe dla PiS, bo rozstrzygną się w wielkich miastach, a nie mniejszych miejscowościach, gdzie partia ma zazwyczaj większe poparcie". - Stąd postawienie na znane twarze. Chcemy wygrać w wyborach do europarlamentu, a potem powtórzyć taki sam wynik w wyborach do Sejmu, które są kluczowe z punktu widzenia Zjednoczonej Prawicy - podkreśla poseł PiS.

- Mamy listy wypełnione merytorycznymi osobami, znającymi politykę krajową i europejską. Liczę na to, że będą wypełniać swoje mandaty godnie, zgodnie z polityką krajową rządu - dodaje z kolei Jurgiel. 

Pytany o kandydaturę Joachima Brudzińskiego, mówi: "Partia uznała, że potrzebna jest taka osoba w obszarze bezpieczeństwa, a ten temat będzie na porządku dziennym w Brukseli i swoje doświadczenie Joachim Brudziński może tam wykorzystać".

Flis: Trudno mówić o rewolucyjnej zmianie

Socjolog Jarosław Flis uważa, że trudno mówić o rewolucyjnej zmianie przy układaniu listy PiS do europarlamentu.

- O poważnych zmianach w rządzie i partii moglibyśmy mówić, gdyby na listach znaleźli się Mateusz Morawiecki, Zbigniew Ziobro czy Jarosław Gowin, więc trudno mówić o ewakuacji z rządu czy partii kluczowych polityków - podkreśla w rozmowie z Interią.

Pytany o plany Joachima Brudzińskiego, zaznacza, że "tu też trudno mówić o fundamentalnej zmianie, gdyż Brudziński nie był frontmanem partii, ale odpowiadał za działania organizacyjne i dalej będzie mógł pełnić podobną funkcję".

- W przypadku innych "jedynek" jest to forma nagrody za wcześniejsze zasługi, czy też docenienie, jak w przypadku Jacka Saryusza-Wolskiego czy Anny Fotygi (nr 1 na liście odpowiednio w Warszawie i na Pomorzu). W przypadku Beaty Szydło może być tak, że jej zadaniem będzie pociągnięcie regionalnej listy, jeśli oczywiście zachowała dawną popularność wśród wyborców - podsumowuje Fils.

Paweł Sobczak, Paweł Czuryło

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy