​Premier blokuje fregaty. "Jako państwo zaczynamy wyglądać śmiesznie"

Decyzja premiera Mateusza Morawieckiego, który według nieoficjalnych doniesień w ostatniej chwili zablokował zakup australijskich fregat typu Adelaide, wywołała burzę. Tym bardziej, że w tym czasie prezydent Andrzej Duda leciał już do Australii, by m.in. podpisać list intencyjny w tej sprawie.

O zablokowaniu zakupu dwóch 30-letnich fregat poinformował dziennik "Polska The Times".

Reklama

Zdania na temat tego nagłego zwrotu są podzielone.

- To jest decyzja słuszna, tylko że niestety pokazuje i potwierdza zupełny chaos jeśli chodzi o techniczną modernizację wojska. Tych fregat nie było w żadnych planach, a mimo to Polska podobno przez rok negocjowała ich kupno, a prezydent w trakcie pobytu w Australii miał to podpisać. Brakuje elementarnej koordynacji. Jakąś dziwną rolę zaczyna odgrywać Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Nie jest realizowany program modernizacji wojska, a w zamian są próby łatania dziur - komentuje dla Interii były wiceminister obrony narodowej, europoseł Janusz Zemke.

Jedyna taka szansa?

Dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego uważa, że decyzja premiera jest błędna, a Polska powinna kupić fregaty od Australijczyków.

- W tym momencie tracimy tak naprawdę jedyną szansę na realne wzmocnienie potencjału marynarki wojennej, które może nastąpić w ciągu najbliższych dwóch lat - czyli czasu, w którym te okręty mogłyby zostać zakupione, sprowadzone do Polski i wcielone do służby w marynarce wojennej - powiedział dr Piekarski Interii.

Nasz rozmówca nie zgadza się z podnoszonymi zarzutami, jakoby fregaty były przestarzałe i nieprzystosowane do potrzeb polskich sił zbrojnych.

- Te okręty 10 lat temu przeszły bardzo poważną modernizację, która uczyniła z nich trudnego przeciwnika dla samolotów i rakiet. "Adelaide" przenoszą uzbrojenie przeciwlotnicze o zasięgu 160 kilometrów, a zasięg stacji radiolokacyjnej pozwala kontrolować przestrzeń powietrzną praktycznie nad całym Bałtykiem południowym. Okręty będące obecnie w posiadaniu marynarki wojennej dysponują bardzo słabą obroną przeciwlotniczą, a czasem wręcz symboliczną. Dwie fregaty, które mamy w tej chwili - klasy Perry - dysponują starymi systemami przeciwlotniczymi. Fregaty Adelaide są zmodernizowaną wersją fregat klasy Perry, wobec czego to są dokładnie takie okręty, jakie sprawdziłyby się na Bałtyku - uważa dr Piekarski.

Czempiński: Ostrożnie z używanym sprzętem

Z kolei gen. Gromosław Czempiński, były szef UOP, podobnie jak Janusz Zemke, skłania się ku opinii, że rezygnacja z zakupu fregat jest słuszna.

- Nie przepadam za sprzętem, który jest używany, bardzo używany - bo przecież został wycofany ze służby w marynarce. Nigdy do końca nie wiadomo, ile będzie kosztowała jego modernizacja i utrzymanie. Dlatego zawsze podchodzę z rezerwą do tego typu zakupów. Nie ma wątpliwości, że marynarka potrzebuje okrętów, ale można się zastanawiać - jakich okrętów - usłyszeliśmy.

- Kupiliśmy na przykład nowe, nieużywane samoloty F-16 i uważam, że dobrze zrobiliśmy - dodał Czempiński.

Polityczne tło

Nasi rozmówcy zwracają uwagę na polityczne aspekty decyzji Mateusza Morawieckiego.

- To jest albo skutek politycznych tarć w obrębie obozu rządzącego, albo być może lobbyści optujący za innymi rozwiązaniami plus bardzo niekonstruktywna postawa opozycji, która uczyniła z fregat narzędzie bieżącej walki politycznej, sprawili, że rząd postanowił wycofać się z decyzji, która byłaby dla niego wizerunkowo kłopotliwa - zastanawia się dr Michał Piekarski.

Według Janusza Zemke decyzja premiera o zablokowaniu zakupu to "mocny policzek dla prezydenta".

- To zupełnie przewraca cel i program pobytu prezydenta w Australii. Mamy silne złośliwości między obozem rządowym a obozem prezydenckim, tylko że jako państwo zaczynamy wyglądać śmiesznie - uważa Zemke.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje