Reklama

Reklama

Prokuratura czeka na ekstradycję męża Grażyny Kuliszewskiej

Tarnowska prokuratura czeka na ekstradycję Czesława K., męża Grażyny Kuliszewskiej, mieszkanki Borzęcina (woj. małopolskie), której ciało pod koniec lutego wyłowiono z rzeki Uszwicy. Według prokuratury K. jeszcze we wtorek ma stanąć przed brytyjskim sądem w związku z procedurą ekstradycyjną.

W poniedziałek Czesław K., mąż Grażyny Kuliszewskiej, mieszkanki Borzęcina (woj. małopolskie), której ciało pod koniec lutego wyłowiono z rzeki Uszwicy, został zatrzymany w Wielkiej Brytanii przez tamtejszą policję na podstawie Europejskiego Nakazu Aresztowania (ENA) wydanego przez Sąd Okręgowy w Tarnowie na wniosek Prokuratury Okręgowej w Tarnowie, prowadzącej śledztwo w sprawie śmierci kobiety.

Reklama

"Z uwagi na dobro śledztwa w tej chwili nie możemy ujawniać treści zarzutów (zawartych w ENA - PAP). Najpierw musi się z nimi zapoznać podejrzany do sprawy zaginięcia pani Grażyny Kuliszewskiej" - powiedział we wtorek PAP prowadzący śledztwo prok. Marcin Michałowski. Według jego informacji Czesław K. jeszcze we wtorek stanie przed brytyjskim sądem w związku z procedurą ekstradycyjną.

"Brytyjski sąd podejmie dalsze decyzje" - powiedział prokurator zaznaczając, że polska prokuratura współpracuje z brytyjskim wymiarem sprawiedliwości w związku z procedurą ekstradycyjną. Prokurator podkreślił także, że na razie nie można mówić o konkretnej dacie, kiedy brytyjski sąd zdecyduje, czy spełnione zostały warunki wydania podejrzanego do Polski. Czesław K., wraz z zaginioną żoną, pracował w Wielkiej Brytanii.

Tajemnicze zniknięcie

Sprawę tajemniczego zniknięcia kobiety opisali dziennikarze śledczy Onetu i Faktu24 w reportażu z 8 lutego.

Grażyna Kuliszewska pochodziła z Borzęcina koło Brzeska. Pracowała w Wielkiej Brytanii. Była mężatką, miała pięcioletniego syna. Z relacji mediów i świadków wynika, że ostatnich świąt Bożego Narodzenia nie spędziła z rodziną - pozostała w Londynie, a mąż i syn wrócili do Polski.

3 stycznia również i ona przyleciała do kraju. Zdążyła z mężem Czesławem odwiedzić notariusza - zamierzali podpisać umowę, zgodnie, z którą dom 34-latki w Polsce przechodzi na Czesława.

Dwumiesięczne poszukiwania

Kuliszewska miała przepisać mężowi nieruchomość za 15 tys. funtów (prawie 75 tys. zł). Do podpisania dokumentu jednak nie doszło, ponieważ brakowało stosownych dokumentów. Portale podają również, że pieniądze, które Czesław miał przekazać żonie, zniknęły. 4 stycznia Kuliszewska planowała wrócić do Londynu, na lotnisko do Krakowa jednak nie dotarła. Jej ciało, po prawie dwumiesięcznych poszukiwaniach, wyłowiono 28 lutego z rzeki Uszwicy niedaleko Borzęcina.

Zgodnie z relacjami jej męża, wieczorem 3 stycznia jego żona była podenerwowana. Poszli spać w trójkę: on, żona i syn. Kiedy obudził się rano, 34-latki nie było. Miała zostawić mu wiadomość, że zobaczą się w Londynie. Pojechał do Londynu, ale nie zastał tam kobiety. Zawiadomił o tym bliskich i policję.

Według siostry Grażyny małżonkowie planowali rozwód, ale mąż twierdzi, że nie miał informacji o takich planach. Z ustaleń dziennikarzy wynika, że w Londynie Kuliszewska miała mieć romans z Kurdem o imieniu Sardar. Gdy ten dowiedział się o zaginięciu kobiety, zamieścił na Facebooku ogłoszenie o nagrodzie w wysokości 100 tys. zł za informacje o zaginionej. Sardar twierdzi, że widział dokumenty rozwodowe przygotowane przez kobietę, która jednak nie chciała powiedzieć mężowi o swoich planach w obawie przed jego reakcją. Według ustaleń dziennikarzy, Polka bez zgody męża miała wziąć pożyczkę na dużą kwotę w jednym z brytyjskich banków.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL