Przesłuchanie telekonferencyjne Jarosława Kaczyńskiego nie powiodło się

Z powodu złej jakości dźwięku nie przeprowadzono w środę przed gdańskim sądem zaplanowanego w formie telekonferencji przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego w procesie o ochronę dóbr osobistych, który prezes PiS wytoczył Lechowi Wałęsie. Proces odroczono do 22 listopada.

Prezes PiS stawił się w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Bezpośrednia transmisja z jego przesłuchania miała być widoczna na monitorze ustawionym w sali Sądu Okręgowego w Gdańsku. W sądzie tym nie stawił się pozwany Lech Wałęsa. Jego pełnomocnik Maciej Prusak poinformował, że b. prezydent doznał kontuzji kręgosłupa (tzw. lumbago), złożył w sądzie zaświadczenia o stanie zdrowia swojego klienta i wniosek o odroczenie rozprawy.

Reklama

Wnioskowi temu sprzeciwił się obecny w sądzie w Gdańsku pełnomocnik Kaczyńskiego Bogusław Kosmus. Jak zauważył, Wałęsa powołał się na zły stan zdrowia już w przypadku nieobecności na rozprawie, która miała miejsce w maju (wówczas - z powodów zdrowotnych, przed gdańskim sądem nie stawił się także Jarosław Kaczyński). Zdaniem Kosmusa "gdy sytuacja się powtarza, zaczyna to wyglądać jak działanie powodujące zwłokę w procesie i nie powinno być (...) tak liberalnie traktowane". Wniósł o uznanie nieobecności Wałęsy za nieusprawiedliwioną i przeprowadzenie przesłuchania Kaczyńskiego w trybie telekonferencji, bez udziału pozwanego, w obecności jego pełnomocników.

Pełnomocnik Wałęsy nazwał pomysł przesłuchania Kaczyńskiego pod nieobecność Wałęsy "śmiesznym". Wyjaśnił, że pełnomocnicy nie mają koniecznej wiedzy na temat stosunków panujących między stronami. "Nie można odbierać stronie pozwanej, panu Lechowi Wałęsie, prawa do zadawania pytań bezpośrednich" - powiedział Prusak. "Prezydent Wałęsa chce być na posiedzeniu, na którym pan prezes Kaczyński będzie wyjaśniać" - dodał. Podkreślił, że o przesłuchaniu w formie telekonferencji dowiedział się 18 września, co ograniczyło możliwość ewentualnego przygotowania się do takiego przesłuchania.

Obecny w sądzie w Warszawie drugi pełnomocnik Wałęsy ocenił, że udostępnione w Warszawie łącze telekonferencyjne nie pozwala na prezentowanie stronom dokumentów, które znajdują się w aktach sprawy. Ocenił też jako niewystarczającą jakość dźwięku.

Telekonferencja "utrudnia pracę"

Prowadząca proces sędzia Weronika Klawonn zaznaczyła, że w ostatnich dniach sierpnia sąd otrzymał od strony powodowej informację, że stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego nie pozwala na osobiste stawiennictwo w gdańskim sądzie i - w oparciu o tę informację - zdecydowano o przesłuchaniu w formie telekonferencji. Sędzia dodała, że - już po podjęciu tej decyzji, sąd dowiedział się z mediów, iż "powód jednak uczestniczy w licznych spotkaniach na terenie całego kraju".

Sędzia zaznaczyła, że telekonferencja "utrudnia pracę". "Po drugie, naraża Skarb Państwa, podatników, Polki i Polaków, na spore koszty. Jest zaangażowanie sił i środków w Sądzie Okręgowym w Warszawie, siły i środki w Sądzie Okręgowym w Gdańsku po to, żeby to umożliwić w sytuacji, kiedy, być może, okazuje się, że nie jest to konieczne" - powiedziała sędzia. Prosiła prezesa PiS o wyjaśnienie powodu, dla którego - mimo udziału w ostatnich dniach w licznych spotkaniach na terenie Polski - nie zdecydował się on na stawiennictwo przed gdańskim sądem.

"Wysoki sądzie, z bardzo prostego powodu. Zostałem poinformowany, że mam być przesłuchany w tym trybie, który w tej chwili jest stosowany, który ma być stosowany" - powiedział Kaczyński.

Sąd postanowił, że przesłucha w środę Kaczyńskiego w trybie telekonferencji i zarządził przerwę, w czasie której technicy mieli spróbować poprawić jakość przekazu pomiędzy oboma sądami. Ostatecznie, po przerwie, sędzia poinformowała, że próby nie powiodły się. Po przerwie także pełnomocnik powoda Bogusław Kosmus przyznał, że słyszalność jest zła i poparł wniosek pełnomocnika Wałęsy o odroczenie rozprawy. Sąd przychylił się do tych wniosków i wyznaczył termin kolejnego posiedzenia na 22 listopada.

Proces o ochronę dóbr osobistych

Proces o ochronę dóbr osobistych z powództwa Jarosława Kaczyńskiego przeciwko Lechowi Wałęsie rozpoczął się w marcu przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Sprawa dotyczy m.in. wypowiedzi Wałęsy, że szef PiS jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską.

Kaczyński domaga się od Wałęsy przeprosin i wpłaty 30 tys. zł na cele społeczne za wpisy na Facebooku od czerwca do września 2016 r. W pozwie stwierdzono, że ze strony byłego prezydenta padły zarzuty, iż "Jarosław Kaczyński podczas lotu samolotu z polską delegacją do Smoleńska, mając świadomość nieodpowiednich warunków pogodowych, kierując się brawurą, wydał polecenie, nakazał lądowanie, czym doprowadził do katastrofy lotniczej w dniu 10 kwietnia 2010 r." W oświadczeniu, którego domaga się od Wałęsy Kaczyński, ma znaleźć się stwierdzenie, że były to "bezprawne i nieprawdziwe zarzuty".

Kaczyński domaga się też przeprosin za słowa Wałęsy o tym, że "nie jest zdrowy, zrównoważony psychicznie". Prezes PiS chce też, by były prezydent przeprosił go za zarzuty wydania polecenia "wrobienia" go, przypisania mu współpracy z organami bezpieczeństwa PRL.

Treść pozwu szefa PiS zamieścił sam Wałęsa pod koniec lipca 2017 r. na Facebooku. B. prezydent skomentował też na portalu sam pozew. Stwierdził tam: "Wszystko, co Pan przygotował przeciw mnie na tych 15 stronach pozwu, potwierdzam, niczego się nie wypieram i z niczego nie będę się przed Panem i Pańskimi agentami wyciągniętymi z komuny tłumaczył. Powtórzę - uważam, że za śmierć smoleńską odpowiada Pan, bo to Pan realizował swoją obłąkaną wersję walki o władzę. To było tak jak dziś, obłąkana wersja utrzymania władzy z Panem w roli głównej" - napisał b. prezydent.

"Po wyrzuceniu Pana z całą Pana sitwą z Kancelarii Prezydenta i przeszkodzeniu w zamachu rządowi Olszewskiego (opis całej sprawy można znaleźć w książce Gen. Wejnera), postanowiliście mnie zniszczyć TW Bolkiem, papierami dobrze przygotowanymi i fałszowanymi przez SB" - dodał Wałęsa.

W lutym 2016 r., w wyniku przeszukania prokuratorów IPN w domu zmarłego b. szefa komunistycznego MSW gen. Czesława Kiszczaka znaleziono teczki TW "Bolka". W styczniu 2017 r. IPN podał, że z opinii biegłych Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, dotyczącej teczki personalnej i teczki pracy TW "Bolek" i zawartych w nich dokumentów z lat 1970-1976, wynika, że zobowiązanie do współpracy z SB, pokwitowania odbioru pieniędzy oraz przeważającą część doniesień, podpisał własnoręcznie Wałęsa. B. prezydent neguje autentyczność dokumentów znalezionych przez IPN u wdowy po Kiszczaku.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje