Przewrót pajacowy

"Za granicą opowiadam, jaki w Polsce jest ruch oporu, unikalny na skalę światową" - chwali się Onetowi aktywistka organizacji "Strajk kobiet" Marta Lempart. "Strajk kobiet", jak twierdzą analitycy mediów społecznościowych, to jeden z czterech (obok KOD, "Obywateli RP" i Wałęsy) sieciowych "audience killers", czyli tych brendów, których pojawienie się w jakiejkolwiek akcji powoduje natychmiastowy zanik zainteresowania nią internautów i praktyczne wypadnięcie ze statystyk. Trudno się temu dziwić.

Pani Lempart, porównując siebie i swoje przyjaciółki z ruchem oporu (o ile nie chodziło jej o Michelle z serialu "Allo, Allo", ale coś mi mówi, że nie), obraża przecież zdrowy rozsądek, nie mówiąc o ludziach, którzy w poprzednich pokoleniach w imię różnych szczytnych ideałów narażali się na realne represje, do śmierci włącznie.

Reklama

Na co zaś naraża się pani Lempart swoją "walką" z PiS - poza śmiesznością i lekceważeniem internautów, ale za to władza nie odpowiada? O ile pamiętam, została kiedyś wyniesiona za ręce i nogi z trasy "miesięcznicy" smoleńskiej, co krzywdziło raczej zmuszonych do niebagatelnego wysiłku policjantów, niż ją samą. "Ruch oporu", którego nie tylko nikt nie prześladuje, nie zabrania mu działać, ale który bryluje nieustannie w tzw. wiodących mediach i bez ograniczeń podróżuje po świecie, by kaptować tam stronników i sponsorów przeciwko wybranej demokratycznie i popieranej przez większość wyborców władzy... Nie no, trochę racji jednak w tym jest: taki "ruch oporu" rzeczywiście można nazwać światowym unikatem, choć właściwszym słowem byłoby "kuriozum". 

Fakt, że członkowie tego "ruchu oporu" bawią się i lansują, atakując policjantów, wrzeszcząc im w uszy i wskakując jak małpy na tarcze, jest najlepszym dowodem ich poczucia bezkarności. W każdym innym kraju zostaliby brutalnie przywołani do porządku, a potem ukarani - popatrzmy na zdjęcia, jak zachowuje się podczas rozpędzania zadym policja francuska czy niemiecka. Nasza oczywiście też potrafi się tak zachowywać, ale tylko w stosunku do narodowców czy związkowców, wobec "ruchu oporu" ma nakazane ze względów politycznych być ujmująco grzeczna i ewangelicznie cierpliwa. 

"Obrońcy demokracji" nie może więc spotkać nic gorszego, niż wylegitymowanie, mandat, a po paru miesiącach operetkowy proces, na którym z wielkim prawdopodobieństwem orzekać będzie "rozgrzany sędzia" ze stowarzyszenia "Iustitia", który solidaryzując się z "rezistans" w nienawiści do władzy anuluje nawet i tę groszową karę, choćby za cenę ośmieszenia wymiaru sprawiedliwości wykładnią tak jawnie kretyńską, jak twierdzenie, że nazywanie minister "suką" wcale jej nie obraża. 

Wbrew pozorom - to naszą "rezistans" boli. Trudno się nie śmiać, obserwując jej dojmującą, niezaspokojoną potrzebę męczeństwa, przebijającą z każdego słowa i każdego ruchu ganiających z protestu na protest ciotek rewolucji, i z oświadczeń kibicujących im polityków czy przemienionej w propagandową przybudówkę ruchów LGTB "Amnesty International". Nie mogąc się doczekać lania, a bodaj tylko prztyczka, zmuszeni są pajacować, przebierając się w gorsety ortopedyczne, rozsyłać po nocach alarmy, że "Ziutka skatowała i porwała policja, nie wiemy, czy jeszcze żyje" - i nic im w tym nie przeszkadza fakt, iż rzekomo porwany i skatowany Ziutek w tym samym czasie wrzuca kolejne posty na fejsa, a w godzinę po zapozowaniu zachodnim gazetom z udaną agonią na twarzy, kroplówkami i kołnierzem sugerującym złamanie kręgosłupa, pojawia się w pełnym zdrowiu na kolejnym proteście i soczyście obcałowuje z partnerem. 

Bazgranie po ścianach było bronią tych, którzy nie mieli żadnego głosu. Gdy robią to ludzie, mogący do woli rozpowszechniać swe wezwania i wyzwiska w najbardziej wpływowych mediach, to jest tylko wandalizm i pajacowanie. Gdy przy tym sięgają po wulgaryzmy, dają tylko świadectwo własnej pustocie. Gdy garstka maniaków straszy, że wszystkich powsadza do więzień, od prezydenta, premiera i lidera PiS, po szeregowych wyborców, a wspomniana pani Lempart wywrzaskuje te pogróżki w ucho sędziwemu Kornelowi Morawieckiemu, to chyba nawet Sławomir Mrożek, gdyby wstał z grobu, zawstydziłby się i powiedział że taka dawka absurdu to dla niego za dużo. 

Paweł "Trójząb" Kasprzak próbuje się wedrzeć na teren Sejmu w bagażniku posłanki Szmidt, co oczywiście też przedstawia jako akt męczeństwa, skarżąc się na klaustrofobię (trzeba było, panie Trójząb, zabrać ze sobą zamiast Kinasiewicza panią Lempart). Każdy walczy, jak umie - Maria Nurowska wyznaje, że sporządziła kukiełkę posła Piotrowicza i nakłuwa ją szpilkami. Agnieszka Holland przestrzega ją, żeby uważała, bo ona sama zabiła kiedyś w ten sposób dwie osoby i obiecała córce więcej voodoo nie praktykować, ale Nurowska uspakaja ją, że wywoła u "pisowskiej kanalii" tylko "mały wylew i paraliż". Czarami walczy też profesor Magdalena Środa, która wyznała w programie Magdy Mołek, że wraz z koleżankami z tzw. Kongresu Kobiet wtajemniczone i zaprzysiężone zostały przez profesjonalną czarownicę i odprawiają rytuały, między innymi w Noc Walpurgii, i to, co tam robią, "nie jest bez wpływu na sytuację polityczną". 

Jedni walczą, inni cierpią. Zbigniew Hołdys skarży się, że z rodziną musi porozumiewać się tylko poprzez szyfrowane połączenia, że już nie pisze sms-ów do znajomych i cenzuruje to, co do nich mówi, by im nie zaszkodzić. Niewątpliwie będzie jednym z pierwszych, którzy zaczną budować - do czego wezwała wspomniana już profesor od czarów - "system konspiracyjnych lokali dla ukrywających się, kontaktów, organizowania fałszywych dokumentów", słowem, państwo konspiracyjne. W tym "podziemną" edukację - a przecież jednocześnie opozycja totalna chwali się tym, że kadrę szkolną, a zwłaszcza uczelnianą, ma po swojej stronie. Jacek Żakowski, kiedyś uważany za poważnego dziennikarza, ogłasza w studiu TVN-24 razem z Manuelą Gretkowską, że policja pod Pałacem Prezydenckim to wcale nie żadna policja, tylko przebrana Obrona Terytorialna Macierewicza - bo "znaczące jest, że mają zbyt schludne mundury, wszyscy nowe, jak spod igły". Po cholerę miałby ktoś przebierać WOT za policję? Nie wystarczy, że PiS za pośrednictwem TVP sprowadza prowokatorów z Ukrainy? Jednego takiego zdemaskowała Hanna Lis i grupa prominentnych polityków PO, i choć sam reprezentujący "męczenników" adwokat, nota bene noszący nazwisko Jarosław Kaczyński (przypadek? Mądrzy ludzie już wiedzą, co o takich "przypadkach" myśleć!) zaręczył natychmiast, że wskazywany przez nich ukraiński student z agresywnym młodzieńcem z demonstracji nie ma nic wspólnego, że wie to na pewno, bo personalia tej osoby jako jej pełnomocnik zna - to politycy PO, jak już raz ukraińskiego łącznika wykryli, nie myślą się z tego wycofywać. 

O dziwo, najtrzeźwiejszy wydał się w tym towarzystwie człowiek, który niedawno deklarował, że przez PiS, z frustracji, że ich "walka" nic nie daje, pije jak nigdy dotąd znacznie więcej niż kiedyś pije - wiceprzewodniczący KOD Walter Chełstowski. Zaapelował on mianowicie, aby zrezygnować z prób organizowania społecznej kontroli wyborów, bo wszystko wskazuje, że PiS wygra je bez żadnych fałszerstw, a wtedy, kontrolując, "będziemy to w jakiś sposób autoryzować". Czytaj - nie będziemy mogli upierać się, że zostały sfałszowane. Cyniczne, ale przynajmniej trzyma się kupy. 

Od pewnego czasu, przymierzając się do odpalenia TVN-24, albo Tok FM z jego "polityczkami", "naukowczyniami" i innymi "gościniami" (!), zawczasu już chwytam się profilaktycznie za przeponę, bo po prostu boję się, że jakiś kolejny "czyn" unikalnego na skalę światową ruchu oporu przyprawi mnie o przepuklinę. Granica absurdu w życiu publicznym została bezpowrotnie przekroczona, miara pajacowania i błazenady przebrana. Rewolucja PiS "trwa i trwa mać", ale po stronie opozycji już się rewolucja dokonała - tyle, że coś w rodzaju rewolucji pałacowej, mówiąc ściśle: rewolucja pajacowa. Opozycja została porwana przez ludzi pokroju Lempart i Kasprzaka, Klementyny Suchanow i Rafał Suszka, "Farmazona" Jegielskiego i "Gorseta" Winiarskiego, ludzi, żeby nie dłużyć listy nazwisk, przy których Ewa Kopacz, Bronisław Komorowski czy nawet Michał Szczerba wydają się uosobieniem powagi, mądrości i powściągliwości. 

I, co najzabawniejsze, po tym pajacowym przewrocie nie posiada się z oburzenia, że marszałek Senatu ośmielił się nazwać ją "świrami".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje