Radni Katowic zaskarżą zmianę nazwy placu na Marii i Lecha Kaczyńskich

Rada Miejska Katowic zdecydowała w czwartek o skierowaniu do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach skargi na zmianę nazwy placu w centrum miasta, noszącego imię pisarza Wilhelma Szewczyka, na pl. Marii i Lecha Kaczyńskich.

Zarządzenie zastępcze w tej sprawie podjął 13 grudnia na podstawie tzw. ustawy dekomunizacyjnej wojewoda śląski Jarosław Wieczorek. Sprawa zmobilizowała część opinii publicznej w Katowicach. Na czwartkowej sesji pojawili się i wyrażali głośno swoje poglądy zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy zmiany nazwy. Ci ostatni przyjęli decyzję radnych głośnymi brawami.

Reklama

Za przyjęciem uchwały ws. skierowania skargi do sądu było 14 radnych, przeciw - 7, wstrzymało się 3, 1 obecny radny nie wziął udziału w głosowaniu. Wniosek o zwołanie nadzwyczajnej sesji rady miasta w tej sprawie złożyli 21 grudnia radni opozycyjnych klubów PO i Ruchu Autonomii Śląska. Wcześniej jednak przeciwko zmianie nazwy protestował również prezydent miasta Marcin Krupa argumentując, że sprawa nie została skonsultowana z mieszkańcami miasta.


"Presja ma sens"

Na czwartkową sesję przybyli m.in. działacze katowickiej Platformy Obywatelskiej oraz zrzeszającego działaczy opozycji w PRL Stowarzyszenia Niezłomni z Adamem Słomką na czele. Pierwsi mieli ze sobą kartki z napisami: "Jestem na placu Szewczyka, nie Kaczyńskich", drudzy po decyzji radnych komentowali, że Stalinogród (nazwa Katowic w latach 1953-1956 - PAP) w mieście wciąż trzyma się mocno i skandowali: "Precz z komuną!".

Przewodniczący PiS w Katowicach i radny tego ugrupowania Piotr Pietrasz w swoim wystąpieniu przypomniał m.in. antysemickie wypowiedzi Wilhelma Szewczyka z końca lat 30. XX w. Decyzją radnych nie dopuszczono do udziału w dyskusji uczestniczących w sesji osób niebędących radnymi. Wystąpienie szefa katowickiej PO Jarosława Makowskiego odczytał w związku z tym jeden z radnych tego ugrupowania.

Sam Makowski powiedział dziennikarzom po sesji, że wynik głosowania pokazał, iż presja ma sens, a głos mieszkańców został wysłuchany. Pytany o zasadność protestu stwierdził: "To może w ogóle przestańmy protestować, zamknijmy się w domu? Na to liczy każda władza, która ma ciągoty autorytarne. To, że Wilhelm Szewczyk zza grobu zgromadził nas tutaj świadczy, że partycypacja, bunt, prawo do samostanowienia nie umarło".

Pytany, czy warto bronić postaci Wilhelma Szewczyka, Makowski zauważył, że nikt nie ma kryształowego życiorysu, a nadając placowi w centrum miasta jego imię wyróżniono Szewczyka za  dorobek jako pisarza, krytyka literackiego i regionalisty.

B. katowicki radny i b. poseł Adam Słomka ocenił, że niedopuszczenie osób spoza rady do udziału w dyskusji świadczy o tym, że władzom miasta nie chodziło wcale o merytoryczną debatę. "Chcieli to po prostu przegłosować i postawić na swoim. Co do nazwy placu, nie ma się co zastanawiać, kiedy ma się do wyboru zbrodniarzy i porządnych ludzi" - powiedział.

"Partie zrobiły sobie z tej sprawy stół do ping ponga"

Maciej Biskupski, przewodniczący prezydenckiego ugrupowania "Forum Samorządowe i Marcin Krupa", ocenił, że "fatalnie, iż przez chwilę Katowice stały się areną sporu partii politycznych". "Mieszkańcy Katowice zawsze skutecznie przeciwstawiali się temu, żeby partie polityczne były dopuszczane do ważnego głosu w Katowicach. Mam wrażenie, że obie partie zrobiły sobie z tej sprawy stół do ping ponga. Odbijają piłeczkę z korzyścią dla siebie, ale stratą dla Katowic i mieszkańców oraz pamięci pary prezydenckiej, która nie życzyłaby sobie uczestniczyć w takim sporze" - powiedział PAP Biskupski.

Zmarły 26 lat temu Wilhelm Szewczyk był publicystą, pisarzem, krytykiem literackim, działaczem partii komunistycznej z okresu PRL, członkiem wojewódzkich władz PZPR w Katowicach. Przez ponad 20 lat zasiadał w Sejmie PRL. Wojewoda, powołując się na opinię IPN, wskazuje, iż Szewczyk legitymizował komunistyczny ustrój.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje