RMF FM: Seria niecodziennych interwencji w Tatrach

​Mijający tydzień obfitował w bardzo nietypowe wezwania i wyzwania dla ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Niektóre przypadki zaskoczyły nawet najbardziej doświadczonych TOPR-owców i na długo zapadną w ich pamięci. Zaczęło się od wezwania do odmrożenia... pośladków.

Odmrożenie było na tyle poważne, że po opatrzeniu i podaniu leków przeciwbólowych, osobę potrzebującą pomocy trzeba było natychmiast przewieźć do szpitala. Zagadką pozostaje co doprowadziło do tak poważnego odmrożenia pośladków. 

Z siekierą zdobywał Zawrat

Reklama

Następne wezwanie przyszło od turysty, który samotnie wspinał się na Zawrat od strony Doliny Pięciu Stawów Polskich. Około 200 metrów poniżej przełęczy utknął, jak podawał, na stromym i twardym śniegu. Ratownik dyżurny zaproponował, by nogą wykopał sobie stopień, ale stwierdził, ze śnieg jest zbyt... sypki. To wydało się ratownikom dość dziwne, ale wobec tego, że turysta kategorycznie twierdził, że nie może ruszyć się z tego miejsca, został na pomoc wysłany ratownik dyżurujący w schronisku. 

- Ku przerażeniu ratownika, okazało się że osoba wzywającą pomocy ma w ręku siekierę - mówi ratownik dyżurny TOPR Tomasz Wojciechowski. 

Ratownik, dla bezpieczeństwa, "przejął" siekierę, a turystę bezpiecznie sprowadził do schroniska. Turysta bez raków i czekana, ale za to z siekierą zdobywający zimą Zawrat, to z pewnością oryginalny widok. Siekiera została turyście oddana dopiero następnego dnia, kiedy opuszczał schronisko

Zjazdy na linie

Kolejne wezwanie przyszło od dwóch turystów, którzy wzywali pomocy, bo... zgubili przyrząd służący im do zjazdów na linie. Po krótkiej rozmowie ratownicy wyjaśnili "taternikom", że jeśli mają linę i zwykły karabinek, to żadne przyrządy, a tym bardziej wyprawa ratunkowa, nie jest im potrzebna. 

Telefon z Kasprowego Wierchu

Następnego dnia, kiedy wydawało się, że już limit dziwnych wezwań się zakończył, zadzwoniła narciarka z Kasprowego Wierchu i poprosiła, by ratownik TOPR... zapiął jej narty. Kobieta, zjeżdżając z mężem z Kasprowego, przewróciła się. Na szczęście nic jej się nie stało, ale wypięły się jej narty. Nie potrafiła ich zapiąć na stromym stoku (mąż również), więc chciała, by to ratownik dyżurujący na szczycie Kasprowego zjechał do niej i przypiął narty do butów. 

Obyło się bez interwencji TOPR-owskiej - dyżurny ratownik przekonał narciarkę, że łatwiej będzie, jak zejdzie na bardziej płaski fragment trasy i tak spróbuje zapiąć narty. Chyba udało, bo kobieta ponownie nie zadzwoniła.

Maciej Pałahicki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy